czwartek, 11 października 2012
Anegdota o...Mioduli
Towar dzisiaj już przyjęłam, klientów obsłużyłam, więc mam trochę czasu przed popołudniowym boomem. Przyjechał dzisiaj do mnie kolega i podarował mi butelkę Mioduli Prezydenckiej, bo bardzo zmartwił się tym, że jestem chora. Z Miodulą* mam też bardzo fajne wspomnienia z zeszłego jesiennego sezonu. Otóż, gdzieś o tej samej porze roku złapała mnie grypa. Ponieważ chciałam się bardzo szybko wykurować, jednego wieczora wsadziłam nogi do miski z bardzo gorącą wodą, w której rozpuściłam kilo soli atlantyckiej. Przypadkowo miałam w barku zakupioną - u Pani Zosi z restauracji "Kleine Zakopane" - Miodulę* trzymaną na specjalną okazję. Ponieważ wódka ta do tanich nie należy, więc była naprawdę przeznaczona do spożywania jako lekarstwa. Podczas tego moczenia nóg pomyślałam, aby wzmocnić proces samouzdrawiania właśnie kieliszeczkiem tego przedniego trunku, co też niezwłocznie uczyniłam. I kiedy ja, drobnymi łyczkami delektowałam się pyszną Miodulą*, wszedł mój syn do pokoju spoglądając ze zdziwieniem to raz na mnie, to raz na stojącą przede mną butelkę ze złotym płynem. Oczywiście padło z jego strony magiczne pytanie od kiedy to ja piję wódkę, bo jakoś sobie nie przypomina bym to do tej pory czyniła. Odrzekłam więc mojemu juniorowi, że jest to sytuacja wyjątkowa, i nie spożywam żadnego alkoholu, tylko "niezwykle lekarstwo", aby przyspieszyć mój proces zdrowienia. Dodałam też, że sól wyżre chorobę od dołu, a Miodula* od góry, więc na bank następnego dnia będę zdrowa jak rybka, co też się i stało. Junior nie mógł wyjść z podziwu nazajutrz, że choroba mnie tak szybko opuściła. Niestety, u nas w domu bywa tak, że jak panuje jakaś epidemia, to przechodzimy ją kolejno albo ja pierwsza a junior drugi, albo na odwrót. Tamtym razem ja byłam pierwsza chora, a kilka dni później grypisko dorwało i juniora.
Po powrocie ze szkoły zadzwonił do mnie z pytaniem, co ma zrobić, bo strasznie kaszle i jest mu zimno. Oczywiście kazałam mu nalać do miski gorącą wodę, rozpuścić w niej kilo soli atlantyckiej (którą zawsze mam w pogotowiu, w swojej domowej apteczce) moczyć w tym roztworze nogi, zażyć tabletkę Gripex*, a później wskoczyć pod kołdrę. Junior podziękował i obiecał zastosować się do moich rad. Kiedy wróciłam po trzech godzinach z pracy do domu, zastałam widok niezwykły, który wprowadził mnie w stan osłupienia. W salonie, na sofie siedział mój synuś okryty szczelnie puchową kołderką, z nogami w misce, z buzią czerwona jak dojrzałe jabłuszko, a na ławie przed nim stała opróżniona w całości butelka mojej drogocennej Mioduli*! Na pytanie co to ma znaczyć, synuś odpowiedział, że zamiast Gripexu* pełnego chemii, wolał wypić to "cudowne lekarstwo", które kilka dni temu mnie tak szybko i skutecznie uleczyło. Kiedy z wyrzutem spytałam dlaczego wyżłopał całą butelkę zamiast jednego kieliszeczka, odpowiedział z rozrzewnieniem w głosie: - A tego to już mi nie powiedziałaś, ile należy wypić tych kieliszków! Było dobre, to sobie popijałem, a jak pojedziemy do Pani Zosi to se kupisz nową. No chyba chcesz, żebym jutro był zdrowy i poszedł na zajęcia??
No jasne, że chcę.
Następnego dnia synuś nie poszedł jednak do szkoły, bo miał swojego pierwszego w życiu kaca, i to takiego jak stąd do Zakopanego!
Jaki z tego morał? Rodzice! Trzymajcie lekarstwa z daleka od dzieci.
*Powyższy wpis zawiera lokowanie produktu :P
wtorek, 9 października 2012
Cztery Pory Roku...
Moja mama kochała muzykę poważną i bardzo często słuchała ją głośno przy sprzątaniu, gotowaniu, szyciu, i tak dalej, tak, że ta miłość udzieliła się wszystkim domownikom. Słuchaliśmy Czterech Pór Roku - Vivaldiego, Nabucco - Verdiego, Jeziora Łabędziego - Czajkowskiego i wielu, wielu innych wykonawców, kompozytorów. Myślę, że dzięki temu współ-słuchaniu mama bardzo uwrażliwiła mnie, a właściwie nas z rodzeństwem, na piękno tego świata, zaostrzyła poczucie estetyki, zaszczepiła miłość do każdego gatunku muzyki. Moje klimaty muzyczne zmieniają się dosłownie z porami roku. Teraz mam fazę na klasykę, więc słucham sobie w sklepie radia Zet Classic i jest mi z tym dobrze. W domu czeka zaś 150 cd z muzyką klasyczną. Cała kolekcja jest kupiona, nie ŚCIĄGNIĘTA jakby ktoś się pytał! I mimo, że większość z kompozytorów nie żyje i nie otrzymuje tantiemy za swoja twórczość, to ja w taki sposób składam im hołd.
No, to się pochwaliłam :P
"Muzyka nie tylko daje nam ukojenie i dostarcza rozrywki. Jest czymś więcej. Można poznać człowieka po muzyce, jakiej słucha." - Paulo Coelho - Czarownica z Portobello
środa, 3 października 2012
Cyrk rządzi się własnymi prawami..
Idziemy dzisiaj do Cyrku. Co prawda czasami czuję się jakby całe moje życie było cyrkiem, ale dzisiaj będzie ten prawdziwy - ze słoniami, tygrysami, konikami, małpkami, akrobatami, przezabawnymi klaunami, i wspaniałą atmosferą prawdziwego artyzmu, który przypomina dziecięce lata, gdy to postawiony na głównym placu namiot w małym miasteczku wywoływał euforię i zachwyt wszystkich mieszkańców, dla których objazdowy cyrk był trampoliną na odbicie z szarej małomiasteczkowej nudy. Cieszę się ja... i cieszy się ta mała dziewczynka, ukryta głęboko we mnie.
"Świat to cyrk, gdzie miłość i szczęście chodzą wysoko po mocno napiętej linie i w każdej chwili grozi im śmierć." Zofia Kucówna - Zdarzenia potoczne
poniedziałek, 1 października 2012
Przybył Kolejny Obywatel na planetę Ziemia!
Nie myślcie sobie, że czary nie działają! Rano odczarowywałam Poniedziałek, i kto by pomyślał, że będzie taki piękny i obfity we wrażenia? Moja rodzina się powiększyła, Reksio wrócił z wakacji, spotkałam kogoś dawno niewidzianego, a teraz szykuję się na powrót do domu. Moja mama mawiała, aby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, to też piszę ten komentarz już po :)
Nino Ricardo witaj na świecie! Dla Ciebie i Twojej dzielnej mamy specjalna kartka z cytatem ode mnie. Buziam Was:)*
czwartek, 27 września 2012
Mądry Polak po szkodzie...
Człowiek uczy się codziennie czegoś nowego, ale za każdym razem ta wiedza powoduje moje zdumienie, a czasami uśmiech na ustach chociażby z tego powodu, że czuję się o ciut mądrzejsza niż poprzedniego dnia. Dzisiaj na przykład nauczyłam się tego, że nie warto skupiać się na małych rzeczach, bo tak naprawdę przegapi się szansę, gdy pojawi się Ta wielka rzecz. Drobne rzeczy powinny cieszyć, ale nie można przestać być czujnym w oczekiwaniu na rzeczy wielkie. A ja dzisiaj właśnie taką szanse przegapiłam. Trudno...jutro będę jeszcze mądrzejsza!
Każde westchnienie to jakby cząsteczka życia, która się od człowieka odrywa.
Juan Rulfo
środa, 19 września 2012

Dokładnie 15 lat temu los zadecydował, że odbierze nam najdroższą na tym świecie osobę. Gdyby żyła miałaby dzisiaj 73 lata. Jaka byłaby dzisiaj? Myślę, że tak samo piękna, mądra, kochająca ludzi, świat, a przede wszystkim życie, które wcale się z Nią dobrze nie obeszło. Dawała z siebie wszystko nie oczekując nic w zamian. Jej postawa poświęcania się wszystkim i wszystkiemu czyniła Ją bardzo wyjątkową. Osobę nie z tego świata. Kto znał moją Mamę, wie o czym piszę. Ludzie mówią, że czas leczy rany, a ja...pomimo upływu czasu nie przepracowałam jeszcze jej śmieci.
Jest mi na sercu bardzo ciężko Mamo...
Noc
Dopala się nafta w lampce.
Lamentuje nad uchem komar.
Może to ty, Matko, na niebie
jesteś tymi gwiazdami kilkoma?
Albo na jeziorze żaglem białym?
Albo fala w brzegi pochyłe?
Może Twoje dłonie posypały
mój manuskrypt gwiaździstym pyłem?
A możeś jest południową godziną,
mazur pszczół w złotych sierpnia pokojach?
Wczoraj szpilkę znalazłam w trzcinach --
od włosów. Czy to nie Twoja?
Konstanty Ildefons Gałczyński
poniedziałek, 10 września 2012
Pieczone gołąbki nie lecą same do gąbki !

Gotowanie to moja druga pasja po Archeologii, więc gdy mam tylko troszkę wolnego czasu staram się pichcić rozmaitości. Dzisiaj zrobiłam coś, co przypomina klasyczne gołąbki, ale gołąbkami nie jest. Wymyśliłam temu taką oto nazwę: faszerowana serkiem brie i tzatziki pierś kurczaka w kapuścianej saszetce. Oczywiście zalewam to wszystko do połowy wodą, przykrywam szklaną pokrywą, wsadzam do piekarnika i zapiekam. Na 15 minut przed końcem zagęszczam białym koperkowym sosem i voila! Przepis łatwy i bardzo smaczny, do nabycia u mnie na maila.
P.S. Ciekawa jestem co powiedziałaby na to Pani Magda Gessler?!
:-)
wtorek, 4 września 2012
Wrześniowe Panny...

Ach ten wrzesień! Dla mnie jest on i smutny i wesoły, jednak z przewaga nostalgii. W najblizszą sobotę mam któreś tam urodziny...a za parę dni po urodzinach kolejną rocznicę śmierci mojej Mamy...
Wciąż wracają bolesne wspomnienia tamtych wrześniowych dni, kiedy w lasach kwitły ulubione wrzosy mamy, a w niej gasło z dnia na dzień życie...
BTW - ten pająk musiał się nieźle zakręcić, by utkać tak piękną i misterną firankę na drzewa...
sobota, 25 sierpnia 2012
Gość w dom - Bóg w dom - darz Bór!

