czwartek, 10 kwietnia 2025

15 rocznica katastrofy smoleńskiej

Mój wiersz, który napisałam zaraz po katastrofie smoleńskiej, a który holenderski poeta Klaas Seinhorst nawet przetłumaczył na język holenderski. 
 
Wersja polska
"Żałobny Tren dla mojej Ojczyzny"
 
A za kim Ty moja Ojczyzno płaczesz?
- Za synami prawymi i za moje córy,
które duchy przeszłości w lesie katyńskim
wiatrem historii zdmuchnęły z góry.
Łzy matek - Polek, wylanych wspólnie
nie spadły marnie na skrwawiona ziemię.
Świat się dowiedział w dzień ten kwietniowy,
O co walczyło nasze Polskie plemię.
Lecieli złożyć hołd pomordowanym,
Zbrodnia ta była kością niezgody,
Los jednak lubi zmieniać swoje plany
Smutną tragedią złączył dwa narody.
Płacze dzisiaj Ojczyzna ma kochana,
Moje serce wraz z nią szlocha...
Ojczyzno moja! Bóg nad Tobą czuwa!
Doświadcza Cię srogo - lecz bardzo Cię kocha!
 
Aldona Kołacz - Deventer, 12.04.2010
 
Wersja holenderska
"Treurdicht voor mijn vaderland"
 
Om wie huil je, mijn vaderland?
- Om mijn dochters en rechtschapen zonen,
Uit de hoogte neergeblazen met de wind van de geschiedenis
Door de geesten van het verleden die in het bos bij Katyń wonen.
De Poolse moeders vergoten tezamen
Talrijke tranen op de aarde waar bloed aan kleeft.
Op die aprildag werd de wereld gewaar
Wat onze Poolse stam heeft nagestreefd.
Hun vliegtuig was onderweg naar een eerbetoon aan de gevallenen,
Die slachtingen waren een bron van strijd,
Maar het lot mag zijn plannen graag veranderen
En verbond twee volken door een tragisch feit.
Vandaag huilt mijn dierbaar vaderland
Ook mijn hart is dit een diepe grief…
Mijn vaderland! God waakt over je!
Hij beproeft je zwaar – maar heeft je zeer lief!
 
Aldona Kołacz - Deventer, 12.04.2010
(Vertaling: Klaas Seinhorst)

sobota, 5 kwietnia 2025

Tuning





 

Facebook codziennie przypomina mi moje posty sprzed kilku lub kilkunastu lat. Są ciekawe, oj są! To byla też bardzo ciekawa i śmieszna historyjka.
**********************************************************************
Deventer 05.04.2017 r.
 
Wczoraj koło pierwszej w nocy wyszliśmy z Reksiem (moim ukochanym skarbusiem, którego już nie ma 🥲) na ostatnie wieczorne siusianie, i spacerując koło naszego bloku zauważyłam, że na parkingu nieopodal mojego auta, za innym autem, czai się 3 młodzieniaszków. Siedzieli przycupnięci na ziemi, mieli przy sobie wypchane czymś plecaki, założone kaptury na głowach, a kiedy nas zobaczyli - lekko zaczęli uciekać w ciemność, tak by nie pokazywać swoich twarzy. Widząc taką sytuację, czym prędzej czmychnęliśmi z Reksiem do domu, bo lekko się wystraszyłam. Wiadomo - licho nie śpi. Nawet wyszłam na balkon, aby zobaczyć co tam się dalej dzieje i ewentualnie aby zadzwonić na policję, niestety, nie dało się zobaczyć z mojego balkonu tej części parkingu, więc zostawiłam ten temat losowi.
Rano, idąc do mojego auta, zobaczyłam efekt nocnej pracy tych trzech podejrzanych typów, którzy stuningowali swojemu koledze w prezencie urodzinowym jego autko. Mieć takich kreatywnych kolegów to skarb! 😂😁😂🤣

piątek, 4 kwietnia 2025

13 lat spóźnienia urodzinowego prezentu...


 

Dwa dni temu zabrałam się za totalne porządki w pracowni, a właściwie pokoju po moim synu Jowim, i zaczęłam wszystko wynosić z tego pokoju, odsuwać meble, no totalna rozpierducha w całej chałupie!! I nagle za biurkiem na dywanie, z boku tuż przy ścianie znalazłam zapakowaną paczkę, a w niej pięknie leżała sobie lalka Barbie, którą kupiłam kiedyś dla mojej siostrzenicy Lei, na siódme czy ósme jej urodziny...
Hmmmmm....troszkę spóźniony prezent....ale za kilka dni Lea skończy 20 lat, może jej teraz wysłać tę lalę???😂😂😂😂😂😂😂😂😂😂😂

Przypowieść o mądrych dzieciach i głupich rodzicach...


