niedziela, 29 listopada 2015

Pierwsza Niedziela Adwentu AD 2015


Czas biegnie jak wariat, wskazówki zegara ledwo nadążają z obracaniem się na tarczy, i człowiek nawet nie wie, kiedy pojawią się następne święta. A one już pukąją do naszych drzwi, już zapalamy pierwszą świeczkę w adwentowym wianku, i zanim się zorientujemy trzeba będzie ubrać choinkę, przygotować wigilijną wieczerzę, przywitać Nowy Rok. Czy Wy też macie takie wrażenie, że kiedyś rok wydawał się wiecznością, i wszystko miało jakiś głębszy sens? Albo ja się już po prostu starzeję, robię starym tetrykiem, który potrzebuje jakiegoś bodzca, aby zacząć znowu cieszyć się życiem. Hmm...gdzieś chyba po środku musi leżeć prawda...
Mimo moich dzisiejszych zawirowań emocjonalnych życzę wszystkim znajomym, rodzinie, przyjaciołom wspaniałego przeżycia tego czasu adwentowego, który pozwoli na nowo powitać Dziecię Boże, i odnależć sens naszej egzystencji tu na ziemi. Wszystko jest po coś, tylko ciężko czasem zrozumieć po co...

czwartek, 12 listopada 2015

Z cyklu: Śpieszmy się kochać ludzi...


Dziś mija kolejna bolesna rocznica...16 rocznica śmierci mojego Taty. Pamiętam dokładnie jak tego dnia szesnaście lat temu, wracałam z pracy swoim autem, gdy nagle na pustej drodze coś stuknęło w moją przednią szybę. Na szkle pojawiła się mała pajęczynka, a mnie obleciały ciarki po plecach. Automatycznie spojrzałam na zegar znajdujący się na tablicy rozdzielczej. Było parę minut po drugiej...parę dni później, będąc już w Polsce i załatwiając czynności pogrzebowe dowiedziałam się, że o tej porze Tato zmarł...

Bardzo tęsknię za moimi rodzicami, i głęboko wierzę, że nadal czuwają nad nami, bo zawsze zdarzają się rzeczy, o których inni mówią, że jest to tylko zwykły zbieg okoliczności. A tych zbiegów jest zbyt wiele, i czasami układają się w logiczną całość, tylko to już jest temat na inną opowieść...


[*] Wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie [*]

sobota, 19 września 2015

Nie płaczcie za mną...


Kolejna kartka spada z kalendarza.
To już 18 lat od kiedy Cię moja kochana Mamuśu nie ma...
Napisałam kolejny wiersz dla Ciebie,
ale tym razem w Twoim imieniu. Wierzę,
że tam na górze też lubicie poezję.

Nie płaczcie za mną...

Moje kochane dzieci, prosze,
Nie płaczcie za mną rzewnymi łzami,
Ja Was nie opuściłam na zawsze
Jestem jedynie jeden krok przed Wami.

Nie płaczcie za mną dzieci,
Przeżyłam tutaj najszczęśliwsze chwile,
Lecz los obrocił koło niefortunnie
Zamieniając życie w śmiertelne motyle.

Moje dzieci, nie wierzcie,
że gdy umarłam zostaliśmy od siebie oddaleni,
Moja dusza jak letni powiew wiatru
wciąż pląsa z Wami tu na ziemi.

Nie płaczcie za mną drogie dzieci,
Lecz gdy dzień w ciemną noc się zamienia,
spójrzcie na tą jasną gwiazdę na niebie
To Wasza Mama przesyła wieczorne
pozdrowienia.


Aldona Kołacz, 15.09.2015 Deventer

środa, 5 sierpnia 2015

Przeminelo z wiatrem...

