piątek, 2 września 2011

Myślę - więc jestem?! A jeśli jestem - to kim?



Ktoś niedawno zadał mi ćwieka, zadając mi na pozór jedno i bardzo łatwe pytanie: kim jesteś?
Zastanowiłam się chwilę i odpowiedziałam: tak naprawdę jeszcze nie wiem, muszę się nad tym poważnie zastanowić. Jak znajdę odpowiedz to dowiesz się pierwszy. Musisz mi jednak zadać jakieś pytania pomocnicze, bo wtedy łatwiej będzie mi sprecyzować swoje odpowiedzi. Minęło trochę czasu, ale mam już jako takie przemyślenia na temat swojej osoby. Przyznam, że sama jestem sobą zaskoczona. Poniżej moje odpowiedzi.

Jaka jestem?
Delikatna, wrażliwa, ambitna, niepowtarzalna. Ludzie twierdzą, że mam ogromną charyzmę, którą zjednuję sobie przyjaciół i znajomych. Ale łatwo też jest mnie zranić, ponieważ za bardzo ufam ludziom. Wolę w nich widzieć pozytywne cechy niż od razu skreślać, jednak takie podejście nie zawsze sprawdza się w życiu...stąd te połamane skrzydła, pokiereszowane serce...

W co wierzę i kto jest moim autorytetem?
Bóg i wiara odgrywają bardzo ważną rolę w moim życiu.
Autorytetem dla mnie jest: Jezus Chrystus, który poprzez swoją męczeńską śmierć ukazał ludziom drogę, którą należy podążać, oraz jakimi wartościami kierować się w życiu. Jego następcy Św. Paweł i Błogosławiony Jan Pawel II, Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty - to ludzie, którzy udowodnili, że można dokonywać wyborów w życiu, poświęcając się całkowicie innym ludziom...

Rodzina dla mnie to:
Jedna z najważniejszych wartości w życiu, która ukształtowała moja osobowość. Instytucja, w której istnieje system patriarchalno - matriarchalny, wychowujący potomstwo według wybranych wzorców moralnych i społecznych, gdzie z pokolenia na pokolenie przekazywane są tradycje i obyczaje. Rodzina kształtuje również wrażliwość na otaczający nas świat. To w domu rodzinnym kształtują się nasze korzenie. Jeśli te korzenie dostały solidną glebę i podporę, to wyrasta z nich silne, samodzielne drzewo wydające wartościowe owoce.

Nauka/praca dla mnie to:
Brama do poznania świata. Człowiek wykształcony ma wiekszą wiedzę poznawczą, potrafi ustalać priorytety w swoim życiu, łatwiej odnosi sukcesy. Praca na pewno uszlachetnia w nas charakter, oczywiście pod warunkiem, że wykonujemy pracę z przyjemności - nie z przymusu!

Marzenia:
Marzę o tym, aby pewnego dnia obudzić się, włączyć telewizor i obejrzeć dziennik, w którym dowiem się że: nie ma już na świecie wojen, głodu, kataklizmów, chorób oraz nienawisci na tle rasowym i wyznaniowym...

Czego nie lubię:
Tradycyjnie - poniedziałków, spóźnialskich ludzi, którzy nie szanują czasu innych ludzi, oraz ludzi głupich! Nie lubię też sera żółtego z kminkiem, na którego widok uciekam, gdzie pieprz rośnie!

Co robię w wolnym czasie:
Zacznijmy od tego, że tego wolnego czasu mam niewiele - prawie jak na lekarstwo, a jeśli go mam, to lubię poczytać książki, posłuchać muzyki, wyjść do kina lub teatru, ewentualnie do dobrej knajpki czy restauracji, pozwiedzać jakieś muzea, czy najzwyczajniej odwiedzić przyjaciół.

Na bezludną wyspę wzięłabym:
Całą swoją bibliotekę, mp4 z 10 tysiącamy różnych piosenek i nagrań, komplet baterii napędzanych energią słoneczną, mojego syna i...ewentualnie fajnego faceta do podtrzymywania towarzystwa...ekhem!

Zwierzęta które chciałabym mieć:
Kury w ogródku znoszące pyszne jajka, czarnego kota, który będzie mruczał na moich kolanach, gdy będę już staruszką siedzącą w bujanym fotelu, kolorowe rybki w akwarium, które notabene od kilku tygodni już posiadam, oraz żółwia, którego przymierzam się też dokupić w najbliższym czasie.

Mój ulubiony artysta/malarz/pisarz:
Wymienię nielicznych, ale naprawdę tych, którzy mnie inspirują, którzy w jakiś sposób zmienili moje życie. Wielki Artysta to mistyczny Leonardo Da Vinci, wielki Malarz to mistrz pędzla Jan Matejko, wielki Pisarz to idol mojego dzieciństwa Henryk Sienkiewicz, któremu zawdzięczam podróże po pustyniach i puszczach, i dzięki tym podróżom pokochałam Egipt oraz archeologię. Następnie w kolejce czeka Paulo Coelho, który przekazał mi wiedzę alchemiczną i pozwolił odkryć na nowo, że nie wszystko jest złotem, co się świeci. Wreszcie Dan Brown, którego popularność ma tylu samo przeciwników jak i wielbicieli. Ja zaliczam się jak widać do tych drugich, ponieważ lubię od czasu do czasu poczytać coś mniej ambitnego, ale nie pozbawionego sensu. Jest jeszcze wielu innych, których tu nie wymienię, bo jest ich zbyt dużo. Poza tym, wciąż odkrywam nowych twórców, którymi się zachwycam.

Moje ulubione miejsca to:
Wszystkie nadmorskie plaże świata, z naciskiem na plaże nadbałtyckie, bo po primo: najczęściej je odwiedzam, po drugie primo: tylko na polskich plażach można znaleźć najpiękniejsze bursztyny, a po trzecie primo: polskie morze ma najpiękniejszą barwę świata, po czwarte i ostatnie primo: takich zachodów słońca jak nad Bałtykiem nigdy się nie zapomina! I tego się trzymajmy :)

Osoba której szukam w życiu to:
Zdecydowanie ktoś, kto będzie mógł nadążać za moimi krokami i stanami umysłu. Ktoś, kto wierzy w Boga, jest rozwinięty intelektualnie, nie ma nałogów - za to ma pasje, które realizuje. Poza tym wszystkim cenię sobie prawdomówność i kulture osobistą, szacunek do świata, ludzi i zwierząt...
Dobrze też by było, gdyby chodził w mundurze...najlepiej marynarskim, bo jak mityczna Penelopa jestem wierna i potrafię czekać...

Ot, i cała ja!

środa, 31 sierpnia 2011

Baju, baju....




...ostatnia notka była w maju!
Ale ten czas leci...
Boli mnie jakiś ząb, który spowodował, że mam opuchniety pychol, goraczkę i za 3 godziny mam umówioną wizyte u dentysty. Będzię jak w horrorze, bo ja spotkania z przedstawicielem tego zawodu staram się oganiczyć do minimum. Tylko kontrola i nagłe przypadki jak ten. Na szczęście nie występuja one często! ale cykora mam :(

czwartek, 19 maja 2011

Chrząszcz brzmi w trzcinie, w Szebrzeszczynie...



....a u mnie chrabąszcze zaszyły się w gąszcze na moim balkonie, a wieczorem i nad ranem wyfruwają sobie dranie! :)
Ale do rzeczy. Musiałam dzisiaj o czwartej rano przyjąć towar, więc udałam się do mojego sklepu. Chciałam sprawdzić jaka jest pogoda, wiec wyszłam na balkon celem jej ustalenia. I wtedy doznałam szoku, bo przed nosem przeleciało mi jakieś niezidentyfikowane stworzenie, które absolutnie nie wyglądało na komara, ani na muchę. Zapaliłam lampkę, i wtedy wyszło szydło z wora, a dokładniej pozlatywały się rozanielone chrabąszczyki, które zamieszkiwują okoliczne korony drzew, tuż za moim balkonem. Jeden nawet miał falstart i wylądował mi pod nogami, na co ja zareagowalam wzdrygnięciem się, ponieważ mam awersję do wszelakiego stworzenia, które ma wiecej niź cztery nogi. Bidulek leżał sobie na pleckach, wymachiwał łapkami, krecił w kołeczko na swych chitynowych skrzydełkach i błagalnym wzrokiem prosił, aby mu ulżyć w tym cierpieniu. Jako, że z natury jestem pro-ekologiczna i pro-naturalna, więc lekkim i delikatnym kopnięciem czubkiem mojego bucika, przywróciłam owada do normalnej pozy, a ten w podziękowaniu wzbił się w przestworza i tyle go widziałam. W ogóle to byłam zdziwiona, że już się pojawiły chrabąszcze, bo ponoć zwiastują upalne lato. Cięzko mi w to uwierzyć, tym bardziej, ze od tygodnia leje jak z cebra, a temperatura waha się w okolicach 13 stopni celcjusza. Pożyjemy , zobaczymy. A na zakończenie tradycyjnie limeryk o chrabąszczu, oczywiście mojego autorstwa!

Chrabąszcz

Nowobogacki chrabąszcz bez żadnych brewerii
Poderwać chciał chrabąszczkę, więc zabrał ją do galerii.
Chrabąszczka ośmielona młodzieńca zalotami
Szalała jego kasą jak fala tsunami
On zaś chciał sprostać każdej jej fanaberii.

sobota, 14 maja 2011

Eurovision...Eurovision...



...dupovizjon! Sranie w banie na ekranie!
Ja wiedziałam, że tak się to skończy! wiedziałam, mówiłam o tym, tylko nikt mnie nie słuchał! Jestem niepocieszona, wkurzona, i w ogóle proszę się nie zbliżać na odległość kraty, bo pogryzę! I co? Taka solidarność w Polakach, że aż płakać się chce! A właściwie to wyć! Te wszystkie inne nacje potrafią się dogadać, spiąć, wysłać tego pieprzonego sms'a albo dwa, byle ich reprezentant nawet z dupowata piosenką przepchał się do przodu, tylko nie nasi! A zawsze się mówiło - Polak potrafi! - qrffa, jak widzę reklamę z Antonio Banderasem, to znowu chce mi się wyć! Bo Polak potrafił, ale dwadzieścia lat temu, jak żył w biedzie i był uciskany. W demokratycznej i wolnej od komunizmu Polsce typowy Polak ma w doopie Eurowizję, Solidarność a nawet własny kraj. Słowo "Patriotyzm" straciło na wartości, a nawet parafrazując pewne ugrupowanie polityczne stało się obciachowe! Nigdy polityka mnie nie interesowała, ale od czasu tajemniczej śmierci dziewięćdziesięciu sześciu niewinnych osób, mam niepochamowaną ochotę wykrzyczeć swój żal do ludzi rządzących moim krajem, i zapytać wprost: co to do kurwy nędzy ma wszystko znaczyć? Dlaczego ludzie muszą wyjeżdzać po chleb za granicę? Dlaczego w Polsce nie ma średniej klasy? Dlaczego starzy ludzie, którzy walczyli o wolność i demokrację dzisiaj muszą grzebać w śmietnikach? Dlaczego polskie dzieci chodzą głodne? Kto do tego w końcu dopuścił? I czy tym wszystkim wysoko postawionym dostojnikom państwowym nie jest wstyd, kiedy historia ich będzie rozliczać?? To przez takich ludzi, którzy myślą tylko o sobie i o korycie, z którego pragną jak najwięcej uszczknąć, normalny człowiek zatracił swoja narodową dumę! Ludzie stają się sobie wilkami, jad i nienawiść aż kipie w naszym narodzie! Wierzyć mi się nie chce, że nikt tego nie widzi. Nie chcę być wyrocznią delficką, ale oby nie sprawdziło się wiekopomne wieszczenie Wyspiańskiego: "Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór: czapki wicher niesie, róg huka po lesie, ostał ci się ino sznur, ostał
ci się ino sznur"...