 
Deventer 03.04.2013
Ludzie!! Słuchajcie (sic!) swoich dzieci, bo mogą mieć czasami (sic!) rację, tak jak to zdarzyło się wczoraj wieczorem u nas. A rzecz miała się tak: ostatnio bolało mnie ucho, więc wacikiem na patyczku chciałam przemyć je od środka nalewką bursztynową. I kiedy sobie tak wieczorem przemywałam to bolące ucho mój Junior nie wytrzymał i zaczął mi dogadywać, że co robię, że jest to niebezpieczne, że zamiast dłubać w tym bolącym uchu, powinnam jak najszybciej udać się do lekarza i takie tam. Ja, oczywiście jako była absolwentka Akademii Medycznej, którą szybciej skończyłam niż zaczęłam (dwa dni dokładnie studiowałam, a potem dałam dyla na WSP- dzisiaj to UŚ - po drugiej stronie ulicy) obruszyłam się niemiłosiernie twierdząc, że wiem co robię, i nikt nie musi mi zwracać uwagi. Moja latorośl uparta jak osioł (ciekawe po kim to ma?) nie dając za wygraną, strzelił mi pogadankę na temat tego do czego jest potrzebna woskowina, i dlaczego nie można dłubać w uchu tymi pałeczkami. Oczywiście nie chcąc się kłócić przyznałam mu połowiczną rację ( w duchu myśląc - Ty se mów a ja se zdrów) i dalej grzebałam w tym uchu, po czym go zakorkowałam wacikiem nasączonym olejem kamforowym, po czym udałam się do sypialni w celu zaśnięcia, i zapomnieniu, że mnie boli to cholerne ucho. Reksiu (ten malutki piesek z fotki) rozespany udał się za mną, po czym wtulił się w moją szyję, i tak słodko przytuleni mordka w mordkę, zasnęliśmy snem sprawiedliwego. Rano obudziwszy się poczułam, że bólu już nie czuję, i że moje zabiegi pielęgnacyjno -lecznicze odniosły zamierzone efekty. Szykując się do pracy (czyli do mojego sklepu) pomyślałam sobie, że jeszcze nie zaszkodzi przed wyjściem przemyć ucho nalewką bursztynową, a wieczorem jak wrócę do domu, znowu włożę wacik z olejkiem kamforowym. Jak pomyślałam tak też zrobiłam, z tym, że jak włożyłam do ucha patyczek z wacikiem nasączonym nalewką, to już wyciągnęłam tylko sam patyczek, a wacik został w środku...
Nie będę pisać co sobie o SOBIE pomyślałam, co pomyślałam sobie o moim Juniorze, i co sobie pomyślałam o tych pałeczkach z wacikami. Nie będę też pisać, że chciałam sobie pensetką do brwi wyciągnąć ten wacik, i że zamiast go wyciągnąć popychałam go dalej w głąb ucha. Kiedy operacja wyciągania wacika wymknęła mi się z rąk i kontroli, w panice poleciałam lotem ptaka do mojej przychodni, gdzie pan doktor najpierw próbował strzykawką z wodą zmusić wacik do wypłynięcia, a gdy ta próba się nie powiodła, razem z panią asystentką długą pensetką wyciągnęli mi to dziadostwo z ucha. No żesz job twoja mać! czy te dzisiejsze dzieci to jakieś jasnowidze?? 😂😂😂

środa, 2 kwietnia 2025

20 lat minęło jak jeden dzień...