Rodzimy sie w bolu, a konkretnie bolesne jest pierwsze "zachlystniecie" sie powietrzem, ktore rozszerza malenkie plucka niemowlecia. Stad placz, wrzask, strach przed nieznanym. A kiedy obejmuja niemowle ramiona czulej mamy, wtedy strach mija, dziecko jest juz spokojne, szybko rozumie, ze w tych ramionach jest bezpiecznie. Kiedy umieramy jest zupelnie odwrotnie. Boimy sie tego ostatniego oddechu, ktory spowoduje, ze nasze pluca sie zamkna, funkcje zyciowe spadna do zera, nie wiemy tez kto na nas po tej tak zwanej "drugiej stronie" czeka. Wierzymy, ze beda to nasi najblizsi, ktorzy odeszli szybciej, ze beda to cudowne anielskie istoty, ktore za zycia sie nami opiekowaly, wreszcie wierzymy, ze z ciemnego tunelu wyciagnie nas Swiatlo, ktore jest nieskonczona Miloscia, a ktora niektorzy nazywaja Bogiem. Jesli pogodzimy sie z faktem, ze "odejscie" jest czescia naszego narodzenia, wowczas latwiej zrozumiec problem smierci. Tylko, ze teoretycznie wyglada to latwiej, ale jesli tracimy nam bliska osobe, nie myslimy juz racjonalnie. Fizyczne odejscie bliskich jest bolesne dla tych, ktorzy pozostaja. Mysl utraty osoby, ktora sie bardzo kocha jest wprost nie do zniesienia. Jednak przez cale zycie spotykamy sie ze smiercia. Jest ona wpisana w nasze zycie, i nawet nie zdajemy sobie sprawy, ze niektore odejscia wpisuja nam sie w nasza pamiec na stale, a powracja jako feedback wywolane specyficzna sytuacja. Jako dziecko ze smiercia spotkalam sie kilkukrotnie. W pamieci mam jednak dwie takie powracajace jak bumerang sytuacje. Pierwszy raz, kiedy zmarl moj dziadek. Pojawia sie obraz Ojca trzymajacego mnie na rekach, mnostwo szlochajacych ludzi, i przeokropny zapach, ktory przepelnial Kosciol. Po latach dowiedzialam sie, ze jest to palona w kadzidle mirra. I to ona zawsze wywoluje u mnie te wspomnienia. Kilka lat pozniej , w pierwszej klasie szkoly podstawowej, zmarl moj kolega Januszek. W dniu pogrzebu z cala klasa bylismy w jego mieszkaniu, i widzielismy jego male cialo ubrane na bialo, zlozone w bialej trumnie. Dookola trumny ustawione bukiety kwiatow, a posrod nich biale Lilie, ktore dusily swoim zapachem. Do dzisiaj niecierpie tych kwiatow, bo kojarza mi sie zawsze z tamtym dniem, a bylo to naprawde dawno temu. Pamietam tez moment, kiedy trumna zostala zlozona do grobu, i przeokropny krzyk i placz mamy Januszka. Nie moglam pojac dlaczego Pan Bog zabral tej mamie dziecko. Strasznie plakalam, nawet kilkanascie dni po tym zdarzeniu. Zastanawialam sie, czy moi rodzice tez tak bardzo rozpaczaliby, gdybym to ja umarla. Juz wtedy rozmyslalam bardzo duzo o smierci, dlaczego ona istnieje, i dlaczego tak musi byc, ze cialo z trumna jest zakopywane gleboko w ziemi. A co by sie stalo jakby ten czlowiek w tej trumie pod ziemia sie obudzil...Balam sie jednak z kimkolwiek o tym rozmawiac, bo rozum siedmioletniego dziecka mi podpowiadal, ze jesli sie o tym glosno nie mowi, to nigdy mnie ten problem nie dotknie. Jak bardzo sie wtedy mylilam...Gdybym wowczas z kims porozmawiala o smierci, zaoszczedzilabym w swoim zyciu nerwicy, depresji i lekow przed smiercia, ktore paradokisalnie przeszly w momecie kiedy stracilam rodzicow. Zawsze wydawalo mi sie, ze umieraja rodzice i najblizsi innych ludzi, ale pewnego dnia Pan Bog dotknal swoim palcem moja rodzine. Uczestniczylam w odejsciu mojej ukochanej Mamy, i mysle, ze ten moment nauczyl mnie pokory wobec zycia. Bylam bezsilna, nie moglam nic zrobic, aby zatrzymac Jej oddech na dluzej. Nie moglam tez zatrzymac mojego Taty, ktory zrozpaczony po odejsciu Mamy w niecaly rok odszedl rowniez...Dlugo nie moglam pogodzic sie z tym faktem, ale pomogly mi rozmowy z zaprzyjaznionym ksiedzem, ktorego metafizyczne podejscie do zycia pozwolilo uporzadkowac mi kilka kwestii, i odpowiedziec na kilka waznych pytan. Miedzy innymi na to, ze tak naprawde czlowiek nie boi sie samego momentu smierci, ale boi sie o swoich najblizszych, ktorzy pozostana, i ktorzy beda musieli sie pogodzic z odejsciem tej najblizszej osoby. Zycie ma swoja chronologie, i wszystko jest zaplanowane przez Stworce. My nie rozumiemy czasami tych planow, ale mozemy jedynie ufac, ze jest w tym jakis istotny cel. Spostrzezenia opieram na przezyciach z ostatniego roku, kiedy odeszly dwie ukochane dlugoletnie przyjaciolki, ukochany wujek, i dwoch dobrych kolegow oraz znajoma klientka. Mozna by powiedziec, ze smierc zebrala zniwa wsrod moich przyjaciol. I mimo, ze kazda smierc dotknela mnie mocno, to jednak latwiej mi bylo przebrnac przez okres zaloby niz wtedy, gdy odeszli Rodzice. Najdluzej odchodzila moje przyjaciolka Grazynka, z ktora rozmawialam prawie codziennie o tym, czy boi sie smierci. I to wlasnie ona tez potwierdzila, ze boi sie tylko zostawic, corke, meza i zwierzeta, ktore bardzo kochala.Ten strach powodowal, ze walczyla o kazdy dzien jak lwica. Jeszcze nigdy nie spotkalam kogos, kto otrzymal 48 chemicznych kuracji, i przezyl je bez skarzenia sie na bol. Odeszla, gdy corka powiedziala, ze jest juz gotowa na Jej smierc.
Wierze, ze wszystko ma swoj czas. Jest czas siewow i czas zbiorow. Jest czas przyjscia i czas odejscia. Zasypiamy, i kazdego dnia budzimy sie na nowo. Dlatego zyjmy tak, jakby kazdy dzien tu na ziemi byl specjalnym podarunkiem od samego Stworcy, a jesli w Niego wierzymy, to wiemy tez, ze Koniec...to tak naprawde jest Poczatkiem...

piątek, 3 lipca 2015

Niech zyje Biurokracja w Holandii !