P.S. A piosenka Magdaleny Tul była zajebista, i miała jak największe szanse na wygraną, gdybyśmy ja solidarnie "popchali" do finału. A tak...a tak mamy to co mamy,
i szkoda płakać nad rozlanym mlekiem.

niedziela, 1 maja 2011

Modliliśmy się o tę beatyfikację, modliliśmy się...



Modlitwa o beatyfikację Sługi Bożego Jana Pawła II



Boże w Trójcy Przenajświętszej,
dziękujemy Ci za to,
że dałeś Kościołowi
Papieża Jana Pawła II
i sprawiłeś,
że zajaśniała w nim
Twoja ojcowska dobroć,
chwała krzyża Chrystusa
i blask Ducha miłości.
On, zawierzając całkowicie
Twojemu miłosierdziu
i matczynemu wstawiennictwu
Maryi,
stał się żywym obrazem
Jezusa Dobrego Pasterza,
wskazując nam świętość,
wysoką miarę
życia chrześcijańskiego,
jako drogę do osiągnięcia
wiecznego zjednoczenia z Tobą.
Udziel nam,
za jego przyczyną,
zgodnie z Twoją wolą,
tej łaski, o którą prosimy,
z nadzieją,
że zostanie on rychło
włączony w poczet
Twoich świętych.


...aż wymodliliśmy.

Połtora miliona ludzi zgromadzonych dzisiaj na placu przed
bazyliką Świętego Piotra nie może się mylić.
Dziękuję Ci Boże za ten cud :)***

piątek, 29 kwietnia 2011

Ach, co to był za ślub!


Chciałoby się wyśpiewać, ale naprawdę był to piękny, romantyczny i zarazem skromny ślub, mimo całego tego rozmachu logistyczno - ekonomicznego. Wiadomo, goście nie byle jacy z różnych zakątków ziemi się zjechali, nawet swym sokolim wzrokiem wypatrzylam naszych, czyli Ksiecia Alexandra i Maxymę reprezentujących Księstwo Niderlandii. Co prawda na 3 minutki przed południem Katedra Westminsterska przypominała targowisko próżności (na 1900 znajdujących się tam osób 1000 miało na głowach najdziwniejsze okazy kapeluszy, pióropuszy, garnków, misek, rogów i Bóg jeden wie czego jeszcze :)ale i tak wszystkich przyćmiła osobowość oraz ślubna szata pięknej a zarazem skromnej panny młodej, na której spoczęły wszystkie oczy obecnych gości oraz ludzi, którzy ogłądali tak jak ja, transmisję w TiVi na całym świecie. Ponoć dwa miliardy. Jako ostatnia została wprowadzona przez swojego ojca do Koscioła, i oddana w "ramiona" Księcia Williama. I najfajniejsze w tym wszystkim było to, że do Kościoła weszła Kate Middelton - zwyczajna, fajna dziewczyna z sąsiedztwa, a wyszła śliczna, dystyngowana, pełna gracji Księżna Catherine Cambridge, która od dzisiaj swoją pozycją godnie reprezentować będzie rodzinę królewską Wielkiej Brytanii.
Wsółczesna bajka, która jak wszystkie bajki powinna zakończyć się słowami: i żyli długo i szczęśliwie...
I oby nigdy nie powórzył się los matki pana młodego, która 30 lat temu zawładneła sercami Brytyjczyków, ale nie swojego męża, i której dzisiaj fizycznie zabrakło obok pierworodnego. Mam jednak nieodparte wrażenie i uczucie, że własnie dzisiaj, duch Księżnej Diany był blizej syna niż własny ojciec. Stąd ta piękna i słoneczna pogoda, która według meteorologów miała być deszczowa i zimna. W końcu to jest bajka...nieprawdaż? :-)

niedziela, 24 kwietnia 2011

Alleluja! Alleluja!




Jest cudna pogoda. Życie, które dzisiaj na nowo się odrodziło, przepaja miłością do świata, do ludzi, ale czy do wszystkich? Czasami wydaje mi się że jestem zbyt krytyczna. Wymagam od ludzi zbyt wiele, ale taki już mam charakter. Wymagam bardzo wiele od siebie i wydaje mi się, że równie od innych mogę oczekiwać tego samego. Brzydzę się obłudą i hipokryzją. Mówię na głos i otwarcie to, co mi się nie podoba, a to niepodoba się niektórym. Mam to w nosie. Razem z Zmartwychwstałym Jezusem pragnę przeżyć ten czas spokojnie i radośnie, z nadzieją na wiele łask.

Z okazji Świąt Wielkanocnych życzę wszystkiego tego,co od Boga pochodzi, oby skrzydła wiary przykryły kamienie zwątpienia i uniosły serca ponad przemijanie. Niech radosne Alleluja będzie dla Was ostoją miłości i wiary. Niech pogoda ducha towarzyszy Wam w trudzie każdego dnia. Wiele szczęścia na co dzień!

I tradycyjnie wklejam poezję, adekwatną do celebrowanych uroczystości.


Wielkanoc


Droga, wierzba sadzona wśród zielonej łąki,
Na której pierwsze jaskry żółcieją i mlecze.
Pośród wierzb po kamieniach wąska struga ciecze,
A pod niebem wysoko śpiewają skowronki.

Wśród tej łąki wilgotnej od porannej rosy,
Droga, ktorą co święto szli ludzie ze śpiewką,
Idzie sobie Pan Jezus, wpółnagi i bosy
Z wielkanocną w przebitej dłoni choragiewką.

Naprzeciw idzie chłopka. Ma kosy złociste,
Łowicka jej spódniczka i piękna zapaska.
Poznała Zbawiciela z świętego obrazka,
Upadła na kolana i krzyknęła: "Chryste!".

Bije głową o ziemię z serdeczną rozpaczą,
A Chrystus się pochylił nad klęczącym ciałem
I rzeknie: "Powiedz ludziom, niech więcej nie płaczą,
Dwa dni leżałem w grobie. I dziś zmartwychwstałem.


Jan Lechoń

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Niedziela Palmowa u Łysych...




...mineła spokojnie i jak zawsze kolorowo, ale nie o tym chciałam ci ja pisać.
Ja chciałam tylko napisać, że święta tuż tuż, a roboty od groma i ciut ciut. Nie wiem, kiedy ja to wszystko ogarnę, ale wiem na pewno: ogarnać to muszę! Bo inaczej będzie dupa blada a nie przyjemne świeta. Więc się streszczam, robię rząd, i wypadam jak najszybciej stąd. Pojawię się pewnikiem wkrótce z świątecznymi przemyśleniami i życzeniami, ale dzisiaj czekają na mnie okna do umycia, i jeszcze trochę innej pracy. Korzystając z okazji, że zaczął się Wielki Tydzień i czas ku temu jak najbardziej odpowiedni, zamieszczę jeszcze przepis żurku Aldony, bo ostatnio ktoś mnie bardzo za niego pochwalił. Przyznam nieskromnie, że była to moja autorska wersja z ulepszaczem w roli głównej. A wiec do dzieła!





Będziesz potrzebować takich oto składników:
3 l. wody
2 x zakwas żurku śląskiego
1 x włoszczyzna
1 x śmietanka 18 % do zupy
1/2 kg ziemniaków ugotowanych i potłuczonych
4 ugotowane na twardo jajka
Szczypta Vegety tudzież rodzimego Kucharka do smaku
4 pęta kielbasy białej
Pęczek świeżych ziół (natka pietruszki, koperek, kolendra)

Ziemniaki ugotowac na miękko i potłuc.
Obraną i wymytą Włoszczyznę (marchew, seler, por, pietruszka) dodać do wody i zagotować do miękości. Dodać vegety do smaku. Wrzucić białą surową kiełbaske i jeszcze 10 minut pogotować nastepnie zmiejszyć ogień. Zakwas żuru dobrze wymieszać. Włoszczyznę i kiełbaski wyciągnąć na talerz (ja wyciągam tylko kiełbaskę i kroję ją na plasterki - warzywa wyjadam osobno:) następnie wlać zakwas do wywaru i lekko podgotować 15 minut. Zabielić żurek śmietanką według uznania. Na talerz wyłożyc dwie łyżki potłuczonych ziemniaczków, w środek włożyc dwie połowki ugotowanych jajek, posypać drobno posiekanymi ziołami. Następnie wszystko zalać gorącym żurem z pokrojona kielbaską. Podawać z wielką gracją - tak jakby to było danie królewskie a nie chłopskie. Gwarantuję Twojemu podniebieniu artystyczne uniesienie. Smacznego!

P.S. Ilekroć słyszę słowo "żurek' zawsze nucę tę piosenkę: żółta żaba żarła żur..żaba żółta żarła żur...itp.
Ćwiczenie pięknej mowy polskiej przy garach...absolutnie połączenie przyjemności z pożytecznym, nieprawdaz?

niedziela, 10 kwietnia 2011



O Katyniu, przez pierwsze 50 lat po wojnie, w Polsce komunistycznej, nie wolno było rozmawiać, chociaż i tak każdy o tym rozmawiał. Oczywiście w jak największej konspiracji. Kiedy nadeszły już czasy, że rozmawiać już było można, to wówczas ci, którzy byli odpowiedzialni za te zbrodnie, rozmawiać nie chcieli. I tak minęło na chandryczkowaniu 70 lat...
My pamietaliśmy - ONI chcieli zapomnieć, a najlepiej to chcieliby, aby nikt nigdy się o tym nie dowiedział. Na przekór losu, 10 kwietnia 2010 roku cały świat zaczął o tym mówić. Oni mówili, a MY płakaliśmy...na przekór losu. Cześć ICH Pamięci. Tych 25 tysiecy zdradziecko pomordowanych i tych 96, z których los zadrwił okrutnie. Chichot losu...to była moja pierwsza myśl, gdy dowiedziałam się o katastrofie samolotu prezydenckiego. Rok po niej, w rocznicę śmierci tylu niewinnych ludzi napisałam pod tym samym tytułem mój kolejny wiersz, który zamieszczam poniżej.



"Chichot Losu"

Słyszysz?
Ten chichot losu,
ktory się przetoczył
po katyńskim lesie?

Słyszysz?
Wiatr tarmosi drzewa,
smutek w trawie śpiewa,
szloch gdzieś echo niesie.

Widzisz?
Te Dusze zmartwione
w lesie rozrzucone,
do światła podążają.

Widzisz?
Uczcić pamięć chcieli
w lesie pogineli,
i swój grób tam mają.

Czujesz?
Jeziora jak łzy słone
wylane przez matkę, żonę
z brzegów już wystąpiły.