Od Poniedzialku, czyli od 20-08-2012 roku jestem wlascicielka malenkiego Ratlerka, naszego nowego lokatora. Piesio od pierwszego wejrzenia pokochal mojego Juniora, a my od pierwszego wejrzenia pokochalismy Piesia. Po tylu latach znowu odpowiedzialnosc za czyjes zycie, tym razem jednak dzielone na dwoje, bo Junior angazuje sie chyba bardziej niz ja. Spia razem, jedza razem, wychodza na spacerki razem. Ja jestem Wielkim Sponsorem - kocyki, miseczki, jedzonko, zabawki, przenosna bude, obroze w najmiejszym rozmiarze dla krolika, za to z prawdziwej skory, i z diamentami (sztucznymi ma sie rozumiec) kupilam pierwszego dnia - jestem rowniez szefowa od smakolykow. To juz sobie wyjasnilismy przy pierwszej probie przekupstwa kawalkiem baleronika. Palce mialam oblizane do czysta. I teraz juz jest jasne dlaczego jak wchodze lub wychodze z kuchni, ktos w poblizu strasznie i radosnie macha tym miniaturkowym ogonkiem. Zasada Fair Play obowiazuje. Nikt o nikogo nie jest zazdrosny, w koncu jestesmy jedna, wielka trzyosobowa rodzinka :)
Kolejne wpisy na tym blogu beda mialy tytul: Z pamietnika Psiary.
Dzisiaj jest dzien czwarty. Na spacerku, za nasza psinka przyczail sie jakis kocur, ktory myslal, ze upoluje troche wieksza niz zwykle mysze na smyczy. Junior go pogonil, kocur byl z leksza zdezorientowany i zdegustowany. Wieczorkiem, w trakcie zabawy, nasz T-Rex w skrocie zwany Reksio, zobaczywszy sie po raz pierwszy w lusterku zaczal wydawac dzwieki, ktore mialy przypominac szczekanie. Uciechy mielismy co niemiara. On juz wie, ze jest u siebie. I o to nam chodzilo, nieprawdaz? :)
C.d.n.
piątek, 17 sierpnia 2012
Tyle słońca w całym lecie...

Lato pachnie arbuzem, kompotem truskawkowo - mietowym i ziolami w moim mini ogrodku na balkonie, oraz intensywna wonia wszechobecnego grilla.Pogoda sprzyja wakacyjnej rozpuscie, ale kartki, spadajace wolno z kalendarza sa bezlitosnie szczere.Tesknota za czyms, co jest nieuchwytne, zmienne, ulotne zmusila mnie do napisania tego wiersza. A wiec do dziela - prezentuje swiatu moje najnowsze dziecko - mam nadzieje, ze nie zostanie wylane z kapiela.
Wiatr
wstydz sie lubiezny wietrze
szarpiacy mnie za wlosy
gdy wsrod makow i chabrow
z latem sie witalam
stokrotki laskotaly
moje bose stopy
podziwialam motyle
zazdoszczac im skrzydel
swierszczyk na skrzypkach
zagral swa letnia rapsodie
cykady mu chetnie asytowaly
przysiadlam pod drzewem
zachwycona koncertem
nagle oczy opadly
swiat zrobil sie maly
zatanczyly lekkie trawy
zaszumialy senne liscie
platki makow i chabrow
wirowaly na niebie
wiatr skradl mi pocalunek
i jak wariat polecial
gdzies za siodme morze
gdzies za siodma gore
prosto hen przed siebie
Aldona Kolacz, 14-08-2012, Deventer
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Z cyklu: Anielskie Przesłanie

To, że w naszym codziennym życiu biorą udział również Anioły, wiedzą nawet małe dzieci. To, że jest to oczywiste jak blask słońca, wiedzą ci, którzy od lat zagłębiają się w tym temacie. A to, że jest to prawdą najprawdziwszą wiedzą tylko nieliczni...
Ja kocham Anioły, wierzę w ich istnienie, i ingerencję w boskie plany. Na każdym kroku mojego życia spotykam się z licznymi objawieniami, anielskimi przesłaniami, pomocą i interwencją w razie potrzeby. Chociażby przykład z dnia dzisiejszego. Od lat interesuję się "Sekretem". Prawo przyciągania również istnieje w moim życiu jak i Anioły. Od kilku dni intensywnie ćwiczę wizualizację, by wspomóc się w wykreowaniu moich upragnionych wakacji na włoskiej Riwierze. Jak każdego ranka wyciągnęłam dla siebie anielską kartę, i kto się do mnie odezwał? Oczywiście Serafin Kamael, który nakazuje ci, abyś używał swojej siły woli do zmian w swoim życiu. Chcesz wakacji, to sobie przywołaj siłą woli, tak samo jak siłą woli zmuszasz swoje nogi, aby podskoczyły, tak samo jak zmuszasz swoje ręce by wykonywały czynności, które TY im dyktujesz swoją siłą woli! O tym samym mówi Prawo Przyciągania, więc znowu otrzymałam potwierdzenie, że nic w życiu nie dzieje się przez przypadek. Sami je sobie kreujemy, a jeśli tego nie robimy, robią to ci, którzy wiedzą jak tym potężnym narzędziem, który dał nam Pan Bóg, się posługiwać. Dlatego jest tak bardzo ważne w naszym życiu to, aby być Panami własnego losu, i rozwijać się również w sferze duchowej, nie tylko materialnej! Nie musimy nic takiego robić, wystarczy myśleć pozytywnie, dużo wizualizować, usuwać negatywne rzeczy, ludzi, uczucia ze swojego życia, by naprawdę cieszyć się szczęściem. I najważniejsza rzecz, którą musimy wykonać każdego dnia rano i wieczorem: być wdzięcznym za każdą najmniejszą rzecz, którą otrzymamy od losu. Im częściej wysyłamy w Wszechświat naszą wdzięczność, tym częściej nasze myśli zaczynają się materializować, a marzenia się spełniać. To prawo tak działa, czy ktoś w to wierzy czy nie...
Afirmacja na dzisiaj: Boska i moja osobista siła woli stanowią niepokonaną drużynę.
wtorek, 12 czerwca 2012
Bitwa Warszawska 2012

Będzie się dzisiaj działo, oj będzie! Czuję w kościach, że w historii nowoczesnej Polski zapisze się dzisiejsza data jako drugi CUD nad WISŁĄ. I ja głęboko w to wierzę, mimo, że wszyscy wokół mnie są sceptycznie nastawieni do tej dzisiejszej bitwy na piłkę. My w takich momentach potrafimy się sprężyć i rozwinąć skrzydła tak szeroko, jak tylko to jest możliwe. Bo dzisiejszy mecz ma być tryumfem Biało - Czerwonych za te wszystkie polityczne policzki, które do tej pory otrzymywaliśmy z Kremla. A więc rodacy, pokażmy, że bez rozlewu krwi wskażemy Rosjanom gdzie ich miejsce! Z Bożą pomocą oraz wielu milionów kibiców do bojuuuuu! :)
sobota, 26 maja 2012
Dzień Matki w drugiej odsłonie...