Ludzie!! Musze sobie pobluzgac!! Moge? Kufa jego mac!!!
W Holandii istnieje zasada zalatwienia czegos: do 7 razy sztuka!!
2 lata przelecialo od przeprowadzki mojego sklepu, a te kurwy z izby rzemieslniczej tak zwanej KvK jeszcze nie zmienili mi adresu, poniewaz ciagle ponoc nie otrzymuja moich papierow!!! 3 razy wyslalam poczta polecona listy, Junior byl 2 razy tam osobiscie, i wreczal im dokumenty do lap, a w maju znowu im wyslalam poleconym. Dzisiaj dostalam list od nich z zapytaniem dlaczego (na starym adresie) nie istnieje moj biznes?? Doslownie peklam, zadzwonilam do radia, do gazet, opowiedzialam cala historie, pozniej zadzwonilam do glownej siedziby KvK i powiedzialam jak ta historia sie skonczy. Najpierw rozmawialam z jakims wakacyjnym mlodym narybkiem, a gdy ten mnie zaczal zbywac jakimis tanimi gadkami - ryklam na niego, zeby zamknal jape, i polaczyl mnie z kims kompetentniejszym, bo media juz powiadomilam, i za chwile bedzie draka na cala Holandie. Po minucie rozmawialam z jakas starsza pania, ktorej powiedzialam co mysle o takim traktowaniu ludzi, wylozylam kolejny raz, ze przez nich skurwieli nie moge uruchomic mojego PIN automatu, bo bank moze mi go tylko podlaczyc jak adresy rejestracji w KvK sie zgadzaja!!! a tu dupa!!! Mialam miec od 3 lipca PIN, przyjechal monter i nie mogl mi go podlaczyc, bo dane sie nie zgadzaly! Doslownei wychodze z siebie, i chyba sie jakas krew poleje. Pani starala sie mnie grzecznie uspokoic, poprosila, ze zadzwoni do mnie za 10 minut i obgada te sytuacje z kolegami. I rzeczywiscie zadzwonila, proszac mnie abym zeskanowala (po raz 7!!) odpowiednie papiery i wyslala im na maila, a oni zaraz sie zabiora za zmiane danych. No jestem ciekawa, czy darcie ryja cos pomoglo, jak nie, to ide na wojne!
I ja wygram!!

Brrrr...!

niedziela, 3 maja 2015

Konstytucja 3 maja - Narodowe Święto


Konstytucja 3 maja (właściwie Ustawa Rządowa z dnia 3 maja) – uchwalona 3 maja 1791 roku ustawa regulująca ustrój prawny Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Powszechnie przyjmuje się, że Konstytucja 3 maja była pierwszą w Europie i drugą na świecie (po konstytucji amerykańskiej z 1787 r.) nowoczesną, spisaną konstytucją.Konstytucja 3 maja została ustanowiona ustawą rządową przyjętą tego dnia przez sejm. Została zaprojektowana w celu zlikwidowania obecnych od dawna wad opartego na wolnej elekcji i demokracji szlacheckiej systemu politycznego Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Konstytucja zmieniła ustrój państwa na monarchię dziedziczną, ograniczyła znacząco demokrację szlachecką, odbierając prawo głosu i decyzji w sprawach państwa szlachcie nieposiadającej ziemi (gołocie), wprowadziła polityczne zrównanie mieszczan i szlachty oraz stawiała chłopów pod ochroną państwa, w ten sposób łagodząc najgorsze nadużycia pańszczyzny. Konstytucja formalnie zniosła praktycznie nieużywane od 27 lat (od wprowadzenia w 1764 roku skonfederowanej organizacji pracy sejmu) liberum veto. W tym samym czasie przetłumaczono Konstytucję na język litewski.

Przyjęcie monarchicznej Konstytucji 3 maja spowodowało opozycję republikanów oraz sprowokowało wrogość Imperium Rosyjskiego, które od 1768 roku było protektorem Rzeczypospolitej i gwarantem nienaruszalności jej ustroju. W wojnie w obronie konstytucji, Polska zdradzona przez swojego pruskiego sprzymierzeńca Fryderyka Wilhelma II została pokonana przez wojska rosyjskie Katarzyny Wielkiej, wspierające konfederacją targowicką – spisek polskich magnatów przeciwnych zmianie ustroju Rzeczypospolitej. Po utracie niepodległości w 1795 roku, przez 123 lata rozbiorów, przypominała o walce o niepodległość. Zdaniem dwóch współautorów, Ignacego Potockiego i Hugona Kołłątaja była „ostatnią wolą i testamentem gasnącej Ojczyzny”.

Konstytucja obowiązywała przez 14 miesięcy, w tym czasie Sejm Czteroletni uchwalił szereg ustaw szczegółowych, które były rozwinięciem jej postanowień. Sejm grodzieński (1793), aktem oblatowanym w Grodnie 23 listopada 1793 roku uznał Sejm Czteroletni za niebyły i uchylił wszystkie ustanowione na nim akty prawne.

Mimo rozbiorów, pamięć o drugiej w dziejach świata spisanej konstytucji narodowej (uznawanej przez politologów za bardzo postępowy jak na swoje czasy dokument) przez kolejne pokolenia pomagała podtrzymywać polskie dążenia do niepodległości i stworzenia sprawiedliwego społeczeństwa. W Polsce uznaje się ją za ukoronowanie wszystkiego, co dobre i oświecone w polskiej historii i kulturze. Od czasu odzyskania niepodległości w 1918 roku, Święto Konstytucji 3 maja było obchodzone jako najważniejsze święto państwowe.Dzień 3 maja 1791 roku został uznany Świętem Konstytucji 3 Maja. Obchody tego święta były zakazane podczas rozbiorów, a ponownie jego obchodzenie zostało wznowione w II Rzeczypospolitej w kwietniu 1919 roku. Święto Konstytucji 3 Maja zostało zdelegalizowane przez hitlerowców i sowietów podczas okupacji Polski w czasie II wojny światowej, a po antykomunistycznych demonstracjach w 1946 r. nie było obchodzone w Polsce, natomiast zastąpione obchodami Święta 1 Maja. W styczniu 1951 r. święto 3 maja zostało oficjalnie zdelegalizowane przez władze komunistyczne. W roku 1981 ponownie władze świętowały uchwalenie majowej konstytucji. Do roku 1989 w tym dniu często dochodziło w Polsce do protestów i demonstracji antyrządowych i antykomunistycznych. Po zmianie ustroju, od kwietnia 1990 r. Święto Konstytucji 3 Maja należy do uroczyście obchodzonych polskich świąt. W roku 2007 po raz pierwszy na Litwie obchodzono święto Konstytucji 3 maja.

Witaj, majowa jutrzenko,
świeć naszej polskiej krainie,
uczcimy ciebie piosenką
Która w całej Polsce słynie.
Witaj Maj, piękny Maj,
U Polaków błogi raj!
Nierząd braci naszych cisnął,
gnuśność w ręku króla spała,
a wtem Trzeci Maj zabłysnął
i nasza Polska powstała.
Witaj Maj, Trzeci Maj,
Wiwat wielki Kołłątaj!