 
W rocznicę śmierci"
 
Gdy nad ziemią znów zapanowały ciemności,
a zgroza i strach zajrzały w źrenice ludzkości,
Ty zesłałeś Boże całemu światu Anioła,
by ocierał krople potu z naszego czoła.
By łzy osuszał jednym swoim gestem,
by czynił dobro całym swoim papiestwem,
by zarażał nas swoją nieskończoną miłością,
i dzielił się z nami przeogromną mądrością.
By służył pokornie ludzkości oraz Tobie,
a na koniec posługi złożyć kości swoje w grobie.
Jezus, umierając na Krzyżu za zbawienie ludzkości
na Golgocie, dwa tysiące lat temu, w Wielki Piątek...
dowiódł tego, że śmierć to nie koniec wszystkiego!
Lecz dopiero prawdziwego życia początek!
*********************************************
Aldona Kołacz, 2. 04. 2013, Deventer

czwartek, 27 lutego 2025

Tłusty Czwartek A.D. 2025


 

Na drzewach pojawiły się pierwsze pączki, które zwiastują, że mamy dzisiaj Tłusty Czwartek.
W języku polskim pączki pojawiają się na drzewach, ale są też pysznym deserem do kawy. W ostatni czwartek przed Środą popielcową jemy ich tyle, ile się w brzuchu zmieści.
Miłego pączkowania łasuchy 🙂

poniedziałek, 17 lutego 2025

MOJA HISTORIA z WAŁKAMI


 

Jeśli pamiętasz do czego to służyło, to prawdopodobnie jesteśmy z tej samej planety!
 
 😂😁😂😂 
 
MOJA HISTORIA z WAŁKAMI
 
Zawsze miałam piękne, grube kręcone kasztanowe włosy, jak urodziłam synka nie wiedzieć czemu rozprostowały mi się, i musiałam się wspomagać lekką trwałą, którą robiła mi zawsze zaprzyjaźniona domowa fryzjerka. Krótko przed urlopem zadzwoniłam do niej, ale okazało się, że ona też jest na urlopie. Mówię wtedy do siebie: aaa, zaczekam, pójdę w Polsce do mojej ulubionej pani, która tez zawsze mnie strzygła, i robiła hennę. Jełop (czytaj: mój ówczesny mąż), który wtedy był jeszcze piękny i młody, widząc mój frasunek zaproponował, że zrobi mi sam ondulację, bo ponoć jego artystyczna dusza ćwiczyła takie rzeczy na 3 siostrach oraz jego matce. Durna ja ci, uwierzyłam i poddałam się jego zabiegom, które skończyły się tak, że do Polski wjechałam z chustką na głowie, zapłakana, a moje piękne włosy zostały na wałkach w Holandii, ponieważ Jełop stwierdził, że zamiast 30 minut potrzyma mi półtora godziny dla lepszego skrętu!! Moja znajoma fryzjerka w Polsce jak mnie zobaczyła to się też rozpłakała, bo wiedziała jakie włosy miałam. Mieszkałam dopiero 3 lata w Holandii, i trwałą robiłam sobie raz na pół roku, tak aby mieć lekko pofalowaną czuprynę. Ta znajoma fryzjerka, z tego co mi na łepetynie pozostało stworzyła mi piękną krótka fryzurkę. Kilka lat mi zajęło aby zapuścić włosy na nowo. Nigdy już nie były takie gęste jak przed tą nieszczęsną ondulacją...Nigdy też od tamtej pory trwałej już nie zrobiłam. Trauma na całe życie! 😁😂😁

poniedziałek, 6 stycznia 2025

Pójdzmy wszyscy do Stajenki A.D. 2025


 

"Moje Betlejem"
 
Po pustyni zawrotnego życia,
błądząc w kuluarach zła i mroku,
Trzej Królowie na wielbłądach jadą
Z orientalną nowiną, i z dobytkiem u boku.
 
Przemierzają siódme góry i lasy,
najpiękniejsze królestwa podziwiają
Chcą znaleźć w nich Króla wielkiego,
dla którego też wielkie dary mają.
 
Długa, wspólna podróż, i cel tej podróży
Królów szczerą mądrością zachwyciła,
do stajenki upadłej szybko podążyli,
gdzie Dziecina Boża się nam narodziła!
 
Między władcami możnymi tego świata
nie szukali już żadnej sprawiedliwości,
gdy w ciemnościach jasną gwiazdę ujrzeli
wśród swych ciągłych ludzkich wątpliwości.
 
Swoje królewskie mądre głowy pokłonili,
przed Dzieciąteczkiem, Józefem i Maryją,
złoto, mirrę i kadzidło w hołdzie Mu złożyli
wiedząc, że Te narodziny świat z grzechu obmyją.
 
Pastuszkowie i bydlątka wśród ciemności
gwiazdę betlejemską też ujrzeli,
i jak jeden mąż w ogromnym pośpiechu,
z wielką nadzieją do Betlejem pobieżeli.
 