W krajach zachodniej Europy, Dzień Matki obchodzi się w drugą niedzielę miesiąca Maj, tylko w Polsce od lat jest to data niezmienna. Mój syn, aby się nie narażać, składa mi życzenia i w drugą niedziele Maja, i dwudziestego szóstego. Ja natomiast o mojej mamie myślę każdego dnia.
Klimat dzisiejszego święta udzielił mi się poetycko. Ten wiersz i ulubione konwalie dedykuję Mamo - Tobie, gdziekolwiek jesteś...
Moja Mama
Moja mama była zwiewna jak letni wietrzyk,
który delikatnie studził czasem moje zapały,
szalone pomysły i młodzieńcze bunty.
Gdy zaś byłam chora, ciepłem swojej dłoni
odganiała złe duchy i nocne koszmary,
poiła rumiankiem, nacierała skronie
czytała książeczki, śpiewała piosenki.
Jak Anioł skrzydłami chroniła od złego,
zawsze była przy mnie nawet leżąc w trumnie,
palcem serdecznym wskazując na niebo
zdawała się mówić: idź przez życie dumnie!
Aldona Kołacz, Deventer 26-05-2012
czwartek, 24 maja 2012
Jak dobrze mieć sąsiada!
Alibabki śpiewały kiedyś, że dobrze mieć jest sąsiada. I ja się z tym stwierdzeniem stu procentowo zgadzam, ponieważ sama mam cudownych sąsiadów na całej linii naszego piętra, ale czasami i w takim sympatycznym sąsiedztwie może dochodzić do małych spięć, które odkładają się złogiem jak zły cholesterol, by zaatakować w odpowiednim czasie. Na szczęście i na tę przypadłość mamy środki zapobiegawczo - lecznicze, wystarczy dawka miłej pogawędki w windzie, popołudniowa wspólna kawa, czy przegląd najświeższych ploteczek przy skrzynce pocztowej, i od razu jest dużo lepiej. Przy okazji wyjaśnia się parę niedomówionych spraw, i życie w blokowisku nabiera od razu sensu! Właśnie niedawno wyjaśniłyśmy sobie z moją ulubioną sąsiadką (z którą dzielę lewą stronę mojego mieszkania) mały incydent, który ja sprowokowałam w wyniku ataku "zemsty", nie wiedząc, że ta zemsta dotyczy właśnie tej mojej ulubionej sąsiadki.
Ale do rzeczy. Otóż parę dni temu wychodząc rano do pracy, musiałam wchodzić do swojego auta od strony pasażera, bo jakaś trąba zastawiła mi drzwi od auta tak, że nie dało się w ogóle tych drzwi otworzyć nawet na 10 cm! Wkurzyłam się na maksa, bo poraża mnie zawsze ludzka głupota i lekkomyślność innych. Sama parkując, zwracam uwagę na to, aby inni mogli sobie bez problemu otworzyć drzwi, w końcu jakaś etyka i solidarność kierowców obowiązuje, a ja tego się kurczowo trzymam! A że mam wredny charakter (to znaczy wymagam od innych tylko tego, czego sama wymagam od siebie) postanowiłam dać nauczkę personie, która mnie uraczyła poranną gimnastyką. Pomyślałam sobie, że jak to jest auto jakiegoś lokatora z mojego bloku, to mu się wieczorem odpłacę nadobnym.
Jak pomyślałam, tak też zamiar wprowadziłam w życie. Wracając z pracy, akurat znalazłam puste miejsce przy "znienawidzonym" Chryslerze PT Cruiserze, wyglądającym zresztą jakby przyjechał dopiero co z autosalonu. Koncertowo zablokowałam mu drzwi i z uśmiechem na twarzy ruszyłam do domku. Z wrednością pomyślałam też sobie, że jak frajera stać na takie drogie auto, to niech też zrobi sobie przy okazji kurs prawidłowego parkowania. Przy wejściu do windy pomyślałam sobie, że ciachnę jeszcze małą foteczkę, w razie gdyby mi się "przypadkowo" urwało lusterko, bądź pojawiły się jakieś otarcia na boku mojego auta. Moje myśli mają szybkość światła, i czasami z tą samą prędkością się materializują, więc zadowolona wróciłam do domu, zdając szczegółowo relację mojemu pierworodnemu. Oczywiście oberwało mi się od niego, że niepotrzebnie się mszczę, że tu mieszkają sami porządni ludzie, że w większości to ludzie już wiekowi, i że na moim miejscu powinnam się wstydzić, ale w sumie dobrze zrobiłam: niech mają nauczkę. Uspokojona, upajałam się myślą, jaką będzie mieć Ten Ktoś minę, gdy rano będzie chciał wyjechać. Jednak ta moja wredność, do końca nie pozwalała mi, tak spokojnie delektować się zemstą. W głowie rzeczywiście miałam obrazy starszych ludzi, którzy musieli gimnastykować się, żeby wejść do środka auta od strony pasażera. Moje Audi każdy zna, więc pomyślą od razu, jakie bydło jestem, zastawiając jakiejś schorowanej starowince wejście. Będzie z tego skandal i chryja, a po co mi to? Skruszona zjechałam na dół przeparkować auto. Jakież było moje zdumienie, gdy obok swojego Audika nie zastałam już Chryslera? Stał zaparkowany całkiem na uboczu, z daleka ode mnie. Trochę mi było głupio, ale uznałam, że ten Ktoś odebrał lekcje, albo uznał, że to Ja nie potrafię parkować. Od tamtego czasu zawsze widziałam ten samochód zaparkowany ode mnie dwa czy trzy auta dalej. Przechodząc do meritum tego opowiadania, powiem tylko, ze wychodząc dzisiaj rano do pracy przeżyłam szok nie tylko termiczny, ale i wrażeniowy, gdy zobaczyłam moją sąsiadkę, wracającą z porannych zakupów, i wysiadającą właśnie z TEGO auta.
Mój aparat mowy na moment się zaciął, by po chwili się odblokować i zapytać z głupia franta: Haniu, to jest Twoje auto?
Hania z radością wyznała mi, że kilkanaście dni temu otrzymała nowe wymarzone auto od męża, za to, że wygrała walkę z rakiem. Przy okazji podziękowała mi za róże, które jej podarowałam, gdy wróciła ze szpitala, oraz delikatnie zwróciła mi uwagę, że ostatnio moje auto stało zbyt blisko jej auta, a ona musiała gimnastykować się, żeby wejść do środka od strony pasażera...(Hmmm, skąd ja to znam?) Nie było by w tym nic złego, tylko, ze ona była świeżo po operacji brzucha...(W tym momencie znienawidziłam siebie)...
Hanię serdecznie przeprosiłam, biorąc honorowo winę na "klatę". O akcie "zemsty" opowiem jej kiedyś, przy butelce białego wina, kiedy rana brzucha będzie wyleczona, i wtedy będzie się mogła z mojej głupoty śmiać do rozpuku.
Ave!
czwartek, 3 maja 2012
Niech się święci 3 Maja
Wy sobie Rodacy świętujcie, a ja patrzę na to z dala od kraju. Za to sercem jestem zawsze z Wami...
Wasza Partyzantka (tak nazwala mnie dzisiaj moja siostra, która od dziecka mieszka poza Polską,
a na myśli miała zapewnie słowo "Patriotka" :)
ŚLUBOWANIE
Rozwiń skrzydła, orle biały
i koroną złotą świeć.
Do przeszłości Polski całej
w sercach naszych miłość wznieć!
Srebnopióry ptaku nasz,
Ty nam drogi w przyszłość wskaż;
Chrobrych myśli i Maja brzask
wykuć czynem w Polski blask.
Rozwiń skrzydła, orle biały,
szybuj w niebo, w słońce leci
Wolny, silny, w pełni chwały,
siłę polskiej woli nieć!
Ducha polski wciąż odradzać
O Boże, Ty mocy daj!
I ludzkości drogę wskazać
Tak ślubujem – w Trzeci Maj.
Józef Stemler
niedziela, 15 kwietnia 2012
Dzień Miłosierdzia Bożego
Dzisiejsze święto ustanowione przez Jezusa w wizjach, które doświadczyła skromna Święta Siostra Faustyna, a bardzo przestrzegane przez naszego Bł. Ojca Świętego Jana Pawła II jest świętem bardzo pro ludzkim. Niezależnie od rasy, wiary, koloru skóry, orientacji politycznych, - Bóg, poprzez Jezusa, syna swojego umiłowanego - daje nam nadzieję nie tylko na zbawienie w niebie, ale również tu na ziemi. Świadectwem tej Bożej miłości był niezaprzeczalnie pontyfikat naszego kochanego Papieża, oraz jego osobisty akt miłosierdzia wobec ludzi, zwłaszcza tych cierpiących, chorych i umierających. Podobnie jak Matka Teresa, nasz Papież naśladaował Jezusa w swojej posłudzie ziemskiej pochylając się nad każdym, który miłości Bożej potrzebował. Przepięknym testamentem dla naszej Ojczyzny i Kościoła było ustanowienie Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach, oraz zawierzenie całego świata właśnie Miłosierdziu Bożemu.
Dziękuję Ci Boże za ten cudowny dar Twojej Miłości, który przejawia się w tak cudownych ludziach, jakimi niewątpliwie byli Jezus Chrystus - Syn Boży, Siostra Faustyna, Matka Teresa i nasz Papież Jan Paweł II. Ludzie ci, całym swoim życiem i posługą dla ludzkości świadczyli, że miłośc - zwłaszcza we współczesnym świecie - jest potężniejsza od zła, a kto zawierzy swoje życie Miłosierdziu Bożemu - tego Miłosierdzia doświadczy.
Z "Dzienniczka" Świetej Siostry Faustyny: Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar (Dz. 699)
wtorek, 10 kwietnia 2012
Patriotyzm okupiony łzami...
Źle się dzieje w Państwie Polskim. Bardzo źle. Podzielone i wzburzone społeczeństwo, rosnące jak grzyby po deszczu ceny, galopujący kryzys i tematy zastępcze, które mają odwrócić uwagę od spraw ważnych, które polscy politycy spychają pod dywan. Dzisiejsza, już druga rocznicza katastrofy smoleńskiej, nie jest już tak wzniosła jak jeszcze rok temu. Ludzie, którym zależy na uzyskaniu przynajmniej szczątkowej prawdy są wyśmiewani, poniżani, obrzucani wulgaryzmami, robi się z nich wrogów narodu, a ci, ktorym na prawdzie nie zależy i wolą, aby nigdy światła dziennego nie ujrzała, manipulują narodem według swego uznania. A przecież tak długo wyczekiwana "demokracja" w naszym kraju miała być lekarstwem na wszystkie bolączki pokomunistycznego reżimu? Okazuje się jednak, że ta wyżej wymieniona "demokracja" okazała się bardziej Koniem Trojańskim, który nie dość, że skrywał wszystkie plugastwa zdemoralizowanego Zachodu, to jeszcze ten Konik za bardzo rozbrykał się przeobrażając demokrację w dziki kapitalizm. Smutno mi, że wszystkie wartości, które kiedyś pieczołowićie pielęgnowały nasze starsze pokolenia, zostają tak łatwo podeptane i odrzucone. Kiedyś "chwytanie za szabelkę" (w słusznej sprawie, oczywiście) nadawało charakteru naszemu narodowi, dzisiaj zasłaniając się flagą dobra wspólnoty europejskiej stajemy się nijacy, powielonymi marionetkami, na powielonej arenie życia Unii Europejskiej. Miało być tak pięknie, a jak jest każdy widzi sam.
"Gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko jest na swoim miejscu."- mówił św. Augustyn (Aureliusz Augustyn z Hippony), i może właśnie tu należałoby popracować, bo jak mówi znane przysłowie "bez Boga, ani pół proga"... kochani.
Dla przypomnienia mój wiersz, który napisałam zaraz po katastrofie smoleńskiej. Został on też przetłumaczony na język holenderski.
Żałobny Tren dla mojej Ojczyzny
A za kim Ty moja Ojczyzno płaczesz?
- Za synami prawymi i za moje córy,
które duchy przeszłosci w lesie katyńskim
wiatrem historii zdmuchneły z góry.
Łzy matek - Polek, wylanych wspólnie
nie spadły marnie na skrwawiona ziemię.
Swiat się dowiedział w dzien ten kwietniowy,
O co walczyło nasze Polskie plemię.
Lecieli złożyć hołd pomordowanym,
Zbrodnia ta była kością niezgody,
Los jednak lubi zmieniać swoje plany
Smutną tragedią złaczył dwa narody.
Płacze dzisiaj Ojczyzna ma kochana,
Moje serce wraz z nią szlocha...
Ojczyzno moja! Bóg nad Tobą czuwa!
Doświadcza Cię srogo - lecz bardzo Cię kocha!
Aldona Kołacz - Deventer, 12.04.2010
Bardzo mi miło oświadczyć, że mój wiersz oficjalnie został
przetłumaczony na język holenderski, przez holenderskiego poetę
Klaas'a Seinhorst'a
Treurdicht voor mijn vaderland
Om wie huil je, mijn vaderland?
- Om mijn dochters en rechtschapen zonen,
Uit de hoogte neergeblazen met de wind van de geschiedenis
Door de geesten van het verleden die in het bos bij Katyń wonen.
De Poolse moeders vergoten tezamen
Talrijke tranen op de aarde waar bloed aan kleeft.
Op die aprildag werd de wereld gewaar
Wat onze Poolse stam heeft nagestreefd.
Hun vliegtuig was onderweg naar een eerbetoon aan de gevallenen,
Die slachtingen waren een bron van strijd,
Maar het lot mag zijn plannen graag veranderen
En verbond twee volken door een tragisch feit.
Vandaag huilt mijn dierbaar vaderland
Ook mijn hart is dit een diepe grief…
Mijn vaderland! God waakt over je!
Hij beproeft je zwaar – maar heeft je zeer lief!
Aldona Kołacz - Deventer, 12.04.2010
(Vertaling: Klaas Seinhorst)
niedziela, 8 kwietnia 2012