Pozdrawiam wzystkich Rodaków i życzę wspaniałej, podwójnie świątecznej Niedzieli.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Kwitnace Magnolie


Dawno temu, gdy bylam jeszcze mala dziewczynka, w drodze do szkoly podstawowej (ulica Moniuszki - moze ktos bedzie z moich znajomych pamietal) mijalam o tej porze roku przepiekne drzewo, ktore bylo obsypane takimi cudnymi fioletowo-rozowymi kwiatami. Drzewo musialo byc bardzo stare, bo niektore galezie splywaly wrecz po ziemi, a jego ramiona zajmowaly ogromna przestrzen. Bylo tajemnicze i egzotyczne. Buszujac pomiedzy jego konarami, zawsze zastanawialam sie jak nazywa sie owo drzewo, ale nikt z moich kolegow i kolezanek nie mial zielonego pojecia, i nikt nie znal tego gatunku. Drzewo to znajdowalo sie w poblizu domu, wrecz na podworku mojego kuzynostwa, i pewnego razu przebywajac z moja Mama u jej siostry zapytalam, czy one nie znaja jego nazwy. Mama od razu udzielila mi odpowiedzi, i pierwszy raz uslyszalam wtedy te nazwe: Magnolia. Dowiedzialam sie rowniez, ze drzewo to rosnie w dalekiej Azji, i jest tam uwazane za symbol czystosci i szczerosci. Mama, podobnie jak i ja zawsze je podziwiala wczesna wiosna, gdy chodzila do pracy na porodowke mieszczaca sie wowczas niedaleko miejsca, gdzie roslo drzewo. Uwielbiala je podobnie jak i ja. Coz, minelo kilka lat, ja skonczylam podstawowke, zaczelam dojezdzac do liceum, a moje miasteczko zaczelo sie rozrastac. Dom, w ktorym mieszkala moja ciotka zostal przeznaczony do rozbiorki, a drzewo jako pierwsze zostalo sciete. Nigdy wiecej ta ulica nie miala takiego klimatu i wiosennej aury.Jej urok umarl z dniem, gdy zabraklo tego drzewa. Kiedy emigrowalysmy z Polski, czesto wspominalysmy z moja Mama i jej siostra przepiekna Magnolie. Mama zawsze chciala miec taka w swoim ogrodzie. Nie zdazyla sie nia nacieszyc, bo smierc przyszla nagle, i przed wczesnie. Marze, by posadzic Magnolie za grobem Mamy. Gdyby nie ta cholerna odleglosc, dawno bym juz to zrobila...szkoda, ze czlowiek nie potrafi byc w dwoch miejscach naraz...

Magnolia

Na liściu leży kwiat
drzemiący,
żółtawobiały jak słoniowa kość.
Słodki, że aż nudzi.
Przedmiot pachnący -
złośliwie tajemniczy świat -
dziwny gość
wśród nas, ludzi. -

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

czwartek, 9 kwietnia 2015

W piątą rocznicę tragedii katyńsko-smoleńskiej...


Dziś wigilia tej tragicznej śmierci wspaniałych 96 ludzi...pamiętamy!
Mój wiersz, który wtedy pod wpływem chwili napisałam, a następnie kilka dni później mój wiersz został przetłumaczony przez znanego holenderskiego poetę Klaas'a Seinhorst'a
Ciągle jetem przekonana, że za tą tragedią zamknęła się brama tajemnic i spekulacji. Czy poznamy kiedyś prawdę?!? Oby...mordercy muszą zostać ukarani!

Żałobny Tren dla mojej Ojczyzny

A za kim Ty moja Ojczyzno płaczesz?
- Za synami prawymi i za moje córy,
które duchy przeszłosci w lesie katyńskim
wiatrem historii zdmuchneły z góry.

Łzy matek - Polek, wylanych wspólnie
nie spadły marnie na skrwawiona ziemię.
Swiat się dowiedział w dzien ten kwietniowy,
O co walczyło nasze Polskie plemię.

Lecieli złożyć hołd pomordowanym,
Zbrodnia ta była kością niezgody,
Los jednak lubi zmieniać swoje plany
Smutną tragedią złaczył dwa narody.

Płacze dzisiaj Ojczyzna ma kochana,
Moje serce wraz z nią szlocha...
Ojczyzno moja! Bóg nad Tobą czuwa!
Doświadcza Cię srogo - lecz bardzo Cię kocha!

Aldona Kołacz - Deventer, 12.04.2010

I po holenersku...


Treurdicht voor mijn vaderland

Om wie huil je, mijn vaderland?
- Om mijn dochters en rechtschapen zonen,
Uit de hoogte neergeblazen met de wind van de geschiedenis
Door de geesten van het verleden die in het bos bij Katyń wonen.

De Poolse moeders vergoten tezamen
Talrijke tranen op de aarde waar bloed aan kleeft.
Op die aprildag werd de wereld gewaar
Wat onze Poolse stam heeft nagestreefd.

Hun vliegtuig was onderweg naar een eerbetoon aan de gevallenen,
Die slachtingen waren een bron van strijd,
Maar het lot mag zijn plannen graag veranderen
En verbond twee volken door een tragisch feit.

Vandaag huilt mijn dierbaar vaderland
Ook mijn hart is dit een diepe grief…
Mijn vaderland! God waakt over je!
Hij beproeft je zwaar – maar heeft je zeer lief!

Aldona Kołacz - Deventer, 12.04.2010
Vertaling: Klaas Seinhorst

sobota, 4 kwietnia 2015

Wielka Sobota A.D. 2015


Swieta uwazam za rozpoczete.
Cos mnie dzisiaj natchnelo, stad ten wiersz.