Czujesz?
To znowu chichot losu
Historii odmówił głosu
Robale z nas zadrwiły...

Aldona Kołacz 10-04-2011, Deventer

niedziela, 3 kwietnia 2011

Sen proroczy czyli...Lawendowe Pola


Miałam sen. Gościłam u jakiejś rodziny w maleńkiej miejscowości usytuowanej gdzieś na południu Francji tudzież w dalekiej Toskanii, bo w śnie widziałam drogi obramowane cyprysami i spacerowałam po polach pokrytych calkowicie fioletem. A może było to magiczne miejsce całkowicie wymyślone przez moją fantazję ?...nieważne. Ważne były okoliczności, które tam mnie sprowadziły. A wracając do opisu snu, to słońce dopiero co wschodziło na cudne, bezchmurne niebo, poranna mgła unosiła zapach lawendy mieszając ją z rozmarynem, miętą, oregano i tymiankiem. Intensywny zapach ziół sprawił, że czułam się odprężona, moje zmysły były wyciszone i chciało mi się...płakać! Byłam w tym śnie kimś, kto szukał ukojenia dla swojej duszy, spokoju dla uszu i wyrafinowanych wrażen dla oczu. Moja podświadomość pracowała chyba na najwyższych obrotach, bo to było niesamowite przeżycie, zwłaszcza, że od dawna marzy mi się podróż do Włoch - ze szczególnym naciskiem na Toskanię, i do Francji - w okolice Prowansji, i to dokladnie w porze roku, gdy tamtejsze pola pokrywają się moją ulubioną barwą- czyli fioletem. Chciałabym zaliczyć tak zwany Lawendowy Szlak, gdzie podróż rozpoczyna się od odwiedzin w Muzeum Lawendy w miejscowości COUSTELLET. Póżniej przejazd do maleńkiego LAGARDE D'APT, w którym mieszka 33 mieszkańców, znajduje się jeden kościół, oberża i dwie destylarnie lawendy - samo serce lawendowego regionu! Następnie przejazd przez ST CHRISTOL do malowniczego SAULT, miasta otoczonego polami lawendy, uznawanego za jej stolicę. Chciałabym pospacerować po miasteczku, pochodzić i poodpoczywać w ogrodzie lawendy, dokonać zakupów miejscowych specjałów: nugatu, macarons i oczywiście miodu lawendowego. Czuję, że z tej wyprawy powstałaby fajna historia, którą nazwałabym "Lawendowe Pola". Właśnie w moim proroczym śnie napisałam książkę pod tym samym tytulem! Przyśnił mi się zaraz po obejrzeniu mojego ukochanego filmu, którego nazwa po polsku brzmi" Pod słońcem Toskanii". Czyżbym tak bardzo zasugerowała się życiem mojej ulubionej bohaterki z tego filmu? Ona również szukała swojego miejsca na ziemi, gdzie mogłaby pisać i w końcu je znalazła. Ja - wciąż jeszcze go poszukuję. I nie ważne gdzie w tym śnie tak naprawdę byłam - W Toskanii czy w Prowansji - ważne było przesłanie tego snu: gdy jedne drzwi za Tobą się zamykają, inne ktoś Ci na oścież otwiera...najwyższy czas, by przez nie przejść!

Motto na dzisiejszy dzień:

"Kiedyś będę szczęśliwa. Tak zajebiście szczęśliwa, że zacznę widzieć na różowo, mówić poezją, pierdzieć tęczą, a wokół mnie, niczym aura, fruwać będą pieprzone ptaszki, serduszka i kwiatuszki, o!"
Giltley Rage

sobota, 2 kwietnia 2011

Santo Subito to za mało!



Już mam! Medal pamiątkowy, który bardzo chciałam mieć w swojej kolekcji pamiątek po
Ojcu Świętym. Dziśiaj mija sześć lat od Jego śmierci, a mnie się wydaje jakby to było wczoraj.
Umierał na oczach całego świata, ale w tej ostatniej drodze tak naprawdę był sam...
Dziś jest już tam, gdzie podążał całe swoje życie - w Domu Ojca Swego.
Dziś zamiast smućic się, cieszmy się, że był wśród nas, że pozostawił tyle dobrego po sobie.
Jeśli ktoś miał oczy i uszy szeroko otwarte na Jego nauki, ten wie, że Bóg Go nie zesłal nam bez powodu...
Troszkę mnie dziśiaj wsparła wena i pozwoliła wyskrobać to, co poniżej zamieszczam:

"W rocznicę śmierci"

Gdy nad ziemią znów zapanowały ciemności,
Zgroza i Strach zajrzał w źrenice ludzkości
Ty Zesłałeś Boże całemu światu Anioła,
by ocierał krople potu z naszego czoła,
by łzy osuszał jednym swoim gestem,
by czynił dobro całym swoim papiestwem,
by zaraził nas swoją nieskończoną miłością,
by dzielł się z nami przeogromną mądrością,
by słuzył pokornie ludzkości oraz Tobie
by na koniec złożyć kości swoje w grobie.
Dwa tysiace lat temu Jezus podjął ten wątek,
by dowieść maluczkim, że śmierć tu na ziemi
oznacza u Ojca w Niebie...zycia poczatek...


A. Kołacz

wtorek, 8 marca 2011

Z cyklu: Dzień Kobiet czyli relikt z daaawnych czasów...



...kiedy to kobiety upomnialy sie o swoje. Ale do rzeczy. Wszystkim wydaje się, że to komuniści ze wschodniej Europy pierwsi wpadli na pomysł, by właśnie tego dnia kobietom harującym jak woły w fabrykach, na polach, w domach zafundować gratisową parę rajtuz pończochowych + tradycyjny goździk koloru czerwonego w ilosci jedna sztuka na białogłowę. Niestety, jakkolwiek by na to nie spojrzeć, to okazuje się, że tradycja przywlokła się jak zaraza z Ameryki, ponieważ to tam tak naprawdę wszystko się zaczęło. A zaczęło się niemiło, bo 129 ofiarami, które zginęły w wielkim pożarze pewnej nowojorskiej fabryki, którą właściciel dosłownie zamknął, by stłumić bunt 15 tysięcy rozsierdzonych kobiet domagających się równouprawnienia oraz podwyższenia płac oraz warunków pracy. A stało się to 8 marca 1908 roku. I na pamiątkę właśnie tego wydarzenia kobiety świetują co roku swoje święto. W późniejszych czasach zwyczaj obchodzenia Święta Kobiet rozprzestrzenił się po calej Europie, ale najbardziej celebrowany był tylko w krajach komunistycznych. W dawnym Związku Radzieckim dzień ten nawet był wolnym od pracy, a panowie mieli jeszcze jedną okazję by hucznie ten dzień celebrować upijając sie w trzy dupy. W Polsce tradycja umarła śmiercią naturalną, gdy w roku 1993 po różnych przemianach politycznych, ówczesna Pani Premier Hanna Suchocka je zniosła. A szkoda. Bo chociaż kobiety należy szanować cały rok, to w tym jednym, jedynym dniu czułyśmy się takie jakieś wyjątkowe...nieprawdaż???

Z serdecznymi życzeniami dla wszystkich wspaniałych kobiet tradycyjny goździk w ilości sztuk trzy + wazon :)



P.S. Z ostatniej chwili: narodził się bez bólu, za to z humorem. Limeryk - jak najbardziej pasujący do dzisiejszego swięta.

Dzień Kobiet

Ósmego marca kazdego roku, na całym prawie świecie
Panowie bardzo chętnie składają życzenia kobiecie.
Lecz bywają też panowie wyjątkowi
dla ktorych problem to stanowi,
i dzień ten mają gdzieś, a gdzie? Same chyba wiecie!

Aldona Kołacz

sobota, 5 marca 2011

Z cyklu: Przyleciał se Bociek do Holandii...



...by wiosnę zwiastować, i mam nadzieję, że tak się niebawem stanie.
A tak przy okazji powiedzieć chcę wszystkim tym, którzy nie wiedzą i nie doceniają faktu, że TYLKO Polska jest prawdziwym rajem dla tych pięknych czarno-białych ptaków. I tylko polscy gospodarze zadają sobie trud, by budować na swoich domach, stodołach, słupach wysokiego napięcia ogromniaste gniazda dla swoich skrzydlatych pupilków, by te wmalowywały się w krajobraz pięknej wsi polskiej, sprawiającej wrażenie sielsko-anielskiej, pachnącej maciejką, mietą i rzepakiem. Tutaj wieś wsi nie przypomina, a i z bocianami nikt się nie cacka. Chodzą sobie na bosaka po łąkach i drogach, raczej z dala od domostw i ludzi, a jak ktoś ma szczęście to może i fajną fotkę ustrzelić. Radość na widok pierwszego zwiastuna wiosny zaowocowała limerykiem, który zamieszczam poniżej.


Bociek

Gdzieś w środkowo-wschodniej Holandii, na zielono umajoną łąkę
Wylądował Bociek-rozwodnik, by odreagować od żony długą rozłąkę.
I gdy zbliżyły się coroczne bocianie gody
Bociek ten zaczął robić dziwne podchody,
by za żonę tym razem pojąć piekną Biedronkę!

Aldona Kołacz

Byle do wiosny moi kochani.
Byle do wiosny!

czwartek, 3 marca 2011

Amigo Mio Por Fawor ! ...



...czyli krótka rozprawa o wyższości pączków, które jak mawia klasyk i wielki autorytet w tej dziedzinie prof. A. Blikle dzielą się na te z konfiturą różaną oraz beznadziejne, nad faworkami, które zanim ktoś wymyslił pączka, pojawiały się na polskich stołach już od czasów, których nawet najstarsi górale nie pamiętają.
A wszystko zaczeło się od jednego zdania, które rzekomo wypowiedział niejaki Bartek, że dzisiaj jest TŁUSTY CZWARTEK, a niejaka Bartkowa uwierzyła i kupę tłustych pączków mu nasmażyła! I wszystko było by okey, gdyby nie fakt, że do naszych pączuszków przyfandzalają się albo amerykanscy popaprańcy pochodzący ze szczepu Wielkiego Indora, którzy ichny wyrób pączkopodobny nazywają DONUTAMI, tudzież Niemcy, nazywając nasze prastare bałabuchy i reczuchy bezczelnie BERLINERAMI, sugerując tym samym, że niby jakiś Berlinczyk zapatrzył się na kulę armatnią, i kazał swojej zdolnej kulinarnie połowicy upiec ciasteczka własnie w ksztalcie kuli. Nie jestem pewna, czy to nie był przypadkiem własnie ten Bartek, który czasowo przebywając na saksach powiedzial, że dziś TŁUSTY CZWARTEK, a Bartkowa żona uwierzyła i tych tłustych kulek mu nasmażyła. Cóż, jak zwał tak zwał, nie będziemy jednak płakać nad rozlanym mlekiem i wykłócać się o nazwę, faktem jest jednak to, że pod każdą szerokością geograficzną na tym Bożym Świecie mieszkają łasuchy, które przynajmniej raz do roku, w tym własnie dniu, urządzają sobie orgie kulinarne pożerając niesamowitą ilość tych okrągłych przysmaków. I nie tylko tych okrągłych, bo jak już wspomniałam dysputa toczy się o wielkości pączka nad faworkami, które pożeramy równie chętnie. A że tak naprawdę cieżko mi być obiektywną, ponieważ uwielbiam obydwa przysmaki, pozostawię rozwiazanie tego problemu świetnej poetce - Pani Jadwidze Mączyńskiej - autorce ponizszego wiersza:

Gdy uderzył wielki dzwon,
objął w świecie Pączek tron.
Król przez wszystkich ukochany,
piękny, pulchny i rumiany.
W brzuszku wprawdzie miał on dziurę,
lecz w tej dziurze konfiturę.
Okazale i wspaniale siadł
król Pączek na krysztale,
a w około jego dworki,
wysmukłe, kruche faworki.
Na półmiskach legły szynki
i kanapki, i tartynki
Co za hałas, co za gwar,
tańczy chyba ze sto par!
Bo za króla Pączka hula
nawet dziaduś i babula...
Świat się cały w kółko kręci,
tańczy, hula bez pamięci..