Zmartwychwstanie Pańskie - wspaniała nadzieja dla ludzi...
"Jezus cierpiał i zmarł, niosąc na sobie nasze grzechy, dlatego Jego ranami możemy być uleczeni, jak napisał prorok Izajasz: Wzgardzony był i opuszczony przez ludzi, mąż boleści, doświadczony w cierpieniu jak ten, przed którym zakrywa się twarz, wzgardzony tak, że nie zważaliśmy na niego. Lecz on nasze choroby nosił, nasze cierpienia wziął na siebie. A my mniemaliśmy, że jest zraniony, przez Boga zbity i umęczony. Lecz on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni. Wszyscy jak owce zbłądziliśmy, każdy z nas na własną drogę zboczył, a Pan jego dotknął karą za winę nas wszystkich. Znęcano się nad nim, lecz on znosił to w pokorze i nie otworzył ust swoich, jak jagnię na rzeź prowadzone i jak owca przed tymi, którzy ją strzygą, zamilkł i nie otworzył swoich ust. Z więzienia i sądu zabrano go, a któż o jego losie pomyślał? Wyrwano go bowiem z krainy żyjących, za występek mojego ludu śmiertelnie został zraniony. I wyznaczono mu grób wśród bezbożnych i wśród złoczyńców jego mogiłę, chociaż bezprawia nie popełnił ani nie było fałszu na jego ustach. (Iz.53:3-9)"
Piękny poranek, smaczne śniadanko i radość, że po raz enty w moim sercu Zmartwychwstał Ten, który mnie kocha za nic.
W Kościele przepiękna msza święta, z chórem i orkiestrą z Filharmonii z Deventer. W momencie, gdy Ksiądz wraz z procesją niosącą wielkanocną świecę wkraczali przed Ołtarz - zaświeciło pięknie, mocne słońce, które położyło się długą smugą na witraż przedstawiający Zmartwychwstanie Pana. I teraz pytanie: czy to kolejny maleńki cud dla niedowiarków, czy zbieg okoliczności? :)
A jednak w tym momencie słychać było zachwyt prawie wszystkich ludzi znajdujących się w Świątyni. Ksiądz zaś skomentował to krótko i żartobliwie, że kazanie nie jest już potrzebne, bo wszystko w tym momencie zostało powiedziane. Kocham takie chwile, gdy Bóg namacalnie daje znać o Sobie.
Wielkanoc
Droga, wierzba sadzona wśród zielonej łąki,
Na której pierwsze jaskry żółcieją i mlecze.
Pośród wierzb po kamieniach wąska struga ciecze,
A pod niebem wysoko śpiewają skowronki.
Wśród tej łąki wilgotnej od porannej rosy,
Droga, ktorą co święto szli ludzie ze śpiewką,
Idzie sobie Pan Jezus, wpółnagi i bosy
Z wielkanocną w przebitej dłoni choragiewką.
Naprzeciw idzie chłopka. Ma kosy złociste,
Łowicka jej spódniczka i piękna zapaska.
Poznała Zbawiciela z świętego obrazka,
Upadła na kolana i krzyknęła: "Chryste!".
Bije głową o ziemię z serdeczną rozpaczą,
A Chrystus się pochylił nad klęczącym ciałem
I rzeknie: "Powiedz ludziom, niech więcej nie płaczą,
Dwa dni leżałem w grobie. I dziś zmartwychwstałem.
Jan Lechoń
niedziela, 1 kwietnia 2012
Niedzielę Palmową AD 2012 uważam za rozpoczętą...
...lecz chciałoby się rzec, że sytuację mamy troszkę jakby patową, bo po primo, mamy ten nieszczęsny Prima Aprilis, a po drugie primo, rozpoczynamy w tym dniu Wielki Tydzień - i tu już żarty powinny się skończyć. Dla wielu Chrześcijan - Niedziela Palmowa rozpoczyna siedmiodniowy cykl przeżywania Męki Pańskiej, i z szacunku dla tego faktu nie wypada robić głupich kawałów, bo nie czas po temu. Jednak jakby analogicznie odnieść się do tej sytuacji, czyż dwa tysiące lat temu nie było ironią losu to, że w Niedzielę, kiedy Jezus wjeżdzał do Jerozolimy "tłumy, które Go poprzedzały i które szły za Nim, wołały głośno: Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie! Hosanna na wysokościach! (Mt.21)" by już za kilka dni oddać Go na męczęńską śmierć? To był najokrutniejszy w historii ludzkości żart Prima Aprilisowy, który zmienił oblicze świata. Czasami wydaje mi się, że mimo upływu tych dwóch tysiecy lat ludzkość się prawie nie zmieniła. Tak samo jak wtedy kierują nami różne emocje. Szybko oceniamy, jeszcze szybciej oskarżamy. Nie wiem, czy zdajemy sobie sprawę,jak szybko miłość przeobraża się w nienawiść? Jak szybko zmieniamy nasze zdanie i opinie? Jak łatwo przychodzi nam obrażanie i krzywdzenie drugiego człowieka? To takie ludzkie być grzesznikiem...tylko dlatego, że Ktoś dobrowolnie oddał za to swoje życie?
Niech Tydzień, który się rozpoczyna będzie dla wszystkich ludzi dobrej woli czasem refleksji, przeżywania najboleśniejszych momentów z życia Jezusa, a zarazem czasem przygotowania do świąt i odnowy duchowej, by radośnie przyjąć fakt zwycięstwa Pana nad śmiercią.
Niech Zmartwychwstanie Jezusa napełni ludzkie serca nie tylko radością, miłością i nadzieją, ale również sprawiedliwą mądrością, by w dążeniu do światła nie zagubić się w ciemnościach życia. Alleluja!
Tradycyjnie nie może zabraknąć poezji adekwatnej do tematu posta:
Palmowa niedziela
O, nigdy jeszcze słońcem wyzłocona,
co wczesną wiosną wzeszło na błękity,
że ludzkość, patrząc w niebo rozmodlona,
czuje w swych sercach nieziemskie zachwyty,
nie byłaś strojna w wielkie dziejów słowa
jak ty, najbliższa niedzielo palmowa.
Wiosna się budzi... W narodów świątynie
poprzez szeroko otwarte wierzeje
Wolność, dostojna Pani wchodzi ninie...
A nim dzień drugi słońcem rozednieje,
polskie się dusze w szczęściu rozanielą
twoim zwycięstwem, palmowa niedzielo.
Hosanna! - Krzykniem. Zwycięstwo jest z nami!
Nim dzienny będzie słońca bieg skończony,
z pieśnią na ustach, a w ręku z palmami
Zwalimy słupy graniczne, kordony.
W historii będzie twych godzin wymowa
mieć złote zgłoski, niedzielo palmowa.
Ćwierk Konstanty
niedziela, 19 lutego 2012
Z Pamiętnika... Przeprowadzka w Beskidy
2 sierpnia.
Przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu, Boże jak tu pięknie!!
Drzewa wokół wyglądają tak majestatycznie. Wprost nie mogę się doczekać, kiedy pokryją się śniegiem.
14 października
Beskidy są najpiękniejszym miejscem na ziemi! Wszystkie liście zmieniły kolory - tonacje pomarańczowe i czerwone. Pojechałam na przejażdżkę po okolicy i zobaczyłam kilka jeleni. Jakie wspaniałe! Jestem pewna, że to najpiękniejsze zwierzęta na ziemi. Tutaj jest jak w raju. Boże, jak mi się tu podoba!
11 listopada.
Wkrótce zaczyna się sezon polowań. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ktoś może chcieć zabić coś tak wspaniałego, jak jeleń . Mam nadzieję, że wreszcie spadnie śnieg.
2 grudnia
Ostatniej nocy wreszcie spadł śnieg. Obudziłam się i wszystko było przykryte białą kołdra. Widok jak z pocztówki bożonarodzeniowej. Wyszliśmy na zewnątrz, odgarnęliśmy śnieg ze schodów i odśnieżyliśmy drogę dojazdową. Zrobiliśmy sobie świetną bitwę śnieżną (wygrałam), a potem przyjechał pług śnieżny, zasypał to co odśnieżyliśmy i znowu musieliśmy odśnieżyć drogę dojazdową. Kocham Beskidy.
12 grudnia
Zeszłej nocy znowu spadł śnieg. Pług śnieżny znowu powtórzył dowcip zdrogą dojazdową. Po prostu kocham to miejsce.
19 grudnia
Kolejny śnieg spadł zeszłej nocy. Ze względu na nieprzejezdną drogę dojazdową nie dojechałam do pracy. Jestem kompletnie wykończona odśnieżaniem. Cholerny pług śnieżny.
22 grudnia
Zeszłej nocy napadało jeszcze więcej tego białego gówna. Całe dłonie mam w pęcherzach od łopaty. Jestem przekonana, że pług śnieżny czeka tuz za rogiem, dopóki nie odśnieżę drogi dojazdowej. Skur...yn!
25 grudnia
Wesołych Pier....nych Świąt! Jeszcze więcej gów...nego śniegu! Jak kiedyś wpadnie mi w ręce ten skur...syn od pługu śnieżnego... przysięgam - zabiję. Nie rozumiem, dlaczego nie posypią drogi solą, żeby rozpuściła to gówno?
27 grudnia
Znowu to białe kur..wo spadło w nocy. Przez trzy dni nie wytknąłam nosa, z wyjątkiem odśnieżania drogi dojazdowej za każdym razem, kiedy przejechał pług. Nigdzie nie mogę dojechać. Samochód jest pogrzebany pod górą białego gówna. Meteorolog znowu zapowiadał dwadzieścia pięć centymetrów tej nocy. Możecie sobie wyobrazić, ile to oznacza łopat pełnych śniegu??
28 grudnia
Meteorolog się mylił! Tym razem napadało osiemdziesiąt pięć centymetrów tego białego kurestwa! Teraz to nie odtaje nawet do lata. Pług śnieżny ugrzązł w zaspie a ten ch.j przyszedł pożyczyć ode mnie łopatę! Powiedziałam mu, że sześć już połamałam, kiedy odgarniałam to g..no z mojej drogi dojazdowej, a potem ostatnią rozpieprzyłam o jego zakuty łeb.
4 stycznia
Wreszcie wydostałam się z domu. Pojechałam do sklepu kupić coś do jedzenia i kiedy wracałam, pod samochód wpadł mi pieprzony jeleń i całkiem go rozpieprzył. Narobił szkód na trzy tysiące. Powinni powystrzelać te skurw....kie jelenie! Że też myśliwi nie rozwalili wszystkich w sezonie!
3 maja
Zawiozłam samochód do warsztatu w mieście. Nie uwierzycie, jak zardzewiał od tej jeb..ej soli, którą posypują drogi.
18 maja
Przeprowadziłam się z powrotem do miasta. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ktoś kto ma odrobinę zdrowego rozsądku, może mieszkać na jakimś zadupiu w Beskidach??
20 lipiec
Tęsknię za Beskidem.
:)
piątek, 3 lutego 2012
Nic dwa razy się nie zdarza...
...i to jest naprawdę najpiękniejsze przesłanie jakie zostawiła po sobie cudowna kobieta, wielka osobowość, wolnomyślicielka z dorobkiem Nobla za swoją jakże przemyślaną i bardzo życiową twórczość literacką. Odchodzą coraz częściej ludzie znani, wspaniali, którzy przyczynili się do rozwoju polskiej kultury dwudziestego wieku. Panią Wiśię uwielbiałam właśnie za ten wiersz, który śpiewałam przy ognisku na obozach harcerskich, i który zamieszczam poniżej.
Niech Pani będzie dobrze po tej drugiej stronie Tęczy...my będziemy pamiętać.
"Nic dwa razy się nie zdarza"
Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.
Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.
Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.
Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.
Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?
Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.
Uśmiechnięci, współobjęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody.
Wisława Szymborska
piątek, 6 stycznia 2012
Złoto, mirra i kadzidło...czyli przybieżeli do Stajenki Trzej Królowie
Mt 2,1-12 Bilblia Tysiaclecia
1 Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy 2 i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon . 3 Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. 4 Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. 5 Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: 6 A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela. 7 Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. 8 A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon . 9 Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. 10 Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. 11 Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. 12 A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny
Dary Trzech Króli
Gdy wieść o Tobie na wszechświat się niosła,
Skarb cenny niósł Ci w ofierze król stary:
Łupy zwycięskie - klejnoty - bogactwa -
Cały monarszy przepych swego władztwa.
Dumnie i pysznie darzył Cię. Gdyż oto
Dał Ci swej ziemi drogocenne złoto...
Gdy wieść o Tobie na wszechświat się niosła
I drugi starzec sędziwy w koronie
Miłość rozgłośną niósł Ci w swojem łonie,
Miłość i pieśni - kadzidło i róże
I złota płynnych miodów niósł krysztulne kruże -
Kadzidło wonne jak drzewo z Libanu
Pali w ofierze król swojemu Panu.
Gdy wieść o Tobie nad świat się rozniosła
I ja - król tułacz - też przed Tobą staję.
Lecz jeno duszy mej ból i łzy Ci daję -
Mojego władztwa przesmutne są włości,
Ani w nich radość, ani szczęście gości –
Lecz żem miłował i cierpiał bez kary -
Myrhy Ci gorzkiej przynoszę puchary.
-Maria Perschke-Huszczaniecka -
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Święta, święta...