Moj Krzyz

Panie, zawislam dzisiaj na krzyzu,
po Twojej prawicy oto ja - grzesznica,
ktora w chwili smierci duchowej
nawrocila sie,blagajac i marzac
by przestapic obiecane progi Twego Raju,
otoczona miloscia, szczerym milosierdziem,
szukajac zbawienia od zywota grzesznego,
sprawiedliwym wyrokiem znosze meki Krzyza,
upadam i wstaje, lecz nie skarze sie Panie,
Bo za moje grzechy Ty cierpiales rany,
I nie zasluzyles na taka pogarde.
Twoja krew przelana do czary goryczy
pozostanie symbolem upadku czlowieka,
I choc wrociles z mrocznej otchlani
po stokroc silniejszy,i po stokroc zywy,
ludzkosc wciaz ma swoich niewiernych Tomaszow,
ktorzy chociaz widzieli, to nie uwierzyli...

Aldona Kolacz, Deventer 4.04.2015

czwartek, 2 kwietnia 2015

10 rocznica smierci Swietego Jana Pawla II


Ojcze Swiety - pamietamy!

"W rocznice smierci"

Gdy nad ziemia znów zapanowaly ciemnosci,
Zgroza i Strach zajrzaly w zrenice ludzkosci
Ty Zeslales Boze calemu swiatu Aniola,
by ocieral krople potu z naszego czola,
by lzy osuszal jednym swoim gestem,
by czynil dobro calym swoim papiestwem,
by zarazil nas swoja nieskonczona miloscia,
by dziell sie z nami przeogromna madroscia,
by sluzyl pokornie ludzkosci oraz Tobie
by na koniec zlozyc kosci swoje w grobie.
Dwa tysiace lat temu, umierajac na Krzyzu
Jezus podjal ten watek, by dowiesc ludzkosci,
ze smierc to nie koniec... lecz zycia poczatek...

Aldona Kolacz, Deventer 2/04/2010

czwartek, 26 lutego 2015

Z cyklu...czy wiecie, ze....


Cudowne właściwości cynamonu

Miód i jego cudowne właściwości są znane od wieków, a w połączeniu z cynamonem daje nie tylko wspaniałe walory smakowe. Przede wszystkim zbawiennie działa na nasz organizm.
Cynamon jest popularną przyprawą kuchenną, którą otrzymuje się głównie z wysuszonej kory cynamonowca. Występuje w dwóch postaciach: sproszkowany lub w małych, zwiniętych w rulonik kawałkach. Jest rdzawego koloru i dzięki zawartemu w nim olejkowi ma charakterystyczny słodkawo-korzenny, lekko piekący smak oraz silny aromat.
Kora cynamonu zawiera dużo chromu, ważnego dla czynnika tolerancji glukozy, który zapewnia prawidłowy metabolizm glukozy. Pierwiastek ten odgrywa także rolę w przemianach białek i lipidów (m.in. jest pomocny w odchudzaniu).
Ponadto przyprawa ma w sobie substancje, które pomagają regulować gospodarkę węglowodanową w organizmie. Sprzyja pozbywaniu się z organizmu nadmiaru tłuszczu. Aby osiągnąć pożądany efekt, trzeba dodawać do potraw pół łyżeczki tej przyprawy dziennie.
Zawiera dużo manganu, żelaza, błonnika i wapnia. Ma właściwości obniżające cholesterol (podobnie jak imbir). Wspomaga leczenie cukrzycy i silnie hamuje rozwój infekcji drożdżaków. Poprawia pamięć, hamuje rozwój bakterii. Jest niezastąpiony w walce z trądzikiem, skutecznie zwalczając wypryski skóry. Ostatnie badania zdają się wskazywać, że w dużym stopniu zapobiega chorobie Alzheimera.
Cynamonu nie powinny używać osoby z chorobami wrzodowymi przewodu pokarmowego i skłonnościami do krwotoków. Ograniczyć go w swojej diecie powinny kobiety ciężarne - jego nadmiar może bowiem doprowadzić do przedwczesnego porodu.

gabi/WP Kobieta

Caly artykul zamieszczony jest na sronie WP.pl


środa, 18 lutego 2015

Sroda Popielcowa


Z prochu...w proch...czyli zaczynamy Wielki Post, kory dla kazdego ma inne znaczenie. Dla jednych jest to czas wyciszenia, postanowien, realizowania swoich wytyczonych celow, majacych nas zblizyc do Boga. Jest to okres pokuty i blagania o oczyszczenie z grzechow, ktore maja nas przygotowac na uczestnictwo w Misterium Paschalnym Chrystusa. W ostatnich latach Post ma bardziej wymiar duchowy niz materialny (glodowka, lub odmawianie sobie pewnych pokarmow). Wiaze sie to chyba z tym, ze w dzisiejszych bardzo zaganianych czasach latwiej jest uspokoic sumienie drobna jalmuzna na jakis szczytny cel, niz kultywowac tradycje naszych przodkow, ktorzy kilka razy w tygodniu nie jedli miesa, odmawiali codziennie modliwe, szli w Srode Popielcowa do Kosciola ukajac sie przed Panem i posypac glowe popiolem. Proch ma nam przypominac, ze z prochu powstalismy, i w proch sie obrocimy. Jest to zarowno znak pokuty, jak i przypomnienie o tym, ze jestesmy smiertelni i przez cale zycie pracujemy na zbawienie i zycie wieczne. Kiedys gospodynie domowe w Srode popielcowa piekly specjalny placek zwany Popielnikiem, ktory byl twardy, bez smaku, i mial uswiadomic spozywajacym go osobom, ze nadchodzi czas postu. Byl tez Podkurek (lekki posilek z jajek, sledzia i mleka)spozywany o polnocy przy zgaszonym swiele, gdy zaczynala sie Sroda Popielcowa. W dzień Popielca karczmarze wywieszali na drzwiach tzw. przetak, z ktorego na gosci sypal sie popiol. Ludzie na wsi ukrywali wszystkie przedmioty m.in. instrumenty muzyczne, kolorowe swiatla, lustra, ktore moglyby naruszyc powazna atmosfere postu.
Od Srody popielcowej zmienialy sie nawet stroje - barwne i kolorowe kaftany i chusty zastepowala ponura, szarobura garderoba.
Wszyskim zycze, aby te 40 dni rozwarzan, medytacji, rekolekcji doprowadzily do spotkania ze Zmarwychwstalym Jezusem.