I tym optymistycznym akcentem uważam dyskusję za zamkniętą, ponieważ nie gada się z pełnymi ustami!

Smacznego!

niedziela, 27 lutego 2011

...and the Oscar goes to...






...to się okaże do kogo, bo zamierzam zmarnować jedyną noc podczas której mogłabym się wyspać do syta (gdyż nazajutrz mam przysłowiową labę) na oglądanie tej ważnej dla każdego kinomaniaka parady próżności i przepychu, czyli rozdaniu złotych statuetek z podobizną niejakiego Oscara przez niejaką Academy Awards. No niby mogłabym się powstrzymać i jutro w necie pooglądać te wszystkie kreacje, ale na żywo, na czerwonym dywanie robi to jakieś większe wrażenie. I chociaż wiem, że gdzieś w połowie drogi film mi się może urwać (w sumie mogliby se darować te wszystkie techniczne Oscarki) ale najważniejsze chyba zdażę obejrzeć. Za chwilkę sobie jeszcze ździebełko poprzytulam oczy do podusi, a póżniej to tylko będzie czekanie na usłyszenie tego cudnego zdania: and the Oscar goes toooooooo... See Ya Later, Alligator!!

poniedziałek, 21 lutego 2011

Cud, miód i orzeszki...



...czyli pierwszy noworoczny wpis na najlepszym Blogu 2011!
Ha! Nie pojawiły się w styczniu żadne wpisy ponieważ było ciężko. Baaardzo ciężko. Ale do rzeczy. Pierwszy dzień Nowego Roku rozpoczął się jak nigdy; czyli telefonem od sąsiadki z piątego piętra, żebym natychmiast pobieżała na parking, gdyż pod płaszczem Sylwestrowej nocy, zapewnie w alkoholowo-dragowej malignie ktoś się nie bał i zajebał wyrwanym lusterkiem samochodowym w tylną szybę mojego kochanego Audika! W wyniku takiego starcia szyba ta rozsypała sie w drobny mak i lezała sobie wszędzie. Czarna rozpacz mnie dopadła, gdyż uświadomiłam sobie, że nie posiadam ubezpieczenia na takową przypadłość mojego automobilu. I dupa blada - trzeba będzie bulić. I to nieźle jak się później okazało...
No cóż, nie szkoda róż gdy płonie las - śpiewał Jan Wojdak z Wawelami (aczkolwiek cytat zapożyczony od Bronisława Lamberta), więc skupiłam się na kolejnym problemie czyli paskudnej grypie mojego juniora. Powaliło go do łoża 40-stopniowe gorączysko i silne bóle mięśniowe. A trzeba dodać, że junior do chucherek nie należy, więc tym bardziej dziwiłam się zajadłości choróbska. Nawet przez myśl mi wyrzuty sumienia przebiegły, żeśmy w tak bardzo subtelny sposób podziękowali doktorom za chęć zaszczepienia nas na tę świńską, ptasią, kurzą, indyczą i jakąkolwiek inną grypę uzasadniając decyzję naszym niebywałym końskim zdrowiem! Niestety, jakieś zagubione prątki dostały się do naszego domu mimo utrzymywania zalecanej w tym czasie higieny.
Na szczęście po konsultacji z konowałem dowiedziałam się, że żadna z tych wyżej wymienionych mutacji gryp akurat nas nie dotyczy, a na tę, która powaliła juniora cierpi w tychże dniach połowa populacji ziemskiej i jedynie co mi radzi to duuuuużo pić oraz absolutnie! zażywać... i tu usłyszałam magiczne słowo Paracetamol! I nic nie było by w tym słowie magicznego, gdyby nie fakt, że owy lek jest panaceum na wszystkie przypadlości. Boli mnie żoładek - dostaję paracetamol... boli mnie ręka - dostaję paracetamol... mam łupież na głowie - zaleca się paracetamol...łupie mnie w krzyżu tak, że ledwo się do doktora zawlekłam, i zgadnijcie co mi przepisał? No jasne...Pa-ra-ce-ta-mol! Podejrzewam, że nawet gdybym zwariowała pomógł by mi tylko i wyłącznie ulubieniec holenderskich medykow: paracetamol, o! Na koniec tylko dodam, że grypa nie oszczędziła mojej skromnej osoby, i praktycznie wyssała ze mnie wszystkie witalne siły. Teraz czekam na wiosnę, aby podładować bateryjki. Oj, jak bardzo czekam!

piątek, 31 grudnia 2010

Hop Hop Hop! wielkim krokiem zbliża się Nowy Rok!!!




Bajka o Starym i Nowym Roku

O jednej porze,
raz do roku,
w zimowej nocy ciemnym mroku,
gdzieś,
gdzie nie sięga ludzki wzrok,
schodzi się z rokiem rok.

Jeden jest wielki
z siwą brodą,
drugi jest mały
z buzią młodą,
czyli, by rzec innymi słowy :
jeden jest Stary,
drugi Nowy.

Gwiazdy
jak owieczki lśnią na niebie,
a oni stają obok siebie,
coś sobie mówią, patrząc w oczy,
ale nikt nie wie o czym.

Potem w ciemności słychać kroki ...
To się rozchodzą oba roki.
W całkiem przeciwne idą strony :
Stary znużony i zmęczony,
Nowy,o jasnych, złotych lokach
wesoło sobie mknie w podskokach.

Po chwili
cichnie odgłos kroków
w zimowej nocy ciemnym mroku,
gwiazda za gwiazdą w górze gaśnie
i robi się na świecie jaśniej,
i znika czarnej nocy cień,
i wstaje nowy, jasny dzień,
i budzisz się,
przecierasz wzrok
i witasz - Nowy Rok.

/ L.J.Kern /

wtorek, 28 grudnia 2010

Poświątecznie...w oczekiwaniu na Nowy Rok...



Święta, swięta i po...świetach!
A w zasadzie to panuje przerwa
między Bożonarodzeniowym obżarstwem
a Noworocznym lenistwem. Wszystkie
(no prawie wszystkie, bo część zarezerwowana
na Sylwestra) filmy z Santa Clausem się obejrzało,
baśnie czesko-enerdowskie ogladneło, więc pozostało
poczekać jeszcze na ten Nowy Rok, który ma być
lepszy od kończącego się. Pożyjemy,
zobaczymy, a póki co, to wszystkim
odwiedzajacym tego bloga polecam super przepis:












Bierzemy 12 miesięcy,
oczyszczamy je dokładnie
z goryczy, chciwości,
małostkowości i lęku.
Po czym rozkrajamy każdy miesiąc
na 30 lub 31 części tak, aby zapasu
wystarczyło dokładnie na cały rok.
Każdy dzień przyrządzamy osobno,
z jednego kawałka pracy
i dwóch kawałków pogody i humoru.
Do tego dodajemy trzy duże łyżki
nagromadzonego optymizmu,
łyżeczkę tolerancji,
ziarenko ironii i odrobinę taktu.
Następnie całą masę polewamy dokładnie
dużą ilością miłości. Gotową potrawę
przyozdabiamy bukietem uprzejmości
i podajemy codziennie z radością
i filiżanką dobrej, orzeźwiającej herbatki.

SZczęśliwego Nowego Roku!

środa, 1 grudnia 2010

Bajka o Puchatym i Ciepłym...czyli jak nie odmroźić sobie uszu chodząc z głową w chmurach



W pewnym miasteczku ludzie byli szczęśliwi i przyjaźnie nastawieni do siebie. Wszyscy dzielili się ciepłym i puchatym. Sąsiedzi żyli w zgodzie ze sobą, rodzice z dziećmi, nauczyciele z uczniami...
Pewnego razu do miasteczka dotarła zła wiedźma, która sprzedawała zimne i kolczate. Niestety nikt nie chciał go kupować. Zaczęła więc wmawiać ludziom, że jeśli nadal będą rozdawać ciepłe i puchate szybko je stracą. Ludzie jej uwierzyli i głęboko pochowali ciepłe i puchate. Za to zimne i kolczate szybko się rozprzestrzeniło na całe miasteczko.
Sąsiedzi przestali żyć ze sobą w zgodzie, rodzice z dziećmi, nauczyciele z uczniami również. Ludzie zamykali się w domach. Zapanowała złość i nienawiść.
Aż pewnego dnia do miasteczka przeprowadziła się pewna kobieta. Nie wiedziała o tym co wiedźma naopowiadała ludziom. Sama rozdawała wszędzie ciepłe i puchate. Ludzie zobaczyli, że wcale jej tego nie ubywa. Wkrótce inni też zaczęli wyciągać z ukrycia ciepłe i puchate aby dzielić się z innymi.
Mieszkańcy zrozumieli, że im bardziej dzielą się ciepłym i puchatym, tym więcej sami go mają. Wypędzili z miasteczka złą wiedźmę i znów zapanowała zgoda i szczęście...
Oczywiście "ciepłe i puchate" z opowiadania to uśmiech, dobre słowa i gesty, przyjazne nastawienie. "Zimne i kolczate" to złość, nienawiść, zazdrość i wszelkie negatywne uczucia.

Im więcej dzielimy się ciepłym i puchatym tym więcej go mamy. Niestety podobnie jest z "zimnym i kolczatym". Dlatego tak ważne jest dawanie innym ciepłego i puchatego. To co rozdajemy zależy od nas. Inni będą to przekazywać dalej.

niedziela, 28 listopada 2010

Gdy w adwencie szadź na drzewach sie pokazuje, to rok urodzajny nam zwiastuje.






I znów rozpoczął sę magiczny czas przygotowań do nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia.
I znów powrócą bolesne wspomnienia o tych, z którymi tych świąt nie spędzę. c'est la vie!
Oczywiście w tak ważnym dniu nie może zabraknąć odrobiny refleksji:










Każdego roku czekam
na nowy cud święta.
Bo jakże inaczej nazwać białą porę,
która nam wieści nowinę wprost z Nieba.

Po dolinach rozlega się światło łagodne.
To księżyc nocami sieje tę srebną poświatę
i niesie aż na szczyty odblask szczęścia swego.

Góry cieszą się wespół z ludźmi dobrej woli.
Ziemia choć w śniegu, bo zima w krąg ją ogarnia,
ogrzaną miłością nadchodzącego Boga.

Drogi ciemne i zgubne wyprostowane zostają,
zalane blaskiem gwiazd i ustrojone śpiewami.
Stąpać po nich możemy bezpiecznie i lekko.