...i już prawie po świętach, a mój wiersz jeszcze niedokończony.
Może zamieszczę go w następne Boże Narodzenie (chociaż głośno się mówi o tym, że w 2012 ma być koniec świata, szczególnie jak Polska zostanie mistrzem Europy w piłce nożnej!!)wobec zaistaniałej sytuacji zamieszczam inny, również z kolekcji Bożonarodzeniowej.
Do Gwiazdy
Gwiazdo betlejemska,
która spełniłaś ludzkości
nadzieję, oznajmiając przyjscie
Tego, który topi wszelkie lody,
zaświeć dzisiaj nad moim niebem
pełnym rozterek i zwątpienia,
bym na powrót odnalazła droge
prowadzacą mnie do serca
Świąt Bożego Narodzenia...
Aldona Kołacz, Deventer, 14-12-2009
środa, 21 grudnia 2011
Przypowieść o sianku....

...która przydarzyła się dawno, dawno temu mnie osobiście.
Ale przejdźmy do rzeczy. Jak już wspomniałam działo się to dawno dawno temu, w czasach, gdy nikt jeszcze nie wiedział co to jest I-Pod, I-Pad, I-phone, Smartphone, czy inne dobrodziejstwa komunikacji rodem z filmów S-F, a jedynym "must have gadżetem" było posiadanie komóry, która w tamtych czasach przybierała wielkość niewielkiej cegłówki, ale i tak nie było to żadnym obciachem ze względu na to, że komóra była czymś czadowym, i posiadanie jej automatycznie zaliczała nas do elity z wyższych sfer. Ja takie cacuszko marki Samsung wówczas posiadałam, i byłam dumna z niego oraz bardzo zadowolona, bo ułatwiało mi to komunikację z moją pociechą (czytaj: pozwalało mi to śledzić jego kroki:) Wspomnę przy okazji, że te pierwsze prototypy wypasionych Smartphonów, I-Phonów i innych dziwadełek, nie miały takich możliwości technicznych jak dziś, a już nikt na pewno nie przekazywał sobie dzwonków, piosenek, czy innych melodyjek lotem błyskawicy czyli niejakim bluetoothem. Za jakiś wyczesany kawałek melodyjki w wersji polifonicznej musieliśmy płacić krocie, uważając przy tym, aby gdzieś się nie wplątać w jakieś dzwonkowe abonamenty zżerające ostatnie centy z karty. Dlatego korzystało się z dzwonków dostępnych w danym typie komórki. A te najczęściej były banalne i bardzo pospolite. Te na mojej komórce też....ale o tym później. Teraz przechodzę do meritum naszej, a raczej mojej przypowieści o sianku.
Krótko przed Świętami Bożego Narodzenia udałam się do sklepu zoologicznego celem zaopatrzenia się w sianko, które jak choinka, opłatek, karp i dwanaście potraw na stole jest nieodłącznym atrybutem polskich świąt. Przy okazji resztka sianka miała posłużyć jako podściółka dla naszych zwierzątek domowych, czyli dwóm białym myszkom mojej pociechy. Zaopatrzywszy się w pokaźną ilość sianka (taki gotowy kilowy klocek w folii)podeszłam do kasy celem uiszczenia należnej sumy. Kiedy wyszłam ze sklepu usłyszałam nagle jak w mojej torbie z siankiem coś bzyczy. Bzyczało tam niewątpliwie jakieś zamknięte szczelnie zwierzę, które ja nazywam komarami, a inni krwiopijcami. Oburzona faktem, że sprzedają ludziom jakieś buble z rozwścieczonymi komarami zawróciłam do sklepu. Przy kasie wyjaśniłam, co mnie zmusza do wymiany towaru, a panie tam stojące, chociaż miały lekki i ironiczny uśmiech na twarzy, sianko wymieniły mi na inny pakiecik. Pięknie podziękowałam (przepraszając również za kłopot z wymianą) udałam się do wyjścia. Jakież było moje zdumienie po przekroczeniu progu sklepu?! Oto w moim pakiecie z siankiem znowu zabzyczało, i to tak intensywnie, że nie miałam najmniejszej wątpliwości, że znowu mi sprzedano bubla z rozwścieczonymi komarami. Zrobiwszy krok do tyłu powróciłam do kasy i pań tam się obijających, które już nie uśmiechały się na mój widok, gdy zażądałam wymiany sianka z bzyczącymi komarami. Wzrok ich mówił otwarcie, ze ktoś tu ma nierówno pod sufitem, ale ze klient nasz pan, to wymienić sianko trzeba na nowe. Aby być pewną, że nie dają mi tego samego bubla poszłam między półki wybierać sianko sama. Przy kasie jeszcze raz podziękowałam za trud i przeprosiłam za upierdliwość. Czym prędzej opuściłam sklep. Kiedy znalazłam się przy aucie, i chcąc zapakować sianko do bagażnika, posłyszałam znowu ten dobrze znajomy bzyk, jeszcze bardziej rozwścieczonych komarów. No nieeeeeeee, tego już za wiele! - pomyślałam sobie zabijając w myślach całą obsługę sklepu zoologicznego. Krew wrzała w moich żyłach, w myślach układałam sobie reprymendę jaka obrzucę cały personel, i niczym torpeda w połączeniu z osą wpadłam do tego trefnego sklepu, rzucając tobołkiem siana na ladę, oraz wylewając z siebie to, co chciałam powiedzieć. Kasjerki z rozdziawionymi buziami pokornie wysłuchiwały moje przemyślenia na temat sprzedaży bubli, a grozę i powagę sytuacji spotęgował fakt, że nagle wszyscyśmy jak jeden mąż usłyszeli bzykanie komarów i to nawet bardzo intensywne! Dziewczyny przy kasie jedna przed drugą usprawiedliwiały się, że to nie ich wina, że takie sianko im gotowe dowożą, i że jeszcze raz mi uprzejmie je wymienią na nowa paczkę, i że w ogóle takie coś im pierwszy raz się przydarzyło. W pewnym momencie żal mi się ich zrobiło, i zgodziłam się również uprzejmie i bez żadnych wymian, zabrać trefne siano do domu, i więcej im głowy nie zawracać. Najwyżej wystawię otwartą torebkę na balkon, i same se gdzieś polecą w siną dal. Jak się rzekło tak też zrobiłam. Pożegnałam z lekkim chłodem panie z kasy, oraz niewielki tłumek ciekawskich klientów, nie oglądając się przy tym wstecz. Już przy aucie słyszałam bardzo znajomy mi dźwięk, ale udałam, że go nie słyszę. Rzuciłam tobołek do bagażnika licząc na to, że komary same popadają ze stresu i ciemności tam panujących. Zatrzasnąwszy bagażnik myślałam już tylko o tym, jaką będzie mieć minę moja pociecha, gdy mu o tym całym zdarzeniu opowiem. Otworzyłam drzwi i usiadłam za kierownicą. Nim zdążyłam przekręcić klucz w stacyjce usłyszałam coś, co zmroziło ponownie krew w moich żyłach. W środku auta panowała cisza, a bzykanie komarów dochodziło z mojej lewej kieszeni płaszcza, w której trzymałam moją kochaną komórkę...
Gdy ją odebrałam usłyszałam głos mojej pociechy, która z żalem wyrzucała mi, że od godziny próbuje się do mnie dodzwonić, ale ja nie odbierałam. W dodatku chciał mi przekazać, że zmienił mi w komórce muzyczkę na taki dźwięk komara...fajny prawda?
Jedynie Pan Bóg na Niebieskim Niebie widział moją minę, gdy się o tym dowiedziałam.
Przed oczyma miałam film z przejętymi kasjerkami w tle, które z przystawionym uchem do paczki z sianem, słyszały podobnie jak ja bzyczące komary...
Nie muszę chyba dodawać, że w tamtejszym sklepie zoologicznym do dnia dzisiejszego się już nie pokazałam.
I to już koniec przypowieści o sianku, a morał z niej taki, że od swoich komórek z daleka trzymajcie dzieciaki!
Amen :)
niedziela, 4 grudnia 2011
Druga niedziela adwentowa - Barbórkowa

Na Barbórkę!
Dziś górnikom składam w darze,
swe najlepsze pozdrowienia.
Jest to dla mnie dzień szczególny,
bo wspólnie odbieramy życzenia.
Im za trud i ciężką pracę,
zdrowie zostawione pod zięmią.
Za ciepło które mamy w domu,
wszyscy za to ich bardzo cenią.
Zatem wspólnie dziś świętujmy,
zacne święto Barbórkowe.
Wznieśmy toast w ich imieniu,
i wypijmy Nasze zdrowie.
Wszystkim Górnikom Szczęść Boże!
(nie moje, ale ładne :)
niedziela, 27 listopada 2011
Adwent...czas oczekiwania na przyjście Pana...

Cóż...rozpoczyna się magiczny czas. Czas, w którym wszystko się może zdarzyć!
I aby za bardzo się nie rozpisywać i powtarzać przytoczę wiersz mądrego księżulka:
ADWENT
Każdego roku czekam
na nowy cud święta.
Bo jakże inaczej nazwać białą porę,
która nam wieści nowinę wprost z Nieba.
Po dolinach rozlega się światło łagodne.
To księżyc nocami sieje tę srebną poświatę
i niesie aż na szczyty odblask szczęścia swego.
Góry cieszą się wespół z ludźmi dobrej woli.
Ziemia choć w śniegu, bo zima w krąg ją ogarnia,
ogrzaną miłością nadchodzącego Boga.
Drogi ciemne i zgubne wyprostowane zostają,
zalane blaskiem gwiazd i ustrojone śpiewami.
Stąpać po nich możemy bezpiecznie i lekko.
A z gwiazd owych ta jedna zawisa nad miejscem,
wybranym spośród innych,
ochrzczonym - Betlejem.
ks. Janusz A. Kobierski
P.S. Piękny, prawda? :)
wtorek, 18 października 2011
Dialog z robakiem...czyli krótka rozprawa między mła, robakiem a poręczą...