Z prochu w proch

Słowo - było na początku,
Boskie... dane z mocą nieba,
tchnienie Boga - świat w zalążku
- dzisiaj nam pamiętać trzeba...

że powstałeś tylko z prochu
i weń się przemienisz kiedyś
- lecz nie po to - byś w popłochu
tego świata znosił biedy.

Z prochu w proch...a wieczność czeka...
Bóg nam ciągle przypomina,
że z Nim raj jest dla człowieka,
choć tak często zapomina...

...

wtorek, 6 stycznia 2015

Objawienie Pańskie...czyli witajcie Trzej Krolowie!


Troche Historii tym razem...
Według chrześcijan Objawienie Pańskie ma swoją symbolikę: jest pokłonem zarówno części świata pogan, jak i ludzi z różnych warstw społecznych oraz narodowych w ogóle (stąd dużo późniejsze przedstawienie Mędrców (Magów), jako trzech osób, z których jedna jest czarna, druga młoda, a trzecia stara, przed Bogiem Wcielonym. Wśród takiej rodziny ludzkiej narodził się Chrystus ze swą zbawczą misją, a ona w swych przedstawicielach przybyła z różnych stron, aby złożyć mu hołd. Dlatego w tradycji chrześcijańskiej jeden z magów jest czarnoskóry (od XIV w.). Uniwersalność zbawienia, ponad wszelkimi podziałami, zaakcentowana jest poprzez samą nazwę święta i jego wysoką rangę w Kościele powszechnym.
Zwyczaj święcenia tego dnia złota i kadzidła wykształcił się na przełomie wieków XV i XVI wieku. Poświęcanym kadzidłem, którym była żywica z jałowca, okadzano domy i obejście, co miało znaczenie symbolicznego zabezpieczenia go przed chorobami i nieszczęściami. W tym samym celu poświęconym złotem dotykano całej szyi. Po uroczystym obiedzie podawano ciasto z migdałem. Ten, kto go odnalazł w swoim kawałku, zostawał "królem migdałowym". Znany był też zwyczaj chodzenia dzieci z gwiazdą, które pukając do domów, otrzymywały rogale, zwane "szczodrakami". Śpiewano przy tym kolędy o Trzech Królach. Przy kościołach stały stragany, sprzedawano kadzidło i kredę. Od XVIII wieku upowszechnił się także zwyczaj święcenia kredy, którą zwyczajowo w święto Trzech Króli na drzwiach wejściowych w wielu domach katolickich pisano litery: K+M+B oraz datę bieżącego roku. Zwyczaj ten, znany również w czasach obecnych, jest błędną interpretacją łacińskiej inskrypcji C†M†B Christus Mansionem Benedicat (Niech Chrystus błogosławi temu domowi), choć święty Augustyn tłumaczy je jako Christus Multorum Benefactor (Chrystus dobroczyńcą wielu). Legenda o "trzech królach" pojawiła się w średniowieczu, stąd przyjęło się błędne odczytywanie tych liter jako imion Mędrców. Dzień ten był również zakończeniem okresu Godów, który rozpoczyna się w pierwszym dniu Święta Bożego Narodzenia, a jednocześnie początkiem karnawału.

Tym razem wiersz ksiedza Jana Twardowskiego:

Trzy Królowe

- Jestem żoną króla Baltazara -
pani Baltazarowa mówiła. -
Stale miałam z mężem kłopoty.
Baltazarku - wołałam - śniadanie!
A on patrzył w niebo jak w order złoty.
Podałam mu mleko w dzbanuszku
hojną serdeczną ręką.
Przyniosłam pięć jajek na miękko.
Nie dotknął chleba, mleka;
od śniadania do gwiazdy uciekał.
Wyruszył w noc ciemną, głęboką,
pojechał za gwiazdą wysoką.
Czekam wciąż ze śniadaniem,
ze szczypiorkiem, marchewką,
rumianą chleba przylepką.

- Jestem żoną Kaspra -
królowa Kasprowa mówiła. -
Mój mąż był niepodobny do innych.
Kotem, psem się nie cieszył,
tylko za gwiazdą się spieszył.
Tak szybko, że zapomniał
gdzie sandał, która godzina.
Choć kasłał jak chora owieczka,
pojechał w letnich majteczkach.
Jedzie przez wielkie pustynie
- zapomniał szalika na szyję.
Zanim go uczczą pomnikiem,
czekam na niego z szalikiem.

- Jestem żona króla Melchiora -
królowa Melchiorowa mówiła -
mój mąż wciąż myślał o podróży.
Nie spał, oka nie zmrużył.
Miał łóżko z kołdrą, poduszką,
lecz nie mógł zasnąć w łóżku.
Patrzył w niebo, gwiazdy rachował.
Mężu, najdroższy panie,
czekam z lekarstwem na spanie.

Trzej Mędrcy w świat wyruszyli.
Anioł wieńczy każdemu głowę.
Ze śniadaniem, szalikiem, tabletką na spanie
do dziś jeszcze czekają królowie.

z tomu "Jak tęcza co sobą nie zajmuje miejsca", 1999

Wszystkim wiele szczescia w Nowym Roku i udanego karnawalu.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Świąteczny Ból zęba...