Słyszycie? Gloria in excelsis Deo!
Wtóruje chór Aniołów na wysokim niebie,
Dziś na nowo w moim sercu Bóg się rodzi
Jezu! - z ufnością czekam tu na Ciebie!
 
Aldona Maria Kołacz,
5-01-2013, Deventer

niedziela, 22 grudnia 2024

Świąteczne wspomnienia Bizneswoman z 2017 r.



Świąteczne wspomnienia
Gdy miałam na głowie sklep i całą tą świąteczną rozpierduchę z karpiami, śledziami, ciastami i wszystkimi zamówieniami na czele, czasami zapominałam jak się nazywam. Do domu wracałam koło północy, a rano już o szóstej albo wcześniej pobudka, bo towar miał dojechać z Polski. Często gęsto w mojej sklepowej kuchni przygotowywałam wigilijne potrawy, piekłam ciasta, robiłam sałatkę, pakowałam prezenty, a w międzyczasie obsługiwałam klientów. Później pakowałam to wszystko do auta, i jechałam przygotować synowi i sobie piękną Wigilię. Historia, która mi się przytrafiła zdarzyła się 22 grudnia 2017 roku. Oto ona.
************************************************************************
22 Grudzień 2017
Po czym poznać, że moje zmęczenie sięgnęło zenitu? Ano po tym, że jak już popakowałam prezenty Jowiego, zaczęłam się zastanawiać, co u licha robią winogrona i kielich z Hostią na papierze prezentowym? Z rozpędu chwyciłam z półki z tyłu sklepu papier komunijny zamiast świąteczny, i tak sobie pakowałam, pakowałam, a kiedy już pakowałam prezenty do torby zobaczyłam dopiero, że coś mi tu nie gra. W sumie to drobny szczegół - przecież obchodzi to święto ta sama Osoba, tylko 33 lata później...
Zostawić czy przepakować??🤫😂😁😂
Zostawiłam 🙂

 

czwartek, 19 grudnia 2024

Wspomnienia z Grudnia 2022 roku...


 Grudzień 2022 r.

Kocham święta Bożego Narodzenia, i kto mnie zna wie, że potrafię je celebrować rodzinnie, tradycyjnie, z miłością do narodzonego Dzieciątka Jezusa. Wyniosłam to z domu rodzinnego. Od dziecka czynnie brałam udział w przygotowaniach. Pomagałam rodzicom, przy okazji ucząc sie wszystkiego. Gdy miałam 15 lat potrafiłam całą noc piec najpyszniejsze serniki, makowce, pierniczki, i co tylko mi przyszło do głowy. Wszystkie wypieki wstawiałam do swojego pokoju, a gdy nad ranem zasypiałam słyszałam jak moi domownicy zakradali się po cichu, kradnąc pierniczki czy kruche rożki. W Wigilię uwielbiałam przyozdabiać uroczyście stół, pomagać mamie w sklepie, czy gotować z rodzicami wigilijne przysmaki. Na naszym stole tradycyjnym był zawsze barszcz grzybowy z uszkami z grzybami. Były pierogi z kapusta i grzybami, makówki, karp smażony w galarecie, filety rybne w galaretce, i wiele innych potraw. Przed kolacją zawsze mama czytała nam urywek z Biblii, składaliśmy sobie życzenia dzieląc się opłatkiem, pod obrusem obowiązkowo było zawsze sianko, a na stole pusty talerz dla niespodziewanego gościa, chociaż wiedzieliśmy, ze tak naprawdę był on symbolem tych, których już zabrakło. Po wspólnej modlitwie mogliśmy kosztować wszystkich potraw przy akompaniamencie pięknych polskich kolęd. Po jedzeniu kompot z suszu i dzielenie pomarańcza. Ten zapach! Zawsze będzie mi się kojarzył z świętami, chociaż tu w Holandii mam je cały rok. A potem prezenty spod pięknej i pachnącej choinki! Koło północy z bratem szliśmy na Pasterkę. W późniejszych latach szła też siostra Edyta i Sylwia. Mama i Tato często po kolacji zasypiali zmęczeni, po ciężkiej pracy w sklepie. A ponieważ był to sklep rybny przed świętami mieli najgorętszy okres, gdy przez ich ręce przechodziły tony karpia, śledzi solonych i innych ryb. Zawsze im pomagałam, bo każda para rąk była na wagę złota. Do kościoła szli następnego dnia, gdy my mogliśmy się wyspać. Często gęsto święta były białe i mroźne. Uwielbiałam ten nastrój świąteczny i zimowy. Odwiedzaliśmy swoich bliskich, albo oni przychodzili do nas.
Gdy rozjechaliśmy się po świecie staraliśmy się kultywować nasze tradycje. Oczywiście każde z nas miało już swój dom, swoje rodziny, ale najpiękniej było gdy spotykaliśmy się wszyscy przy rodzinnym stole rodziców w Szwarzwaldzie. Znowu wracały wspomnienia z rodzinnego domu w Polsce, lecz w rozszerzonej wersji z wnukami. Najpiękniejsze święta przeżyłam tuż przed śmiercią rodziców. Były jak z bajki...i wiem dlaczego...
W tym roku święta będą dla nas wszystkich bardzo smutne. W maju odszedł mąż mojej siostry Ibo, który też bardzo uwielbiał nasze święta chociaż był innego wyznania, a w październiku odszedł mój bratanek Denis. Mimo, że fizycznie będziemy od siebie oddaleni (siostry w Niemczech, ja w Holandii) to duchowo będziemy razem. Ja będę miała w Wigilię i święta syna z jego rodziną, i z pewnością wylejemy morze łez, bo tych pustych talerzy przy wigilijnym stole wciąż przybywa...