A z gwiazd owych ta jedna zawisa nad miejscem,
wybranym spośród innych,
ochrzczonym - Betlejem.

ks. Janusz A. Kobierski

czwartek, 25 listopada 2010

Hej ! Kasie - Katarzynki ! Hej !


To wesole dziewczynki! Ponieważ dzisiaj ich święto, skladam więc najpiękniejsze życzenia :) A tak dla jasności, to Katarzynki są damską wesją Andrzejek, i to właśnie tej nocy kawalerowie sobie mogli wywrózyć, kto zostanie ich żonką. Aby tradycji stało się zadość w tę sobotę - JA - będę lać wosk, bo od jakiegoś czasu po mojej głowie tłucze się jakaś nieznośna myśl, podobna do tej z " Modlitwy Dziewicy" - O Boże daj męża, daj męża, daj męża! Hehehehe...tylko, że kandydatów jakoś na tego męża brak, a jak się już jakiś trafi, to jak w tym powiedzeniu o facetach: albo zajety albo do...ekhem! - tu zamilknę, niechcąc się nikomu narażać.
W ogóle to niech mnie ktoś przytuli, bo czasami czuję się jak ten osiołek z Shreka, który wszystkim sprawia radoche, a mało kto jemu.
Wracając do Katarzynek to na zakończenie wklejam nie mój wierszyk, który w tradycji ludowej spiewaja sobie podczas wrózenia kawalerowie:

Hej! Kasiu, Katarzynko
Gdzie szukać Cię dziewczynko
Wróżby o Ciebie zapytam
Czekaj – wkrótce zawitam

Bawmy się więc w Katarzyny
Szukajcie chłopaki dziewczyny
Zapytać więc trzeba wróżby
A nuż potrzebne już drużby

Wskaż proszę wróżbo wybrankę
Żonę i przyszłą kochankę
Wyciągam karteczki cztery
Są jej imienia litery

czwartek, 11 listopada 2010

Łzy palą jak ogień tylko w samotności.



O takiej pogodzie jaka panuje za oknem mówi się, że nawet psa nie wypuszczono by na dwór. A ja siedzę i marzę. Marzę sobie, aby już przyszły piewsze śniegi, minusowe temperatury, śnieżyce, burze śniegowe, szron na oknach, szron na drzewach, w ogóle wszedzie niech już bedzie ten szron, byleby nie ta cholerna plucha, która powoduje, że mój poziom depresyjny znacznie się zawyża! Ale nic to Baśka - jak mawiał Mały Rycerzyk do swej ślicznej żonki - po nas choćby i potop, a my damy sobie rade nawet z podstępną deprechą, o! I dlatego puszczam sobie różne fajne kolędy, wypisuję już kartki świąteczne i uśmiecham się na samą myśl, że za miesiąc o tej samej porze będzie już sezon "The Last Christmas" z całym jego dobrodziejstwem (czytaj: przedświąteczną bieganiną:)
Niestety, jednak dzisiejsze święto Niepodległości i jutrzejsza 11 rocznica śmierci mojego taty przytłoczyla mnie co nieco i w efekcie powstał wiersz, który poniżej wklejam. Jak widać całkiem odbiega od Bożo-Narodzeniowej tematyki...



Listopadowa Noc

Historii cmentarz otworzyl bramy
Zaprasza wszelkie duchy z przeszłości
Listopadową Noc przecież mamy
Wiec ciągną tu już tłumy gości

Kolejna warstwa pożołkłych liści
Otula szczelnie groby nieznane
Wiatr je do tańca uroczo prosi
niczym Powstaniec swoją damę

W rytmie żałobnej Etiudy Fryderyka
Smutnie kołyszą się duchy i drzewa
Wiatr między nimi hulaszczo bryka
Puszczyk złowieszczo gdzieś śpiewa

I jeszcze tylko lokaj - Wspomnienie
Gościom gorycz w kielich dolewa
Duchy skazane są na zapomnienie
Jak na stracenie skazane są drzewa

Aldona Kołacz, Deventer 11-11-2010

wtorek, 2 listopada 2010

Myślisz - Mówisz - Masz !




Studiuję sobie fajną książeczkę Eweliny Klarenbach o myśleniu pozytywnym, ponieważ bardzo interesuje mnie ten temat, a głównie za sprawą obejrzenia
filmu "Sekret". To znaczy książkę pod tym samym tytułem znam od dawien dawna, ale film obejrzałam niedawno i znowu poczułam potrzebę pogłębienia swojej wiedzy na temat Prawa Przyciągania. Jak się pogrzebie troszkę w necie, można uzyskać bardzo wiele cennych informacji, a jedną z nich jest treściwe opowiadanko "Myślisz - Mówisz - Masz" wyżej wymienionej autorki, która zapodaje jakby skondensowaną metodę owego Sekretu. Autorka przytoczyła w swojej książce krótką przypowieść indianską, która można dopasować do każdego człowieka, a która wywarła na mnie bardzo duże wrażenie, bo do takiej samej myśli doszłam już jakiś czas temu.
A oto ta przypowieść:


Pewien stary Indianin Cherokee nauczał swoje wnuki.
Powiedział im tak:
- Wewnątrz mnie odbywa się walka. To straszna walka.
Walczą dwa wilki: jeden reprezentuje strach, złość, zazdrość, smutek, żal, chciwość, arogancję, użalanie się nad sobą, poczucie winy, urazę, poczucie niższości, kłamstwa, fałszywą dumę i poczucie wyższości. Drugi to radość, zadowolenie, zgoda, pokój, miłość, nadzieja, akceptacja, chęć zrozumienia, hojność, prawda, życzliwość, współczucie i wiara.
Taka sama walka odbywa się wewnątrz was i każdej innej osoby.
Dzieci myślały o tym przez chwilę, po czym jedno z nich zapytało:
- Dziadku, a który wilk wygra?
- Ten, którego nakarmisz – odpowiedział stary Indianin.

***

I jak tu nie kochać indiańskich przypowieści? :)

poniedziałek, 1 listopada 2010

"Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. " - ks. Jan Twardowski



Jest taki jeden film polski, który jak żaden inny pasuje w klimat dzisiejszego dnia zadumy i refleksji. Ten film, ktory zostal nakręcony na kanwie powieści Tadeusza Dołęgi - Mostowicza to "Znachor". W rolach głównych takie znakomitosci jak Anna Dymna, Tomasz Stockinger, Artur Barciś i cudowny, niezapomniany Jerzy Binczycki. Osobiście mogę ten film oglądać każdego dnia, i każdego dnia będę płakać w tych samych momentach, a co najlepsze: nigdy mi się nie znudzi! W filmie znajduje się najbardziej romantyczny moment w filmotece polskiej, a jest nim scena, kiedy Leszek Czyński wbiega do izby z ogromnym bukietem róż i rzuca go pod nogi swojej ukochanej Marysi. Po oglądnięciu tego filmu ma się ochotę wrócic do czasów, kiedy ludzie mieli do siebie ogromny szacunek, miłość była prawdziwa, a życie ludzkie stanowiło najwyzszą wartość. Chociaż nie brak w nim ogromnego dramatu ludzkiego to jednak jest happy end, ale również żal, że coś się skończyło i pozostał niedosyt, i smak na wiecej takiej romantyki oraz nadziei, że cokolwiek w naszym życiu się dzieje ma swój czas i sens. Końcowa scena filmu, przy grobie matki Marysi zmusza właśnie do takiej refleksji. Dobrze byłoby aby powsawało więcej takich filmów i książek. Może świat wtedy by się chociaż troszkę ozdrowił.





„Listopadowa zaduma”

Głęboka refleksja, nostalgia
Chwila zadumy i przygnębienia
Nad mogiłami szeptane modlitwy
Smutek, tęsknota, cierpienie
W uścisku splecionych korzeni
Powiewa chłód czarnej ziemi
W jej głębi spoczywa ktoś bliski kochany,
Jego życie zgasło, tu jest pochowany
Ci co odeszli w żyjących mają nadzieję,
Że w ich pamięci będą trwali
Dla nich upłynął czas, trwa przemijanie
Wieczny odpoczynek racz im dać Panie.

(Wiersz ten dedykuje moim przedwczesnie zmarlym rodzicom)

niedziela, 31 października 2010

Szczęśliwego bojenia się! Boo!



Podarowano mi dzisiaj jedną godzinę extra. Skorzystałam więc z okazji by jakoś ją konstruktywnie wykorzystać i smacznie ją...przespałam.
A co? Miała się o tak zmarnować? W koncu jak otrzymuje się od losu taki cenny prezent należy być wdziecznym i z godnością go spożytkować, a dodatkowa godzina snu była jak najbardziej pożądana, zwłaszcza, że wiekszą część nocy spędziłam na oczekiwaniu zmiany czasu :P
W międzyczasie napisałam bardzo poważny dramat w jednym akcie. Inspiracją do jego napisania był zamieszczony powyżej obrazek.
A oto owoc mojej jakże ciężkiej pracy:

A SHORT PUMPKIN HALLOWEEN STORY

PUMPKIN ONA: JA SIĘ BOJĘ!
PUMPKIN ON: CZEGO GŁUPIA, NAS?
PUMPKIN ONA: NIE, TYCH NIETOPERZY ZA NAMI. JAK WCZEPIĄ MI SIĘ WE
WŁOSY, BĘDĘ ŁYSA!
PUMPKIN ON: JUŻ JESTEŚ ŁYSA!
PUMPKIN ONA: O, ŁAPKO NIETOPERZA! ZUPEŁNIE ZAPOMNIAŁAM...HEH...
PUMPKIN ON: HAPPY HALLOWEEN KOCHANIE !!! A BOO !!!
PUMPKIN ONA: NO WIESZ!! ALE MNIE WYSTRASZYłEŚ !! RZUCAM FOCHA...ADIEU!

(:THE END:)

czwartek, 14 października 2010

No i doigrałam się :)



Mała errata do wpisu z dnia 12.04.2010 roku:
Bardzo mi miło oświadczyć, że mój wiersz oficjalnie został
przetłumaczony na język holenderski, przez holenderskiego poetę
Klaas'a Seinhorst'a












Treurdicht voor mijn vaderland

Om wie huil je, mijn vaderland?
- Om mijn dochters en rechtschapen zonen,
Uit de hoogte neergeblazen met de wind van de geschiedenis
Door de geesten van het verleden die in het bos bij Katyń wonen.

De Poolse moeders vergoten tezamen
Talrijke tranen op de aarde waar bloed aan kleeft.
Op die aprildag werd de wereld gewaar
Wat onze Poolse stam heeft nagestreefd.

Hun vliegtuig was onderweg naar een eerbetoon aan de gevallenen,
Die slachtingen waren een bron van strijd,
Maar het lot mag zijn plannen graag veranderen
En verbond twee volken door een tragisch feit.

Vandaag huilt mijn dierbaar vaderland
Ook mijn hart is dit een diepe grief…
Mijn vaderland! God waakt over je!
Hij beproeft je zwaar – maar heeft je zeer lief!

Aldona Kołacz - Deventer, 12.04.2010

(Vertaling: Klaas Seinhorst)





Żałobny Tren dla mojej Ojczyzny


A za kim Ty moja Ojczyzno płaczesz?
- Za synami prawymi i za moje córy,
które duchy przeszłosci w lesie katyńskim
wiatrem historii zdmuchneły z góry.