Wstyd, wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd mi!
Ale po kolei. Wychodzę ci ja z domu swego do pracy, jak każdy porządny obywatel tego szesnastomilionowego kraju mlekiem i miodem płynącego, i od razu rzuca się moim modrym oczętom widok załączonego na obrazku robala, który mozolnie gramoli się na poręcz balkonu, tuz przy moich drzwiach wejściowych.
- O nieee! Nie będą mi się tu żadne robale wtranżalać do domu mego. Sorry zielony, spadaj na drzewo! - powiedziałam zadowolona z siebie, gdy jednym pstryknięciem próbowałam pomóc zielonemu w nauce latania. Niestety, to zielone coś trzymało się swoimi mackami zapalczywie barierki, i za nic w świecie nie chciało się jej puścić. Postanowiłam jeszcze raz dać pstryczka 'obcemu', bo przerażała mnie myśl, że taki stworek może dostać się na moja wycieraczkę, a później najzwyczajniej w świecie dostać się do mojego mieszkania. Jak już kiedyś wspomniałam, mam awersje do wszelakiego zwierza, które ma więcej niż cztery nogi. Jak pomyślałam tak i zrobiłam. Kolejnym pstryknięciem próbowałam zachwiać równowagę zielonego, ale jak poprzednim razem bestia nie dawała za wygraną.
- Hej, stary, no mówię przecież, żebyś spadał! Głuchy czy co? - kolejne pstryknięcie nie przyniosło żadnego rezultatu. - Wnerwiasz mnie robalu! Ostatni raz mówię: arrivederci amigo, do swidania kamarad, żegnam Pana, spadaj koleżko, oki!?! - Moja złość osiągała już powoli apogeum.
- Sama spadaj głupia pipo! - usłyszałam cichutką ripostę robaka, skierowaną najwyraźniej do mnie. Nie zdziwiło mnie wcale to, że przemówił do mnie ludzkim głosem, ale że śmiał mnie nazwać 'głupią pipą'!
- Ejjjj, zielony popaprańcu, komu pipa temu pipa! Wypraszam sobie takie epitety pod swoim adresem! - odpowiedziałam nieźle rozsierdzona brutalnością małego stwora.
- To czego się mnie czepiasz? Przeszkadzam ci? Zrobiłem ci coś złego?
- No niby nic mi nie zrobiłeś, specjalnie mi nie przeszkadzasz, ale nie cierpię robactwa wokół swojego domostwa.
- Jak tak bardzo przeszkadza ci robactwo, to pozamiataj najpierw te pajęczyny, które zwisają nad twoimi drzwiami. - Robak nie dawał za wygraną. Trochę miał w tym racji, ale nie będę żadnemu robalowi dawać satysfakcji z tego, że boję się nawet omiotnąć pajęczyny z obawy, że coś mi zleci na łeb, i pracę tę zlecam bardzo uprzejmemu sąsiadowi mieszkającemu tuż obok.
- Słuchaj no ty zielony przemądrzałku, nie będę z tobą dyskutować o moich pajęczynach, ale po co się pchasz tu na siódme piętro? Nie lepiej pofruwać gdzieś na pobliskie drzewka, zobacz ile ich tu mamy! - pokazałam mu palcem widok na lasy, które rozciągają się tuż za naszym blokiem.
- Dość mam już latania od jednego drzewa do drugiego. Od jednej gałązki do drugiej. - Zaoponował ze smutkiem w głosie. - Jestem ambitnym robakiem, i chcę poznać świat z innej perspektywy. Wybrałem wspinaczkę. - dodał.
- I co, tą perspektywą ma być 11-sto piętrowy blok? - zapytałam lekko zdziwiona.
- Tak. Dokładnie tak. Chcę się wspiąć na ten wielki dom. To moje marzenie.
- A co potem? Dlaczego po prostu sobie na to jedenaste pięterko nie podfruniesz? zapytałam szczerze zdziwiona. - Poza tym, są na tym świecie wyższe budynki, z których są naprawdę piękniejsze widoki, uwierz mi. - Byłam ciekawa, co mi na to odpowie.
- Jak ty nic nie rozumiesz kobieto! - zirytował się lekko. - Nie sztuką jest iść zawsze na łatwiznę, używać półśrodków, układów, krętych ścieżek, szachrajskich zagrywek i tym podobne. Sztuką jest wyrzec się czegoś, do czego jest się przyzwyczajony, co jest dla nas oczywistością jak na przykład u mnie latanie, ale też spróbować spełniać swoje marzenia w inny irracjonalny sposób, kumasz?
- Nie, nie za bardzo, ale może dlatego, ze nie zdążyłam wypić dzisiaj porządnej kawy. Wiesz, spieszę się otworzyć mój sklepik.
- No i po co ten pośpiech? - zapytał. - Mogłaś wstać pół godziny wcześniej i ją sobie zrobić, zamiast wiercić się w wyrku z boku na bok. A wracając do poprzedniego tematu, to powinnaś zainwestować w dobry rower i jeździć nim do pracy, wtedy zrozumiałabyś o czym mówię. - dodał merytorycznym tonem.
-O ja cię, wydaje mi się, że nasza dyskusja zaczęła się od momentu, kiedy to chciałam cię strącić z tej poręczy, a ty mi tu napieprzasz o rowerze! - rzuciłam wściekle, bo tak naprawdę nie znoszę rowerów. - Poza tym kocham swój sklepik, to było właśnie moje marzenie, aby go otworzyć. - dowaliłam mu.
- No właśnie, dobrze, że do tego powróciłaś. Wyobraź sobie analogiczną sytuację: codziennie, mozolnie wykonujesz jakąś prace, nabierasz doświadczenia, dzień po dniu wdrapujesz się wyżej i wyżej, wreszcie wspinasz się na najwyższy szczebel, bo chcesz realizować swoje marzenia, aż tu nagle spotykasz na swojej drodze kogoś, kto jednym kopniakiem w odwłok sprowadza cie do parteru. Jak się wtedy czujesz? - zapytał szyderczym tonem.
I wtedy mnie olśniło. Przypomniałam sobie moją poprzednią pracę, kiedy to pokonując barierę językową, stałam się z przysłowiowej sprzątaczki - główna księgową potężnej i prężnej korporacji. Praca, którą wykonywałam nie była pracą o której zawsze marzyłam, ale w dobie kryzysu musiałam się przebranżować i jakoś ją polubić. I gdy już zżyłam się z moją nową funkcją, pewnego, pięknego dnia, pojawiła się pewna głupia pipa, która celnym kopem w mój zadek, strąciła mnie ze stołka, z którego miałam mieć piękne widoki na przyszłość. Tym samym pozbawiła mnie spełnienia moich ówczesnych marzeń związanych z firmą. Na swoje szczęście jestem jak kot, który jak spada, to na cztery łapy, otrząsa się, liże rany i idzie dalej. Dzięki temu upadkowi mam dzisiaj swój własny sklep, szalone życie, oraz o jedno doświadczenie więcej, które sprawiło, że mam twardszy odwłok. A przede wszystkim spełniłam swoje prawdziwe marzenie. Spojrzałam tajemniczo na zielonego robaka, który wpatrywał się we mnie tymi swoimi wypustkami na głowie, i kiedy się tego najmniej spodziewał szturchnęłam go kluczem, a gdy spadał na dół krzyknęłam za barierkę:
- Spełniaj swoje prawdziwe marzenia robaczku!
- Jaaak mogłaaaś! To nie fairrrrr! - usłyszałam cichy krzyk z okolicy czwartego piętra.
- Fair, fair. Jeszcze mi kiedyś za to podziękujesz! - odkrzyknęłam z chytrym uśmieszkiem na twarzy.
- Ale będę musiał wszystko zaczynać od nowa! - dobiegło mnie jego rozpaczliwe łkanie.
- I oto właśnie chodzi! Masz skrzydła, więc wspinaj się i polegaj na nich, bo zostały do tego stworzone! Czasami porządny kopniak od życia mobilizuje nas nie tylko do spełnienia swoich marzeń, ale pomaga również je natychmiast realizować. Jednym zdaniem: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! I tego się trzymajmy! Tak kurczowo, jak ty trzymałeś się tej poręczy.
Bon voyage!
-
wtorek, 27 września 2011
Sezon na Nostalgię....