Autentyczna Przypowieść o Sianku z 2012 roku


 
 


Grudzień, 2012 rok, Deventer
Może jestem nienormalna, ale moich wszystkich klientów w sklepie obdarowuję opłatkiem i siankiem...tak tradycyjnie, na szczęście.
Z siankiem jednak mam niezwykle przeżycie a zarazem niezwykłą przypowieść...która przydarzyła się dawno, dawno temu mnie osobiście!
Ale przejdźmy do rzeczy. Jak już wspomniałam działo się to dawno dawno temu, w czasach, gdy nikt jeszcze nie wiedział co to jest I-Pod, I-Pad, I-phone, Smartphone, czy inne dobrodziejstwa komunikacji rodem z filmów S-F, a jedynym "must have gadżetem" było posiadanie komóry, która w tamtych czasach przybierała wielkość niewielkiej cegłówki, ale i tak nie było to żadnym obciachem ze względu na to, że komóra była czymś czadowym, i posiadanie jej automatycznie zaliczała nas do elity z wyższych sfer. Ja takie cacuszko marki Samsung wówczas posiadałam, i byłam dumna z niego oraz bardzo zadowolona, bo ułatwiało mi to komunikację z moją pociechą (czytaj: pozwalało mi to śledzić jego kroki:) Wspomnę przy okazji, że te pierwsze prototypy wypasionych Smartphonów, I-Phonów i innych dziwadełek, nie miały takich możliwości technicznych jak dziś, a już nikt na pewno nie przekazywał sobie dzwonków, piosenek, czy innych melodyjek lotem błyskawicy czyli niejakim bluetoothem. Za jakiś wyczesany kawałek melodyjki w wersji polifonicznej musieliśmy płacić krocie, uważając przy tym, aby gdzieś się nie wplątać w jakieś dzwonkowe abonamenty zżerające ostatnie centy z karty. Dlatego korzystało się z dzwonków dostępnych w danym typie komórki. A te najczęściej były banalne i bardzo pospolite. Te na mojej komórce też....ale o tym później. Teraz przechodzę do meritum naszej, a raczej mojej przypowieści o sianku.
Krótko przed Świętami Bożego Narodzenia udałam się do sklepu zoologicznego celem zaopatrzenia się w sianko, które jak choinka, opłatek, karp i dwanaście potraw na stole jest nieodłącznym atrybutem polskich świąt. Przy okazji resztka sianka miała posłużyć jako podściółka dla naszych zwierzątek domowych, czyli dwóm białym myszkom mojej pociechy. Zaopatrzywszy się w pokaźną ilość sianka (taki gotowy kilowy klocek w folii) podeszłam do kasy celem uiszczenia należnej sumy. Kiedy wyszłam ze sklepu usłyszałam nagle jak w mojej torbie z siankiem coś bzyczy. Bzyczało tam niewątpliwie jakieś zamknięte szczelnie zwierzę, które ja nazywam komarami, a inni krwiopijcami. Oburzona faktem, że sprzedają ludziom jakieś buble z rozwścieczonymi komarami zawróciłam do sklepu. Przy kasie wyjaśniłam, co mnie zmusza do wymiany towaru, a panie tam stojące, chociaż miały lekki i ironiczny uśmiech na twarzy, sianko wymieniły mi na inny pakiecik. Pięknie podziękowałam (przepraszając również za kłopot z wymianą) udałam się do wyjścia. Jakież było moje zdumienie po przekroczeniu progu sklepu?! Oto w moim pakiecie z siankiem znowu zabzyczało, i to tak intensywnie, że nie miałam najmniejszej wątpliwości, że znowu mi sprzedano bubla z rozwścieczonymi komarami. Zrobiwszy krok do tyłu powróciłam do kasy i pań tam się obijających, które