Łzy matek - Polek, wylanych wspólnie
nie spadły marnie na skrwawiona ziemię.
Swiat się dowiedział w dzien ten kwietniowy,
O co walczyło nasze Polskie plemię.

Lecieli złożyć hołd pomordowanym,
Zbrodnia ta była kością niezgody,
Los jednak lubi zmieniać swoje plany
Smutną tragedią złaczył dwa narody.

Płacze dzisiaj Ojczyzna ma kochana,
Moje serce wraz z nią szlocha...
Ojczyzno moja! Bóg nad Tobą czuwa!
Doświadcza Cię srogo - lecz bardzo Cię kocha!



Aldona Kołacz - Deventer, 12.04.2010

środa, 13 października 2010

"Zielone drzwi" by Katarzyna Grochola...



... i niebieskie okno na świat u MNIE. Zaczęłam od spektakularnego tytułu, więc niech treść tego artykułu będzie równie spektakularna.
Dobra, ale do rzeczy. Skończyłam własnie czytać najnowszą powieść autobiograficzną wyżej wymienionej pisarki, a dodam dla ciekawskich, że ksiązkę zaczęłam czytać wczoraj po południu, oraz to, że wyżej wymieniona autorka jest jedną z moich najulubieńszych pisarek na świecie, ponieważ na każdej płaszczyznie moglabym się z tą Panią identyfikować. Kiedy pierwszy raz zapoznałam się z jedną bohaterką jej książek - Judytą - pomyślałam sobie, że przecież opisuje ona moje życie, moje perypetie rozwodowe i tak dalej. Zastanawiałam się również skąd tak dobrze MNIE zna, i dlaczego akurat MNIE wybrała sobie na bohaterkę swoich książek "Nigdy w życiu!" oraz "Ja Wam popkażę!"? Odpowiedzi doczytałam się po latach właśnie w "Zielonych drzwiach" i dziękuję Wszechswiatowi za to, że mogłam po przez tę książkę zapoznać się z prawdziwym pierwowzorem Judyty. Doczytałam się tam tylu wspaniałych i mądrych przekazów, że grzechem byłoby je zachować tylko do swojej wiadomości. Dowiedziałam się również z tej książki, że najpiękniejsze scenariusze pisze samo życie, a każdy człowiek jest cząstką wszechswiata, w którym rządzą te same uniwersalne prawa i prawdy.
Mimo, że każdy z nas ma zapisane swoje historie i swoje losy, to jednak są one niekiedy bardzo podobne. I to podobieństwo jest właśnie dowodem na to, że stanowimy całość Wielkiego Umysłu. Jeśli ktoś nie lubi powieści autobiograficznych, to z powodzeniem może, a nawet musi(!) przeczytać tę ksiażkę, bo odbiega ona całkiem od wytartych schematów biograficznych, gdzie ukazywane są tylko suche fakty na przestrzeni lat. Książka Pani Katarzyny to mistrzowsko połączone dzieje pisarki z jej życiowymi bardzo mądrymi i dojrzałymi przemyśleniami, przy których i łza zakręci się w oku, i uśmiech zagości na twarzy, a całość pochłania się jednym tchem.
Dziękuję Pani za to.

"W każdym momencie i na każdym rogu
czyha coś, co może zaowocować pięknem, niespodzianką,
przygodą, miłością, radością..."
/K. Grochola

czwartek, 7 października 2010

"A wszystko to stało się między wschodem i zachodem tego samego słońca " - P. Coelho



Mój dobry Boze! Budzę sie dzisiaj o poranku i dostrzegam rzeczy, które jeszcze do niedawna umykały mojej uwadze. A to w łazience pod prysznicem czuję zapach żelu, przypominający skoszoną trawę, a to kawa jakoś bardziej aromatyczna jest niż ta wczorajsza, a to wychodząc z domu do pracy, widzę na poręczy balkonowej tysiące diamentowych naszyjników utworzonych z pajęczej sieci! Dyndają one sobie w blasku przebijajacego się z porannej mgły słońca i kradną moje zachłanne spojrzenie, bo jestem jak sroka, która kocha migocące cacuszka. I chociaż nie znoszę ohydnych pająkow, a nawet pokuszę się o napisanie prawdy, ze się ich najzwyczajniej w swiecie panicznie boje, to jednak mam wielki szacunek do ich tytanicznej pracy, jakim jest tkanie takich cudownych i delikatnych arrasów, zdobiących ląki, pola, lasy a nawet jak się okazuje poręcze balkonów. Zauroczona magią jesiennego poranka widzę je wszędzie porozwieszane jak kolie na szyjach dostojnych drzew oraz okazałych krzaków, i wcale mi nie przeszkadza wizja, że być moze z jakiegoś zaułka spogladają na mnie tysiące małych, krwiożerczych oczek...he he :)
I kiedy wydaje mi się, że do pełni szczęscia nic mi już nie potrzeba, dostaję esemesa z wiadomością, że serdeczna przyjaciółka własnie nad ranem urodziła córeczke, którą jej przepowiedziałam dziewięc miesiecy temu! Ha,to się nazywa preludium do jesiennej rapsodii, którą gra nam życie. A skoro o muzyce mowa, to zakończę te notke stwierdzeniem, że na koncert zycia nikt nie otrzymuje programu.

I bardzo dobrze :)

środa, 6 października 2010

Jesienna cisza...przed burzą



Wrzesień przeleciał jak torpeda w Silent Hunter 3, i nie zatrzymal się nawet na moment. Smutno mi. Zawiodła nie tylko aura, ale i ludzie, po których nigdy bym się nie spodziewala, że zapomną...
Na pocieszenie zadedykuję samej sobie wiersz o jesieni. Zasłużyłam sobie jak nikt!












Jesień

Zanurzać zanurzać się
w ogrody rudej jesieni
i liście zrywać kolejno
jakby godziny istnienia


Chodzić od drzewa do drzewa
od bólu i znowu do bólu
cichutko krokiem cierpienia
by wiatru nie zbudzić ze snu


I liście zrywać bez żalu
z uśmiechem ciepłym i smutnym
a mały listek ostatni
zostawić komuś i umrzeć

Edward Stachura

poniedziałek, 5 lipca 2010




"Bo Polska jest najważniejsza"

Dnia czwartego lipca
przebrała się miarka
Polska na prezydenta
nie wybrała Jarka!!!

Bronek cieszy miskę
wszystko obiecuje
twierdzi on uparcie,
że zgoda buduje!!!

Gdy po pięciu latach
przyjdzie zbierac plony
- Bronek nic nam nie dał!?
rzeknie naród zdziwiony.

A morał z tej fraszki
tylko jeden mamy
Głupio głosujemy
a pożniej narzekamy!


A. Kołacz

5-07-2010

sobota, 19 czerwca 2010

EMIGRACJA




Emigracja

„Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił.” – A. Mickiewicz

Chyba nie ma piękniejszego cytatu, który tak dobitnie pasowałby do tematu tego artykułu. I chociaż Litwa stała się odrębnym państwem, to pamiętajmy jednak o ponad czterechsetletniej symbiozie Polaków i Litwinów we wspólnym państwie.

Emigracja. Dziwne słowo. Tak dziwne jak sama decyzja opuszczenia swojej ojczyzny i szukanie chleba/miłosci czy innych celów w obcym kraju, który być może znaliśmy tylko z pięknych folderów, opowiadań znajomych, czy zdjęć przywiezionych z wakacji. Opuszczenie kraju na dłuższy czas czy też na zawsze, wiąże się niejednokrotnie z podjęciem najważniejszej decyzji w naszym życiu. Jak często jednak rzeczywistość mija się z prawdą, dopiero przekonujemy się, kiedy zasmakujemy emigracji. Kiedy na własnej skórze odczujemy jej konsekwencje. Może każdy zapyta w tym momencie jakie konsekwencje ponosimy emigrując; przecież sami świadomie decydujemy się na coś, więc liczymy się też z tym, że nie zawsze poukłada nam się tak jakbyśmy sobie tego życzyli, ale jeśli już decydujemy się na emigrację, oczekujemy w swoim życiu zmian i to zazwyczaj na lepsze. Od emigranta wymaga się, aby dostosował się do danego otoczenia, przyjął jego normy i wartości, zaakceptowal wszystkie dziwactwa, których nigdy wcześniej na oczy nie widział. I w zasadzie nie ma w tym nic dziwnego. Decydując się na emigrację, powinniśmy sobie zdawać sprawe z tego, że to my jesteśmy goścmi w danym kraju i to my musimy przestrzegać praw goscinności. Znosimy często dumnie wszelkie niewygody, stawiamy czoło wszelkim niepowodzeniom, ale przychodzi taki moment, kiedy stajemy się bezsilni i upadamy na duchu. Takim milowym kamieniem osłabiającym zapał dokonania zmian w naszym życiu jest moment, kiedy zaczynamy tęsknić. Tęsknić za ojczyzną, za naszymi tradycjami, obyczajami, bliskimi ludzmi często pozostawionymi w kraju. Dopiero wtedy, kiedy odczuwamy tęsknotę zaczynamy cenić wszystko, co jest zwiazane z ojczyzną. Dopiero wtedy stajemy się lepszymi Polakami, aby nie powiedzieć: patriotami. Emigracja to najwspanialsza lekcja historii i geografii a zarazem pokory. Smutne to stwierdzenie, ale emigracja w bolesny sposób uczy miłości do swojej ojczyzny, do swojego języka, do polskości. Emigracja jest też ogromnym życiowym wyzwaniem. Często nawet nie zdajemy sobie sprawę jak bardzo zmienia nasze życie - nas samych. Kiedy otaczają nas obcy ludzie zazwyczaj myślący w inny sposób niź my, kiedy nie potrafimy się z nimi komunikować ani jasno wypowiadać swoich myśli z powodu bariery językowej, wtedy zaczyna się nasza osobista tragedia, z którą niejednokrotnie nie potrafimy sobie poradzić. Dorosłym ludziom często bardzo trudno jest oswoić się z nowym językiem, nauczyć się go dobrze i biegle nim władać. Niejednokrotnie też trudno jest nam odnaleź się w nowym otoczeniu, które bardzo roózni się zwyczajowo i kulturowo od tego, do którego byliśmy od dziecka przywiązani. I kiedy zaczyna być nam bardzo źle na duszy, wtedy szukamy bliskości drugiego człowieka, mówiącego tym samym językiem co my, mającego tę samą mentalność. Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy, że spotkanie rodaka ratuje nam życie, czy mniej dramatyzując – ratuje nas od popadniecia w stagnację czy nie daj Boże w nałóg. Osobiście na swojej drodze emigracyjnej spotkałam mnóstwo ludzi, którzy opuścili kraj zostawiając w nim rodzinę, dom, czy stanowiska, a nie mogąc odnaleź się w nowych warunkach, swoje niepowodzenia zaczęli topić w kieliszku. Z przykrością jest też patrzeć, kiedy w ten sposób ludzie staczają się, nie przyjmując od nikogo jakiejkolwiek pomocy.

Aczkolwiek na temat emigracji można by pisać kilometrowe elaboraty, to jednak każdy medal ma dwie strony i wśród nas emigrantów żyja też ludzie, którzy bez jakichkolwiek zahamowań potrafią się tak zintegrować z obcą nacją, że zupełnie im jest jedno gdzie żyją, co jedzą i w jakim języku rozmawiają.