Hurrraa!!
Akcja "Bolacy zab Jowiego" zakonczyla sie pelnym sukcesem...dentysty, ktory, go dzisiaj usunal, po dwoch tygodniach zmagania sie z bolem, konsultacjach u dentysty dyzurnego, ktory chyba w akcie desperacji tuz przed Nowym Rokiem podjal sie leczenia kanalowego, zdzierajac tym samym kase w kwocie 200 euro, i to gotowka w okienku asystentki. Nowa forma i moda. Za usluge u dentysty placisz od reki, dopiero pozniej wysylasz fakture do ubezpieczalni, czekajac az laskawie ci zwroca koszta. Ale przejdzmy do rzeczy.
Dzien przed Wigilia Juniora rozbolal zab, dodam, ze to zab trzonowy - ten ostatni - na dole szczeki. Po zazyciu Apapu Extra, jakos udalo nam sie ogarnac ten bol, bo na wizyte do jakiegokolwiek dentysty nie moglismy liczyc. Szpital przyjmowal tylko nagle wypadki zagrazajace zyciu, reszta mogla narobic w gacie z bolu, trzeba bylo zrobic termin u dyzurujacego denysty, ale dopiero po swietach. Nas, a wlasciwie Juniora szczesliwie dyzurny wpisal na Poniedzialek przed Nowym Rokiem. I tak sie cieszylismy, bo zajasnialo swiatelko w tunelu,. ze przynajmniej w Nowy Rok Junior bedzie mogl jakos normalnie funkcjonowac, cos zjesc, wypic, a nie ciagle spac. Bol zaostrzal sie, wiec do tego Poniedzialku poszly dwie paczki Apapau Extra, paczka Paracetamolu i paczka Ibuprofenu. Kiedy przyszedl czas na wizyte jakos udalo mi sie dobudzic ciagle otumanionego tabletkami Juniora, i zawiezc go do gabinetu, gdzie jak juz wspomnialam ambitny pan stomatolog najpierw zrobil rentgena szczeny, nastepnie skonsultowal to ze swoimi kolegami, nastepnie zabral sie za leczenie kanalowe (cytuje to wszystko co jest napisane na fakturze) a wszystko to w ciagu 20 minut. Wspomne rowniez, ze po zastrzyku Juniorowi zrobilo sie troszke slabo, wiec chwilke musial odpoczywac jeszcze w fotelu. Po tej calej wizycie u dyzurnego stomatologa, pani recepcjonistka - asystentka wreczyla mi szczegolowo ujeta fakture, ktora musialam uiscic kontant. Nie bylo opcji pinowania, ale na szczescie przed wizyta u nich, na stronie jak wol wystawiona byla wiadomosc, ze trzeba placic gotowka, wiec w takowa zdazylismy sie uzbroic. Dobra, pal licho kase, liczyla sie juz tylko radosc, ze zab zostal potraktowany kanalowo, nerwy zostaly wyrwane, wiec juz nic nie ma prawa bolec. Jakimze wielkim zaskoczeniem byl fakt, ze gdy przestala dzialac narkoza, Juniora znowu zaczelo pobolewac. Najpierw zab, pozniej glowa, pozniej ucho, a pozniej wszystko na przemian. I zaczelo sie znowu: Apap extra, ibuprofen, paracetamol i rowniez na przemian.W miedzyczasie parzylam Juniorowi szalwie, i kazalam mu w tym plukac jame, z ktorej caly czas lecialy brzydkie slowa, a to na dentyste, a to na mnie (bo po co mu kaze plukac jame jak to nic nie pomaga), a to na caly swiat. Stwierdzil tez, ze juz do zadnego dentysty nie pojdzie, raczej wyrwie go sobie sam.I tak minal sobie Nowy Rok, minal Piateczek, minela Sobota, Junior otumanial sie naprzemiennie srodkami przeciwbolowymi, a mnie zalewala krew, bo nijak nie moglam mu pomoc. W koncu w Niedziele rano, czara mojej goryczy sie przelala, gdy Juniorowi nie pomagaly juz zadne tabletki. Zadzwonilam do kolejnego dyzurujacego gabinetu, ktory na szczescie tym razem okazal sie moim domowym dentysta. Przedstawilam cala sytuacje, i wyblagalam u pani dentystki natychmiastowa pomoc(dzwonilam o 11.00 rano) w postaci przyjecia nas o 17 wieczor w swoim gabinecie. Godziny do przyjecia i mi, i Juniorowi dluzyly sie jak miesiac bez wyplaty, ale w koncu dotrwalismy, i dostalismy sie do gabinetu. Po kolejnym zdjeciu rentgenowskim, pani stomatolog udala sie na konsultacje, i po 15 minutach studiowania wczesniejszych dokonan pana stomatologa, ktory dokonal kanalowego leczenia w ciagu 20 minut stwierdzila, ze w zebie jest zapalenie, ktore nalezalo najpierw wyleczyc antybiotykiem, a nastepnie pozniej podjac sie leczenia kanalowego. Niestety, mleko zostalo wylane, i jedynie co w tym momencie pani mogla zrobic, to przepisac antybiotyk i bardzo silny srodek przeciwbolowy, na ktorym Junior mial przetrwac do Poniedzialku, bo udalo jej sie wygospodarowac miejsce w tym dniu na dalsze leczenie zeba. Zabiegu mial dokonac nasz dentysta Geret. Serdecznie podziekowalismy za recepte, i udalismy sie do szpitala, gdzie jest zawsze dyzurna Apteka. Junior w aucie skrecal sie z bolu, Reksio siedzial cicho w torbie na kolanach Juniora (chyba wyczuwal jego cierpienie i nie dokazywal) a ja podkurwiona na maxa koncentrowalam sie na drodze do szpitala. Gdy juz w koncu mielismy lekarstwa w reku byla godzina 19.30. W szpitalnej kawiarni junior zazyl leki, a po 10 minutach zauwazylam ulge na jego umeczonej buzi. Zafundowalismy sobie lekki posilek w postaci zupki pomidorowej, bo jakos juz mi sie nie chcialo pod wieczor gotowac. Po przybyciu do domu z ulga wylozylam sie na sofie. I wszystko byloby okej, gdyby po 2 godzinach Junior ponownie nie zaczal jeczec z bolu. Najsilniejsza tabletka Ibufen 600 (tylko wydawana na recepte przy ogromnych bolach zebow) skonczyla swoja prace. Pani Stomatolog powiedziala, ze te tabletki mozna zazywac tylko maxymalnie 3 na dzien. Kolo dwunastej w nocy Junior zazyl kolejna, i jakos dotrwal do rana. Zaczal chyba tez pracowac antybiotyk.
O 9.00 rano obudzil mnie telefon pani asystentki, ktora oswiadczyla mi, ze pan doktore Geret dopatrzyl sie czegos w zebie, ale bedzie pewny dopiero jak Junior przyjdzie na umowiona wczoraj wizyte. Musze sie tez przygotowac na to, ze cala akcja reperacji zeba bedzie kosztowac jeszcze 300 euro, i Junior musi oplate uiscic w kasie zaraz po zabiegu. Fakture musze pozniej wyslac do ubezpieczyciela, ktory w pozniejszym czasie zwraca pieniadze. Bla bla bla...to juz wiedzialam od poprzedniej wizyty u tego innego dentysty. Junior dziwnym trafem juz nie zwijal sie z bolu, nawet z lekka cos podjadal, i czekal na umowiona wizyte na godzine 11.00. W pierwszym zamierzeniu, to ja mialam zawiezc Juniora autem do gabinetu, ale stwierdzil, ze czuje sie juz dobrze, i sam pojedzie do dentysty swoim rowerem. Zaopatrzylam go tylko w zadana gotowke i wyslalam z Bozym blogoslawienstwem, zeby tym razem mu juz w koncu pomogli. Kiedy wrocil do domu po poltorej godzinie, zauwazylam w jego oczach dziwny blysk, oraz malutki pakuneczek w reku, ktory mi dumnie wreczyl. Lekko zaciskniete usta zdawaly sie mowic wszystko...
W pakuneczku lezal zakrwawiony zab, ktory byl pekniety od gory az po korzen na pol, i jak stwierdzil pan dentysta Geret, leczenie go nie mialo najmniejszego sensu. Dziwil sie tylko, ze tego pekniecia nie widzial poprzedni dentysta, i niepotrzebnie stosowal leczenie kanalowe. Zeba mial od razu wyrwac, i tym samym zaoszczedzic Juniorowi dwutygodniowej gehenny oraz 300 euro. Dzisiejsza wizyta bowiem kosztowala juz tylko 125 euro. No zesz kurwa mac, jakie to szczescie! Trzech lekarzy od zebow robilo zdjecia rentgenowskie, konsultowalo sie z kolegami, dokonywalo karkolomnych zabiegow kanalowych, by na koniec i tak zeba wyrwac. Nie wiadomo komu gratulowac tego, ze Junior dzisiaj definitywnie pozbyl sie bolu. W koncu zaserwowanie sobie nowego zeba bedzie juz tylko zalezec od zasobnosci mojego portfela, bo te koszta ubezpieczyciel juz nie zwraca...