już nie uśmiechały się na mój widok, gdy zażądałam wymiany sianka z bzyczącymi komarami. Wzrok ich mówił otwarcie, ze ktoś tu ma nierówno pod sufitem, ale ze klient nasz pan, to wymienić sianko trzeba na nowe. Aby być pewną, że nie dają mi tego samego bubla poszłam między półki wybierać sianko sama. Przy kasie jeszcze raz podziękowałam za trud i przeprosiłam za upierdliwość. Czym prędzej opuściłam sklep. Kiedy znalazłam się przy aucie, i chcąc zapakować sianko do bagażnika, posłyszałam znowu ten dobrze znajomy bzyk, jeszcze bardziej rozwścieczonych komarów. No nieeeeeeee, tego już za wiele! - pomyślałam sobie zabijając w myślach całą obsługę sklepu zoologicznego! Krew wrzała w moich żyłach, w myślach układałam sobie reprymendę jaka obrzucę cały personel, i niczym torpeda w połączeniu z osą wpadłam do tego trefnego sklepu, rzucając tobołkiem siana na ladę, oraz wylewając z siebie to, co chciałam powiedzieć. Kasjerki z rozdziawionymi buziami pokornie wysłuchiwały moje przemyślenia na temat sprzedaży bubli, a grozę i powagę sytuacji spotęgował fakt, że nagle wszyscyśmy jak jeden mąż usłyszeli bzykanie komarów i to nawet bardzo intensywne! Dziewczyny przy kasie jedna przed drugą usprawiedliwiały się, że to nie ich wina, że takie sianko im gotowe dowożą, i że jeszcze raz mi uprzejmie je wymienią na nowa paczkę, i że w ogóle takie coś im pierwszy raz się przydarzyło. W pewnym momencie żal mi się ich zrobiło, i zgodziłam się również uprzejmie i bez żadnych wymian, zabrać trefne siano do domu, i więcej im głowy nie zawracać. Najwyżej wystawię otwartą torebkę na balkon, i same se gdzieś polecą w siną dal. Jak się rzekło tak też zrobiłam. Pożegnałam z lekkim chłodem panie z kasy, oraz niewielki tłumek ciekawskich klientów, nie oglądając się przy tym wstecz. Już przy aucie słyszałam bardzo znajomy mi dźwięk, ale udałam, że go nie słyszę. Rzuciłam tobołek do bagażnika licząc na to, że komary same popadają ze stresu i ciemności tam panujących. Zatrzasnąwszy bagażnik myślałam już tylko o tym, jaką będzie mieć minę moja pociecha, gdy mu o tym całym zdarzeniu opowiem. Otworzyłam drzwi i usiadłam za kierownicą. Nim zdążyłam przekręcić klucz w stacyjce usłyszałam coś, co zmroziło ponownie krew w moich żyłach. W środku auta panowała cisza, a bzykanie komarów dochodziło z mojej lewej kieszeni płaszcza, w której trzymałam moją kochaną komórkę...
Gdy ją odebrałam usłyszałam głos mojej pociechy, która z żalem wyrzucała mi, że od godziny próbuje się do mnie dodzwonić, ale ja nie odbierałam. W dodatku chciał mi przekazać, że zmienił mi w komórce muzyczkę na taki dźwięk komara...fajny prawda?
Jedynie Pan Bóg na Niebieskim Niebie widział moją minę, gdy się o tym dowiedziałam.
Przed oczyma miałam film z przejętymi kasjerkami w tle, które z przystawionym uchem do paczki z sianem, słyszały podobnie jak ja bzyczące komary...
Nie muszę chyba dodawać, że w tamtejszym sklepie zoologicznym do dnia dzisiejszego się już więcej nie pokazałam.
I to już koniec przypowieści o sianku, a morał z niej taki, że od swoich komórek z daleka trzymajcie dzieciaki!
Amen 🙂