Tacy ludzie nie odczuwają głodu wiadomości ze swojego kraju, nie obchodzi ich życie polityczne, ekonomiczne czy kulturalne swojej ojczyzny, co gorsza, nie chcą mieć z nią nic wspólnego!

Przykro się robi człowiekowi, gdy spotyka na swej drodze osoby, które zapominają tak szybko skąd wywodzą się ich korzenie, a zupełnie już nie potrafię pogodzić się z faktem, gdy ktoś oczernia swoje gniazdo – swoją ojczyznę. Na własnym przykładzie mogę też śmiało napisać, że im więcej różnic kulturowych mnie otacza, tym więcej czuję się Polką, tym więcej też kocham swój kraj, tym więcej chcę pokazać światu naszą kulturę i tradycje, bo każdy kto zna nasz kraj doskonale wie, że mamy się czym pochwalić! Natomiast inną sprawą są ludzie...

O Polakach mówi się różnie. Na tę opinię zapracowaliśmy sobie sami. Mamy różne przywary, można by nam zarzucić wiele wad, ale kiedy tak zsumujemy nas całościowo to wyjdzie na to, że posiadamy też wiele walorów i dobrych cech. Szczególnie możemy się poszczycić jedną cechą, której nie ma tak mocno rozwiniętej chyba w żadnym innym kraju: poczucie solidarności.

Jest w naszym narodzie taki duch, który w najtrudniejszych chwilach nas jednoczy. Jednoczy nas tak bardzo, że stajemy się całością. O tym duchu wspominał nasz najwspanialszy rodak - Papież Jan Paweł Wielki. To ten duch, który wstępuje w nas w trudnych sytuacjach, mobilizuje nas do jednoczenia się i solidaryzowania, ale nie ma chyba też narodu, który miałby tak dualną naturę. Potrafimy bronić swoich racji, ale potrafimy też nie widzieć racji innych. Paradoksalnie potrafimy cenić tolerancję u innych, sami nie tolerując. Chętnie integrujemy się z innymi narodami, ale w sercu zawsze pozostajemy Polakami. Fenomenem jest też fakt, że potrafimy być patriotami, ale tylko wtedy, kiedy mieszkamy daleko od swojego kraju. Nasi narodowi bohaterowie stawali się bohaterami dopiero na emigracji. Zaliczyć można do nich z pewnością takie światłości jak: Maria Skłodowska - Curie, Jan Pawel II, Fryderyk Szopen, Czesław Miłosz, Tadeusz Kościuszko, Mikołaj Kopernik, Adam Mickiewicz i wiele wiele innych światłych postaci, które tu pominełam. To na emigracji powstawały narodowe eposy zaliczane do światowej klasyki. To na emigracji jednoczymy swoje siły w pokonywaniu licznych trudności, odbudowujemy wartości, o których zapominamy w kraju. To na emigracji kultywujemy gorąco nasze piękne tradycje, pokazujemy się chetnie w naszych narodowych strojach, których nigdy nie założylibyśmy przebywając w kraju.To dzięki emigracji dostrzegamy piękno naszego kraju, naszej przyrody i naszych narodowych skarbów. Dopiero emigracja otwiera nam oczy na wiele rzeczy, które pozostawiliśmy gdzieś kątem w kraju. W świecie mówi się o nas jako o jednej z najinteligentniejszej nacji. Z bolesnej dla naszego narodu historii wiemy też, że niejednokrotnie próbowano tą naszą inteligencję zniszczyć. Za każdym razem jednak powstawaliśmy jak Feniks z popiołu i umacnialiśmy się duchowo i terytorialnie. Mówi się też głośno, że Polaka można spotkać w każdym zakątku świata. Jesteśmi globertroterami chętnymi zobaczyć świat własnymi oczami. Może te wędrówki, z których powracamy objuczeni różnymi doświadczeniami sprawiają, że dopiero wtedy wiemy, gdzie jest tak naprawdę nasze miejsce na ziemi. Przywozimy ze sobą bagaż wiedzy, którą chętnie dzielimy się z innymi. Większość Polaków na emigracji to ambasadorzy naszej pięknej kultury a ich domy to konsulaty, w których zawsze można znaleź pomoc. Pisząc ten artykuł używam bardzo ogólnikowych sformułowań, opartych przeważnie na osobistej obserwacji życia polonijnego. Wiedza na ten temat skłoniła mnie do zadania sobie jak i również innym ludziom podstawowego pytania: dlaczego tak się dzieje, że człowiek najpierw musi coś stracić, aby zacząć cenić to, co się miało na wyciągnięcie ręki?

Myślę, że każdy młody człowiek powinien dostać tę szansę, aby przynajmniej raz w życiu wyjechać ze swojego kraju na dłużej, by móc później zrozumieć proste powiedzenie: „że wszędzie jest dobrze, ale w domu – ojczyznie najlepiej”.

Deventer, 20-01-2007
Aldona Kołacz

środa, 16 czerwca 2010

Lepszy wróbel na dachu, niż...




...Państwo Gołębiowscy na balkonie - czyli historia z życia wzięta -
czyli jak najbardziej prawdziwa :)


Pragnę podzielić się z Wami moimi osobistymi przeżyciami, które mnie
w tychże ostatnich dniach nawiedzily i o palpitacje serca przywiodły, tudzież
mocno nadszarpnęły moje wątłe zdrowie i nerwy :)
Ale do rzeczy. Otóż przed kilkoma tygodniami przyuwazyłam ci ja, że na moim prywatnym balkonie,
(bez uprzedniego powiadomienia i zapytania o zgodę) wprowadziła się para małżeńska - Państwo Gołębiowscy
(w niektórych kręgach towarzyskich pospolicie zwanych Cukrówkami), ktorym niesamowicie spodobał się
górny apartament w postaci zwisającej plastikowej donicy, ktąra ja w odruchu
lenistwa nie zdażyłam uprzatnąć i zagospodarowac jakoś.
W tymże samym odruchu lenistwa, w ogole nie zdążylam w tym roku
doprowadzic mojego balkonu do stanu używalnosci, przez co panuje na nim obrazowo mówiąc - lekki burdel,
ale nie o tym chcialam napisać...ekhem! :)
Faktem jest niezbitym to, że taki stan rzeczy niecnie wykorzystalo wyżej wymienione Państwo Golebiostwo.
Wszelkie próby pozbycia się intruzów nie dały żadnych rezultatów, co gorsza, moje spostrzegawcze oko
przuważyło, że po kilkunastu dniach ciagłego wysiadywania w donicy, cos się tam musiało wykluć, bo
obydwoje małżonkowie latały w tę i we wtę, przy okazji gruchając sobie na cale gardło "cuuukruuuuuu"!!!
A żem ciekawska baba - przywleklam ci ja z komórki drabine, i podczas chwilowej nieobecnosci luknelam im
do apartamentu, gdzie moim pięknym, niebieskim oczętom ukazal sie widok dwóch pokracznych i starasznie
brzydkich stworzątek, które słodko sobie przyklejone do siebie drzemały. Serce ci me mocno na ten widok
zabilo, bo mimo, zem wścibska, to bardzo uczulona na takie widoki, i zaraz mi ten teges...łezka wzuszenia poleciała.
- No to jest nas teraz piątka - pomyślałam sobie z wielką uciechą, udawszy sie do swojej pracy.
Po drodze nakazalam swojej pociesze, aby pod zadnym pozorem nie przyblizala sie do rodziny
Golebiowskiej, bo może je nie daj Boze wypłoszyć i pozbawic malenstwa rodziców.
Jak to w życiu bywa - jablko od jabłoni niedaleko pada, i moja pociecha odziedziczywszy wscibskość po mamusi,
wykorzystała chwilową nieobecność Państwa Gołebiowskich i też im luknela do apartementu.
Po tym niecnym czynie moja pociecha zadzwoniła do mnie bezczelnie chwaląc się, że też widziała
maleństwa i ona ( to znaczy się ta moja pociecha) już sobie jednego z nich zaadaptowala na zawsze,
tylko poczeka chwilkę, jak juz bedą duże. Ponieważ pomysł adopcji mnie się bardzo nie spodobał toteż
moja pociecha otrzymała reprymendę w postaci opieprzu solidnego plus nakaz popukania się w głowę.
Do domu wróciwszy, bezzwłocznie udałam się na balkon w celu kontroli, czy wszystko jest okey, i czy
pani Gołębiowska nie zaniedbuje swoich rodzicielskich obowiązków. Wraz z moją pociechą,
zaczęliśmy przystosowywać nasze życie do życia Gołebiowskich.
A to wchodziliśmy na palcach do pokoju, ktory sąsiadował z apartamentem w postaci donicy - by nie płoszyć i
nie denerwować małżonków, a to zasłanialiśmy szczelnie zasłony, a to otwieraliśmy po cichutku drzwi balkonowe,
i tak upłynął prawie tydzień.
Dwa dni temu, po powrocie do domu, tchnięta jakimś dziwnym przeczuciem udalam ci się ja na balkon celem
codziennego podgladania apartamentu z mlodymi, oczywiscie podczas nieobecnosci starszych Golębiowskich.
Jakież było moje przerażenie, gdy w donicy znalazłam tylko jednego juniora! Rozglądnełam się (z wysokości drabiny)
po balkonie, i przyuważyłam, że pod donicą, na betonie leży sobie nieboraczek drugi junior,
prawdopodobnie świętej pamięci. Zwlokłam się smutna i nie utulona w żalu z tej drabiny, by pozbierać pisklaczka,
i jakiez bylo moje zdziwienie gdy zgarnawszy go z ziemi, poczulam, ze maluch jest w jak najlepszej kondycji zdrowotnej,
i mimo nazbyt wczesnego "wylotu" z apartamentu przezyl upadek !!
Z wielka czułością i ostrożnością wsadzilam juniora Numero Duo do gniazda,
które w owym momencie wydało mi się bardzo niestabilne oraz male. Dodatkowo stwierdziłam, że junior Number One
gabarytowo o polowe wiekszy od braciszka, rozpycha sie w tym apartamecie chamsko, co tez tlumaczylo wypadek
juniora Number Two !
Postanowilam obserwowac ptasi apartament, by nie powtórzyla się sytuacja, w ktorej to juniory mogły spadać z gniazda
jak ulęgalki, oraz wymyślec coś, co mialo by skutecznie temu zapobiec. Na pierwszy rzut oka, przyszło mi do glowy,
aby powiekszyc Gołębiowskim apartament, i delikatnie im zrobić podmianę donic, jakoże wiekszą miałam
w rezerwie. Jak i pomyślam tak też i zrobilam, wykorzystując niecnie chwilową nieobecność starszych Golębiowskich.
Zaciekawionych Juniorow ulokowalam na starym gnieździe zrobionym przez mamusie i tatusia z kilku patykow oraz oblepione
ich odchodami (bleeeh, jak ja potrafię się poświęcać...heh!), i całość przeniosłam do wiekszej i głębszej donicy,
skąd już wypaść nie mogły ! Teraz tylko pozostało nam (bo moja uciecha równiez przystała na pomysł,
i nawet czynnie w nim brała udział) obserwować, co też się będzie działo...
No i działo się! Gołębiowscy przylecieli, chwile w gnieździe się pognieździły, potomstwo nakarmiły i...se polecialy precz.
Miałam nadzieję, że jak co wieczór, mama Gołębiowska wróci do domku i przytuli maluszków, ale nic takiego się nie stalo.
Razem z moim juniorem wyczekiwalismy do póżnych godzin nocnych i wypatrywaliśmy, czy któryś z rodziców się pokaze,
ale doopa! Wyrodna matka i ojciec wypięli się na nowy apartament, przy okazji zrzekając się praw rodzicielskich.
- No to teraz zaadoptujesz obydwóch juniorów! - rzeklam ci ja smutnym głosem do syna, po czym zwisający apartament z całym
przychówkiem zarekwirowaliśmy do srodka, bo noc wydawała się zimna srodze, a maluszki tulily sie do siebie.
W pierwszym moim macierzynskim odruchu pozbyłam się patykowo-kupowego gniazda, po czym ulokowałam moje nowo
adoptowane sierotki na prawdziwej tetrowej pieluszce, ktora pozostala mi jeszcze z czasów gdy to mój junior w nią grzmocił i siusial.
A że uprana do najczystszej czystosci, to i się na stare lata przydała. Drugą takową tetrowa pieluszką okryłam pisklaki i ułożyłam do
snu. Nie, kołysanek im nie śpiewałam, jak gdyby ktoś sobie mógł pomyślec, za to rychle przystapiłam do guglowania wszystkich
ptasich for. Dowiedziałam sie z tych mądrych for, ze kilkudniowe pisklaki nalezy co 3 godziny karmić grysikiem ugotowanym
na wodzie, uprzednio trzymając odpowiednią temperaturę. Uzbrojona w fachowa wiedzę o pierwszej w nocy gotowałam grysik na wodzie,
po czym zabralam się za karmienie. Szło mi to jakoś topornie, bo kleisty grysik nie chciał wychodzic z pipety wprost do dziobów,
w efekcie czego wszyscy czworo byliśmy upaprani jak nie przymierzajac swinki w chlewie.
- Jutro rano dzwonie po ptasie pogotowie i oddam im nasze maleństwa - powiedzialam juniorowi,
a on jakimś dziwnym trafem nie stawiał oporów, co gorsza - przyznał mi rację!
Jak się powiedziało tak się i też zrobiło. O godzinie 6 rano, po kolejnej mało co udanej próbie dokarmiania juniorów, wykręciłam
numer alarmowy ptasiego pogotowia i jak z nut opowiedzialam im calą historię. Pani z pogotowia - przyjmująca telefon - bardzo
uważnie i w skupieniu mnie wysluchała, a nastepnie, gdy ja calą swoją opowieść skończylam - pouczyła mnie w formie solidnego
opierdolu, abym się w życie rodzinne Gołebiowskich na drugi raz nie wtracała, bo oni najlepiej wiedzą kiedy mają na juniory siadać a kiedy nie,
i abym cały ten majdan, w którym siedzą teraz juniory wyniosla z powrotem na balkon, bo Gołębiowscy prawdopodobnie teraz
odchodzą od zmysłów, ze im ktos gniazdo ten teges...
Pani nakazala mi jeszcze zaobserwować, czy starzy przylecą, a gdyby do wieczora nie przylecieli, to dopiero mam alarmować.
Dzizys...wstyd mi sie zrobiło, i zaraz juniorów wynioslam na balkon, ale juz ich nie powieśiłam, a położylam z całym nowym, gniazdem na
pólce kwiatowej, po czym szybko się z tego balkonu ewakuowałam do pokoju, z którego mogłam niezauważona obserwować sytuację.
Po 10 minutach na balkonie zjawił sie Pan Gołębiowski, który po kolejnych 10 minutach z mina: "o co tu qrffa kaman?"
ostrożnie wszedł na pisklaki i rzetelnie nakarmił. Gdy juniory napojone i nakarmione usnęły jak susły, pojawiła się Pani Gołebiowska
i jak gdyby nic usadowiła się na nich, dając do zrozumienia małżonkowi, ze na resztę popołudnia ma wolne. Ucieszony niezwykle z tego
faktu malzonek wygruchał trzykrotnie swoje wdzięczne " cuuuukruuuu" i odleciał w siną dal, przy okazji strzelając na mą balkonową poręcz
kupę wielkośći gołębiego jajka...
- Ech...życie jest do doopy - powiedziałam pólgłosem do siebie.
- W dodatku osrane - spuentował moj junior, ktory w jakiś cudowny sposób zmaterializował się za moimi plecami...
I to ma być podzięka za to, że im całą noc bajstruki pilnowałam??