...uważam za otwarty!
A co za tym idzie, zaczynam się poważnie zastanawiać nad tym, czy ma sens jeszcze robić cokolwiek. Za chwilę wejdziemy hucznie w 2012-sty rok, który ma być ostatnim dla większości mieszkańców naszej planety. Wkurza mnie to, że na półkach sklepowych pełno już bożonarodzeniowych pierdółek, które i tak już nikomu do niczego się nie przydadzą, a wręcz przeciwnie - zaśmiecą jeszcze bardziej tą i tak już zaśmieconą na maksa naszą biedną ziemię. Kurdę, jaki to wstyd będzie, jak po nas zawitają tu jacyś kosmici, i znajdą jakieś badziewne cacuszka z napisem "Made in China"! Toż kapcie im z nóg pospadają ze śmiechu, tudzież poplują wszystkie monitory oglądając po raz enty "Kevin sam w domu" albo "Bad Santa". Już teraz mi jest wstyd za naszą cywilizację!
No dobra, ale dosyć rozczulania się nad kosmitami, przejdźmy do meritum tej notki, bo właściwie to chciałam pochwalić się nowym wierszem, który dzisiaj napisałam będąc pod wrażeniem cudownej pogody i migających w słońcu nitek babiego lata. I tego się trzymajmy!
Babie lato
Dokąd, dokąd to uciekasz urocze babie lato?
Dokąd, dokąd to zabierasz tego lata czar?
Pocałunki drżą wciąż na mych rozpalonych ustach
A w szalonym sercu tli się jeszcze letni żar.
Śpóźnionym ptakiem popedzę po błękitnym niebie
Szalonym wiatrem poplątam wszystkie nici twe
I jak zakochana Ariadna w labiryncie wspomnień
Kłębuszkiem marzeń do siebie znów przyciągnę cię.
Z ostatnich promieni słońca utkam dywan złoty
Z płomiennych, spadajacych lisci zrobię sobie koronę
W zapachu ogrodowych kwiatów jeszcze się wykąpię
Nim smutna jesień dostojnie zasiądzie na swym tronie.
Deventer, 27 wrzesien 2011
Aldona Kołacz
piątek, 2 września 2011
Myślę - więc jestem?! A jeśli jestem - to kim?
Ktoś niedawno zadał mi ćwieka, zadając mi na pozór jedno i bardzo łatwe pytanie: kim jesteś?
Zastanowiłam się chwilę i odpowiedziałam: tak naprawdę jeszcze nie wiem, muszę się nad tym poważnie zastanowić. Jak znajdę odpowiedz to dowiesz się pierwszy. Musisz mi jednak zadać jakieś pytania pomocnicze, bo wtedy łatwiej będzie mi sprecyzować swoje odpowiedzi. Minęło trochę czasu, ale mam już jako takie przemyślenia na temat swojej osoby. Przyznam, że sama jestem sobą zaskoczona. Poniżej moje odpowiedzi.
Jaka jestem?
Delikatna, wrażliwa, ambitna, niepowtarzalna. Ludzie twierdzą, że mam ogromną charyzmę, którą zjednuję sobie przyjaciół i znajomych. Ale łatwo też jest mnie zranić, ponieważ za bardzo ufam ludziom. Wolę w nich widzieć pozytywne cechy niż od razu skreślać, jednak takie podejście nie zawsze sprawdza się w życiu...stąd te połamane skrzydła, pokiereszowane serce...
W co wierzę i kto jest moim autorytetem?
Bóg i wiara odgrywają bardzo ważną rolę w moim życiu.
Autorytetem dla mnie jest: Jezus Chrystus, który poprzez swoją męczeńską śmierć ukazał ludziom drogę, którą należy podążać, oraz jakimi wartościami kierować się w życiu. Jego następcy Św. Paweł i Błogosławiony Jan Pawel II, Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty - to ludzie, którzy udowodnili, że można dokonywać wyborów w życiu, poświęcając się całkowicie innym ludziom...
Rodzina dla mnie to:
Jedna z najważniejszych wartości w życiu, która ukształtowała moja osobowość. Instytucja, w której istnieje system patriarchalno - matriarchalny, wychowujący potomstwo według wybranych wzorców moralnych i społecznych, gdzie z pokolenia na pokolenie przekazywane są tradycje i obyczaje. Rodzina kształtuje również wrażliwość na otaczający nas świat. To w domu rodzinnym kształtują się nasze korzenie. Jeśli te korzenie dostały solidną glebę i podporę, to wyrasta z nich silne, samodzielne drzewo wydające wartościowe owoce.
Nauka/praca dla mnie to:
Brama do poznania świata. Człowiek wykształcony ma wiekszą wiedzę poznawczą, potrafi ustalać priorytety w swoim życiu, łatwiej odnosi sukcesy. Praca na pewno uszlachetnia w nas charakter, oczywiście pod warunkiem, że wykonujemy pracę z przyjemności - nie z przymusu!
Marzenia:
Marzę o tym, aby pewnego dnia obudzić się, włączyć telewizor i obejrzeć dziennik, w którym dowiem się że: nie ma już na świecie wojen, głodu, kataklizmów, chorób oraz nienawisci na tle rasowym i wyznaniowym...
Czego nie lubię:
Tradycyjnie - poniedziałków, spóźnialskich ludzi, którzy nie szanują czasu innych ludzi, oraz ludzi głupich! Nie lubię też sera żółtego z kminkiem, na którego widok uciekam, gdzie pieprz rośnie!
Co robię w wolnym czasie:
Zacznijmy od tego, że tego wolnego czasu mam niewiele - prawie jak na lekarstwo, a jeśli go mam, to lubię poczytać książki, posłuchać muzyki, wyjść do kina lub teatru, ewentualnie do dobrej knajpki czy restauracji, pozwiedzać jakieś muzea, czy najzwyczajniej odwiedzić przyjaciół.
Na bezludną wyspę wzięłabym:
Całą swoją bibliotekę, mp4 z 10 tysiącamy różnych piosenek i nagrań, komplet baterii napędzanych energią słoneczną, mojego syna i...ewentualnie fajnego faceta do podtrzymywania towarzystwa...ekhem!
Zwierzęta które chciałabym mieć:
Kury w ogródku znoszące pyszne jajka, czarnego kota, który będzie mruczał na moich kolanach, gdy będę już staruszką siedzącą w bujanym fotelu, kolorowe rybki w akwarium, które notabene od kilku tygodni już posiadam, oraz żółwia, którego przymierzam się też dokupić w najbliższym czasie.
Mój ulubiony artysta/malarz/pisarz:
Wymienię nielicznych, ale naprawdę tych, którzy mnie inspirują, którzy w jakiś sposób zmienili moje życie. Wielki Artysta to mistyczny Leonardo Da Vinci, wielki Malarz to mistrz pędzla Jan Matejko, wielki Pisarz to idol mojego dzieciństwa Henryk Sienkiewicz, któremu zawdzięczam podróże po pustyniach i puszczach, i dzięki tym podróżom pokochałam Egipt oraz archeologię. Następnie w kolejce czeka Paulo Coelho, który przekazał mi wiedzę alchemiczną i pozwolił odkryć na nowo, że nie wszystko jest złotem, co się świeci. Wreszcie Dan Brown, którego popularność ma tylu samo przeciwników jak i wielbicieli. Ja zaliczam się jak widać do tych drugich, ponieważ lubię od czasu do czasu poczytać coś mniej ambitnego, ale nie pozbawionego sensu. Jest jeszcze wielu innych, których tu nie wymienię, bo jest ich zbyt dużo. Poza tym, wciąż odkrywam nowych twórców, którymi się zachwycam.
Moje ulubione miejsca to:
Wszystkie nadmorskie plaże świata, z naciskiem na plaże nadbałtyckie, bo po primo: najczęściej je odwiedzam, po drugie primo: tylko na polskich plażach można znaleźć najpiękniejsze bursztyny, a po trzecie primo: polskie morze ma najpiękniejszą barwę świata, po czwarte i ostatnie primo: takich zachodów słońca jak nad Bałtykiem nigdy się nie zapomina! I tego się trzymajmy :)
Osoba której szukam w życiu to:
Zdecydowanie ktoś, kto będzie mógł nadążać za moimi krokami i stanami umysłu. Ktoś, kto wierzy w Boga, jest rozwinięty intelektualnie, nie ma nałogów - za to ma pasje, które realizuje. Poza tym wszystkim cenię sobie prawdomówność i kulture osobistą, szacunek do świata, ludzi i zwierząt...
Dobrze też by było, gdyby chodził w mundurze...najlepiej marynarskim, bo jak mityczna Penelopa jestem wierna i potrafię czekać...
Ot, i cała ja!
środa, 31 sierpnia 2011
Baju, baju....
...ostatnia notka była w maju!
Ale ten czas leci...
Boli mnie jakiś ząb, który spowodował, że mam opuchniety pychol, goraczkę i za 3 godziny mam umówioną wizyte u dentysty. Będzię jak w horrorze, bo ja spotkania z przedstawicielem tego zawodu staram się oganiczyć do minimum. Tylko kontrola i nagłe przypadki jak ten. Na szczęście nie występuja one często! ale cykora mam :(
czwartek, 19 maja 2011
Chrząszcz brzmi w trzcinie, w Szebrzeszczynie...

....a u mnie chrabąszcze zaszyły się w gąszcze na moim balkonie, a wieczorem i nad ranem wyfruwają sobie dranie! :)
Ale do rzeczy. Musiałam dzisiaj o czwartej rano przyjąć towar, więc udałam się do mojego sklepu. Chciałam sprawdzić jaka jest pogoda, wiec wyszłam na balkon celem jej ustalenia. I wtedy doznałam szoku, bo przed nosem przeleciało mi jakieś niezidentyfikowane stworzenie, które absolutnie nie wyglądało na komara, ani na muchę. Zapaliłam lampkę, i wtedy wyszło szydło z wora, a dokładniej pozlatywały się rozanielone chrabąszczyki, które zamieszkiwują okoliczne korony drzew, tuż za moim balkonem. Jeden nawet miał falstart i wylądował mi pod nogami, na co ja zareagowalam wzdrygnięciem się, ponieważ mam awersję do wszelakiego stworzenia, które ma wiecej niź cztery nogi. Bidulek leżał sobie na pleckach, wymachiwał łapkami, krecił w kołeczko na swych chitynowych skrzydełkach i błagalnym wzrokiem prosił, aby mu ulżyć w tym cierpieniu. Jako, że z natury jestem pro-ekologiczna i pro-naturalna, więc lekkim i delikatnym kopnięciem czubkiem mojego bucika, przywróciłam owada do normalnej pozy, a ten w podziękowaniu wzbił się w przestworza i tyle go widziałam. W ogóle to byłam zdziwiona, że już się pojawiły chrabąszcze, bo ponoć zwiastują upalne lato. Cięzko mi w to uwierzyć, tym bardziej, ze od tygodnia leje jak z cebra, a temperatura waha się w okolicach 13 stopni celcjusza. Pożyjemy , zobaczymy. A na zakończenie tradycyjnie limeryk o chrabąszczu, oczywiście mojego autorstwa!
Chrabąszcz
Nowobogacki chrabąszcz bez żadnych brewerii
Poderwać chciał chrabąszczkę, więc zabrał ją do galerii.
Chrabąszczka ośmielona młodzieńca zalotami
Szalała jego kasą jak fala tsunami
On zaś chciał sprostać każdej jej fanaberii.
sobota, 14 maja 2011
Eurovision...Eurovision...

...dupovizjon! Sranie w banie na ekranie!
Ja wiedziałam, że tak się to skończy! wiedziałam, mówiłam o tym, tylko nikt mnie nie słuchał! Jestem niepocieszona, wkurzona, i w ogóle proszę się nie zbliżać na odległość kraty, bo pogryzę! I co? Taka solidarność w Polakach, że aż płakać się chce! A właściwie to wyć! Te wszystkie inne nacje potrafią się dogadać, spiąć, wysłać tego pieprzonego sms'a albo dwa, byle ich reprezentant nawet z dupowata piosenką przepchał się do przodu, tylko nie nasi! A zawsze się mówiło - Polak potrafi! - qrffa, jak widzę reklamę z Antonio Banderasem, to znowu chce mi się wyć! Bo Polak potrafił, ale dwadzieścia lat temu, jak żył w biedzie i był uciskany. W demokratycznej i wolnej od komunizmu Polsce typowy Polak ma w doopie Eurowizję, Solidarność a nawet własny kraj. Słowo "Patriotyzm" straciło na wartości, a nawet parafrazując pewne ugrupowanie polityczne stało się obciachowe! Nigdy polityka mnie nie interesowała, ale od czasu tajemniczej śmierci dziewięćdziesięciu sześciu niewinnych osób, mam niepochamowaną ochotę wykrzyczeć swój żal do ludzi rządzących moim krajem, i zapytać wprost: co to do kurwy nędzy ma wszystko znaczyć? Dlaczego ludzie muszą wyjeżdzać po chleb za granicę? Dlaczego w Polsce nie ma średniej klasy? Dlaczego starzy ludzie, którzy walczyli o wolność i demokrację dzisiaj muszą grzebać w śmietnikach? Dlaczego polskie dzieci chodzą głodne? Kto do tego w końcu dopuścił? I czy tym wszystkim wysoko postawionym dostojnikom państwowym nie jest wstyd, kiedy historia ich będzie rozliczać?? To przez takich ludzi, którzy myślą tylko o sobie i o korycie, z którego pragną jak najwięcej uszczknąć, normalny człowiek zatracił swoja narodową dumę! Ludzie stają się sobie wilkami, jad i nienawiść aż kipie w naszym narodzie! Wierzyć mi się nie chce, że nikt tego nie widzi. Nie chcę być wyrocznią delficką, ale oby nie sprawdziło się wiekopomne wieszczenie Wyspiańskiego: "Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór: czapki wicher niesie, róg huka po lesie, ostał ci się ino sznur, ostał
ci się ino sznur"...
P.S. A piosenka Magdaleny Tul była zajebista, i miała jak największe szanse na wygraną, gdybyśmy ja solidarnie "popchali" do finału. A tak...a tak mamy to co mamy,
i szkoda płakać nad rozlanym mlekiem.
niedziela, 1 maja 2011
Modliliśmy się o tę beatyfikację, modliliśmy się...