I to na razie tyle w temacie.
O dalszych losach rodziny Gołebiowskich bedę informować na bieząco.

środa, 14 kwietnia 2010

Bo ten kwiat, bo ten kwiat...Panie Prezydencie...



...Pąk w swej bieli utulony
to w podzięce dla Twej żony
za minione lata w trudzie
że się wciąż przy Tobie budzi
i jest zawsze gdy potrzeba
by uchylić Tobie nieba...

[*][*][*]







Maria Kaczynska, której imieniem i nazwiskiem nazano w Holandii nową odmianę tulipana - była piękną osobą, szkoda tylko, że większość dowiedziała się o tym wtedy, gdy odeszła. Za jej życia wyśmiewano ją i jej męża. Mediom zależało, by pokazywać ich w krzywym zwierciadle, ale potrzeba aż było takiego dramatu, by zobaczyć jakimi dobrymi, prostymi i skromnymi ludźmi byli...
Żal..smutek...żal...

:(((

niedziela, 11 kwietnia 2010

Moja Polska płacze...



...a ja wraz z nią.
To co się wczoraj wydarzyło nie da się opisać słowami. Słowa tu zbyt małe, by oddać ból i stratę dla Narodu Polskiego. Zginęli wybitni Polacy - kwiaty polskiej elity politycznej i społecznej. Pozostaje tylko pytanie: dlaczego?














Żałobny Tren dla mojej Ojczyzny


A za kim Ty moja Ojczyzno płaczesz?
- Za synami prawymi i za moje córy,
które duchy przeszłosci w lesie katyńskim
wiatrem historii zdmuchneły z góry.

Łzy matek - Polek, wylanych wspólnie
nie spadły marnie na skrwawiona ziemię.
Swiat się dowiedział w dzien ten kwietniowy,
O co walczyło nasze Polskie plemię.

Lecieli złożyć hołd pomordowanym,
Zbrodnia ta była kością niezgody,
Los jednak lubi zmieniać swoje plany
Smutną tragedią złaczył dwa narody.

Płacze dzisiaj Ojczyzna ma kochana,
Moje serce wraz z nią szlocha...
Ojczyzno moja! Bóg nad Tobą czuwa!
Doświadcza Cię srogo - lecz bardzo Cię kocha!



Aldona Kołacz - Deventer, 12.04.2010



14.10.2010 - godz. 12.25
Mała errata:
Bardzo mi miło oświadczyć, że mój wiersz oficjalnie został
przetłumaczony na język holenderski, przez holenderskiego poetę
Klaas'a Seinhorst'a

Treurdicht voor mijn vaderland

Om wie huil je, mijn vaderland?
- Om mijn dochters en rechtschapen zonen,
Uit de hoogte neergeblazen met de wind van de geschiedenis
Door de geesten van het verleden die in het bos bij Katyń wonen.

De Poolse moeders vergoten tezamen
Talrijke tranen op de aarde waar bloed aan kleeft.
Op die aprildag werd de wereld gewaar
Wat onze Poolse stam heeft nagestreefd.

Hun vliegtuig was onderweg naar een eerbetoon aan de gevallenen,
Die slachtingen waren een bron van strijd,
Maar het lot mag zijn plannen graag veranderen
En verbond twee volken door een tragisch feit.

Vandaag huilt mijn dierbaar vaderland
Ook mijn hart is dit een diepe grief…
Mijn vaderland! God waakt over je!
Hij beproeft je zwaar – maar heeft je zeer lief!

Aldona Kołacz - Deventer, 12.04.2010

(Vertaling: Klaas Seinhorst)



.......................(,)
..........).........._'\!/'_
.........(,).........(""""")
......._'\!/'_.ڿڰۣڿ❀❤❀ڿڰۣڿ
.......(""""").W ZADUMIE
....ڿڰۣڿ❀❤❀ڿڰۣڿ.I CISZY
..............ڿڰۣڿ❀❤❀ڿڰۣڿ

niedziela, 4 kwietnia 2010

Święta, Święta - Goście, Goście :)



Mam rodzinkę na swiąteczny czas i jest nam super dobrze! Co prawda nic szczególnego nie robimy oprocz leniuchowania, siedzenia przed tv i objadaniem sie swiatecznymi delicjami, ale wlasnie to jest tak niepowtarzalne i cudowne! Chwilo trwaj! :)

czwartek, 11 lutego 2010

Powiedział Bartek...



...że dzis Tłusty Czwartek!!

Kochani pączkożercy!

Zyczę wszystkim dobrego apetytu, abyscie pochłoneli jak największą ilość
takich wspaniałych smakołyków jak w ponizszym linku!

http://www.paczekdlaciebie.pl/35832


Poetycznie podchodząc do tematu:

Gdy uderzył wielki dzwon, objął w świecie Pączek tron.
Król przez wszystkich ukochany, piękny, pulchny i rumiany.
W brzuszku wprawdzie miał on dziurę, lecz w tej dziurze konfiturę.
Okazale i wspaniale siadł król Pączek na krysztale,
a w około jego dworki, wysmukłe, kruche faworki.
Na półmiskach legły szynki i kanapki, i tartynki
Co za hałas, co za gwar,
tańczy chyba ze sto par!
Bo za króla Pączka hula nawet dziaduś i babula...
Świat się cały w kółko kręci, tańczy, hula bez pamięci....
(Jadwiga Mączyńska)

sobota, 6 lutego 2010

Karnawał czas zacząć...



...bo za tydzien Ostatki, a ja dopiero teraz sie zreflektowalam, ze za chwile zacznie sie dluuuugi post, ktory nas zblizy do Swiat Wielkanocnych. Najfajnie w tym wszystkim jest to, ze dopiero tydzien temu rozebralam choinke..hehehehe :)

wtorek, 5 stycznia 2010

Pada snieg, pada snieg i bialutki jest swiat :)



Poprzez białe drogi, z mrozem za pan brat
pędzą nasze sanie szybkie niby wiatr.
Biegnij koniu wrony przez uśpiony las
my wieziemy świerk zielony i śpiewamy tak:

Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań
co za radość gdy saniami tak można jechać w dal
gdy pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań
a przed nami i za nami wiruje tyle gwiazd.

Biegniesz biała drogo nie wiadomo jak,
nie ma tu nikogo kto by znaczył ślad.
Tylko nasze sanie, tylko szybki koń
tylko gwiazdy roześmiane i piosenki ton.

Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań
co za radość gdy saniami tak można jechać w dal
gdy pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań
a przed nami i za nami wiruje tyle gwiazd.


W Holandii zima na calego jakiej nie bylo od 35 lat.
Ciekawe, czy to ma cos wspolnego z globalnym ociepleniem?

:P