Modlitwa o beatyfikację Sługi Bożego Jana Pawła II
Boże w Trójcy Przenajświętszej,
dziękujemy Ci za to,
że dałeś Kościołowi
Papieża Jana Pawła II
i sprawiłeś,
że zajaśniała w nim
Twoja ojcowska dobroć,
chwała krzyża Chrystusa
i blask Ducha miłości.
On, zawierzając całkowicie
Twojemu miłosierdziu
i matczynemu wstawiennictwu
Maryi,
stał się żywym obrazem
Jezusa Dobrego Pasterza,
wskazując nam świętość,
wysoką miarę
życia chrześcijańskiego,
jako drogę do osiągnięcia
wiecznego zjednoczenia z Tobą.
Udziel nam,
za jego przyczyną,
zgodnie z Twoją wolą,
tej łaski, o którą prosimy,
z nadzieją,
że zostanie on rychło
włączony w poczet
Twoich świętych.
...aż wymodliliśmy.
Połtora miliona ludzi zgromadzonych dzisiaj na placu przed
bazyliką Świętego Piotra nie może się mylić.
Dziękuję Ci Boże za ten cud :)***
piątek, 29 kwietnia 2011
Ach, co to był za ślub!
Chciałoby się wyśpiewać, ale naprawdę był to piękny, romantyczny i zarazem skromny ślub, mimo całego tego rozmachu logistyczno - ekonomicznego. Wiadomo, goście nie byle jacy z różnych zakątków ziemi się zjechali, nawet swym sokolim wzrokiem wypatrzylam naszych, czyli Ksiecia Alexandra i Maxymę reprezentujących Księstwo Niderlandii. Co prawda na 3 minutki przed południem Katedra Westminsterska przypominała targowisko próżności (na 1900 znajdujących się tam osób 1000 miało na głowach najdziwniejsze okazy kapeluszy, pióropuszy, garnków, misek, rogów i Bóg jeden wie czego jeszcze :)ale i tak wszystkich przyćmiła osobowość oraz ślubna szata pięknej a zarazem skromnej panny młodej, na której spoczęły wszystkie oczy obecnych gości oraz ludzi, którzy ogłądali tak jak ja, transmisję w TiVi na całym świecie. Ponoć dwa miliardy. Jako ostatnia została wprowadzona przez swojego ojca do Koscioła, i oddana w "ramiona" Księcia Williama. I najfajniejsze w tym wszystkim było to, że do Kościoła weszła Kate Middelton - zwyczajna, fajna dziewczyna z sąsiedztwa, a wyszła śliczna, dystyngowana, pełna gracji Księżna Catherine Cambridge, która od dzisiaj swoją pozycją godnie reprezentować będzie rodzinę królewską Wielkiej Brytanii.
Wsółczesna bajka, która jak wszystkie bajki powinna zakończyć się słowami: i żyli długo i szczęśliwie...
I oby nigdy nie powórzył się los matki pana młodego, która 30 lat temu zawładneła sercami Brytyjczyków, ale nie swojego męża, i której dzisiaj fizycznie zabrakło obok pierworodnego. Mam jednak nieodparte wrażenie i uczucie, że własnie dzisiaj, duch Księżnej Diany był blizej syna niż własny ojciec. Stąd ta piękna i słoneczna pogoda, która według meteorologów miała być deszczowa i zimna. W końcu to jest bajka...nieprawdaż? :-)
niedziela, 24 kwietnia 2011
Alleluja! Alleluja!

Jest cudna pogoda. Życie, które dzisiaj na nowo się odrodziło, przepaja miłością do świata, do ludzi, ale czy do wszystkich? Czasami wydaje mi się że jestem zbyt krytyczna. Wymagam od ludzi zbyt wiele, ale taki już mam charakter. Wymagam bardzo wiele od siebie i wydaje mi się, że równie od innych mogę oczekiwać tego samego. Brzydzę się obłudą i hipokryzją. Mówię na głos i otwarcie to, co mi się nie podoba, a to niepodoba się niektórym. Mam to w nosie. Razem z Zmartwychwstałym Jezusem pragnę przeżyć ten czas spokojnie i radośnie, z nadzieją na wiele łask.
Z okazji Świąt Wielkanocnych życzę wszystkiego tego,co od Boga pochodzi, oby skrzydła wiary przykryły kamienie zwątpienia i uniosły serca ponad przemijanie. Niech radosne Alleluja będzie dla Was ostoją miłości i wiary. Niech pogoda ducha towarzyszy Wam w trudzie każdego dnia. Wiele szczęścia na co dzień!
I tradycyjnie wklejam poezję, adekwatną do celebrowanych uroczystości.
Wielkanoc
Droga, wierzba sadzona wśród zielonej łąki,
Na której pierwsze jaskry żółcieją i mlecze.
Pośród wierzb po kamieniach wąska struga ciecze,
A pod niebem wysoko śpiewają skowronki.
Wśród tej łąki wilgotnej od porannej rosy,
Droga, ktorą co święto szli ludzie ze śpiewką,
Idzie sobie Pan Jezus, wpółnagi i bosy
Z wielkanocną w przebitej dłoni choragiewką.
Naprzeciw idzie chłopka. Ma kosy złociste,
Łowicka jej spódniczka i piękna zapaska.
Poznała Zbawiciela z świętego obrazka,
Upadła na kolana i krzyknęła: "Chryste!".
Bije głową o ziemię z serdeczną rozpaczą,
A Chrystus się pochylił nad klęczącym ciałem
I rzeknie: "Powiedz ludziom, niech więcej nie płaczą,
Dwa dni leżałem w grobie. I dziś zmartwychwstałem.
Jan Lechoń
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Niedziela Palmowa u Łysych...
...mineła spokojnie i jak zawsze kolorowo, ale nie o tym chciałam ci ja pisać.
Ja chciałam tylko napisać, że święta tuż tuż, a roboty od groma i ciut ciut. Nie wiem, kiedy ja to wszystko ogarnę, ale wiem na pewno: ogarnać to muszę! Bo inaczej będzie dupa blada a nie przyjemne świeta. Więc się streszczam, robię rząd, i wypadam jak najszybciej stąd. Pojawię się pewnikiem wkrótce z świątecznymi przemyśleniami i życzeniami, ale dzisiaj czekają na mnie okna do umycia, i jeszcze trochę innej pracy. Korzystając z okazji, że zaczął się Wielki Tydzień i czas ku temu jak najbardziej odpowiedni, zamieszczę jeszcze przepis żurku Aldony, bo ostatnio ktoś mnie bardzo za niego pochwalił. Przyznam nieskromnie, że była to moja autorska wersja z ulepszaczem w roli głównej. A wiec do dzieła!
Będziesz potrzebować takich oto składników:
3 l. wody
2 x zakwas żurku śląskiego
1 x włoszczyzna
1 x śmietanka 18 % do zupy
1/2 kg ziemniaków ugotowanych i potłuczonych
4 ugotowane na twardo jajka
Szczypta Vegety tudzież rodzimego Kucharka do smaku
4 pęta kielbasy białej
Pęczek świeżych ziół (natka pietruszki, koperek, kolendra)
Ziemniaki ugotowac na miękko i potłuc.
Obraną i wymytą Włoszczyznę (marchew, seler, por, pietruszka) dodać do wody i zagotować do miękości. Dodać vegety do smaku. Wrzucić białą surową kiełbaske i jeszcze 10 minut pogotować nastepnie zmiejszyć ogień. Zakwas żuru dobrze wymieszać. Włoszczyznę i kiełbaski wyciągnąć na talerz (ja wyciągam tylko kiełbaskę i kroję ją na plasterki - warzywa wyjadam osobno:) następnie wlać zakwas do wywaru i lekko podgotować 15 minut. Zabielić żurek śmietanką według uznania. Na talerz wyłożyc dwie łyżki potłuczonych ziemniaczków, w środek włożyc dwie połowki ugotowanych jajek, posypać drobno posiekanymi ziołami. Następnie wszystko zalać gorącym żurem z pokrojona kielbaską. Podawać z wielką gracją - tak jakby to było danie królewskie a nie chłopskie. Gwarantuję Twojemu podniebieniu artystyczne uniesienie. Smacznego!
P.S. Ilekroć słyszę słowo "żurek' zawsze nucę tę piosenkę: żółta żaba żarła żur..żaba żółta żarła żur...itp.
Ćwiczenie pięknej mowy polskiej przy garach...absolutnie połączenie przyjemności z pożytecznym, nieprawdaz?
niedziela, 10 kwietnia 2011

O Katyniu, przez pierwsze 50 lat po wojnie, w Polsce komunistycznej, nie wolno było rozmawiać, chociaż i tak każdy o tym rozmawiał. Oczywiście w jak największej konspiracji. Kiedy nadeszły już czasy, że rozmawiać już było można, to wówczas ci, którzy byli odpowiedzialni za te zbrodnie, rozmawiać nie chcieli. I tak minęło na chandryczkowaniu 70 lat...
My pamietaliśmy - ONI chcieli zapomnieć, a najlepiej to chcieliby, aby nikt nigdy się o tym nie dowiedział. Na przekór losu, 10 kwietnia 2010 roku cały świat zaczął o tym mówić. Oni mówili, a MY płakaliśmy...na przekór losu. Cześć ICH Pamięci. Tych 25 tysiecy zdradziecko pomordowanych i tych 96, z których los zadrwił okrutnie. Chichot losu...to była moja pierwsza myśl, gdy dowiedziałam się o katastrofie samolotu prezydenckiego. Rok po niej, w rocznicę śmierci tylu niewinnych ludzi napisałam pod tym samym tytułem mój kolejny wiersz, który zamieszczam poniżej.
"Chichot Losu"
Słyszysz?
Ten chichot losu,
ktory się przetoczył
po katyńskim lesie?
Słyszysz?
Wiatr tarmosi drzewa,
smutek w trawie śpiewa,
szloch gdzieś echo niesie.
Widzisz?
Te Dusze zmartwione
w lesie rozrzucone,
do światła podążają.
Widzisz?
Uczcić pamięć chcieli
w lesie pogineli,
i swój grób tam mają.
Czujesz?
Jeziora jak łzy słone
wylane przez matkę, żonę
z brzegów już wystąpiły.
Czujesz?
To znowu chichot losu
Historii odmówił głosu
Robale z nas zadrwiły...
Aldona Kołacz 10-04-2011, Deventer
Subskrybuj:
Posty (Atom)