I Wy jeszcze w Polsce narzekacie na sluzbe zdrowia?

czwartek, 1 stycznia 2015

Święta...święta...i prawie po świętach!


Nowy Rok zaczął się wolno, leniwie, odpoczynkowo. Żadnych gości, żadnego wyjścia, żadnego wielkiego obżarstwa, po prostu siesta, która trwa od wczoraj wieczorem, i ma się skończyć jutro rano. Równo o 10.00, kiedy rozpocznę pracę. Później jeszcze jeden dzień pracy, i następna leniwa Niedziela. Od piątego stycznia zacznie się proza życia. Rachunki, administracja, faktury, opłaty, przelewy i tak dalej. Złote Gody wyglądają dzisiaj trochę inaczej jak wieki temu. Wówczas czas od świąt do Nowego Roku dłużył się jak dzisiaj od Świąt do wakacji. Ludzie jeżdzili saniami od domu do domu, tańczyli, hulali, zaręczali się, organizowali kuligi, lepili bałwany, po prostu bawili się na całego. Nam dzisiaj Bozia nawet śniegu żałuje. Jest niby chłodno, ale słotno, szaro i ponuro. Magia Świąt ma zapach plastikowych bombek made in china, sztuczne choinki ubierane są byle jak, opłatek za chwile przejdzie do lamusa, a gdy komuś mówię, że pod obrusem na wigilijnym stole mam sianko, to patrzą się na mnie jak na kogoś, kto ma nie wszystkich po kolei w domu. Tak między nami, to mam w głebokim poważaniu czyjeś poklepywanie się po głowie na takie opowieści. Ja szanuję tradycję, staram się ją kultywować nawet dodając coś od siebie. Mam nadzieję, że kiedyś mój syn będzie również z rozrzewnieniem wspominał ten najpiękniejszy w całym roku czas.

Nowy Rok

Nowego roku czas każe winszować,
Więc się zdobywam na powinszowanie;
Daj Panie Boże, w tym się tak zachować,
Iżby się nasze spełniło żądanie.
I spełni pewnie, kiedy w każdym kroku
O sobie będziem myśleć, nie o roku.
Bo cóż rok? Bożym czas zmierzony darem,
Miejsce i pora naszego działania:
Nie dni, lecz czynów dzielmy go wymiarem,
A czynów plennych prawego starania;
Wówczas, jak wieniec kłosami uwity,
Da plon szacowny, da plon znakomity.
Przeszły tysiączne, przejdą i następne.
Szala je wieczna, jak zmierzy, tak ziści:
Z nas plenne, z nas czcze, prawe, lub występne,
Skutek użycia, czucia i korzyści:
Odmiana, trwałość, nieczynność, ochota,
Da poznać w czem jest występek, lub cnota.
Lecz sprawcą, który rzeczy mierzy trwale,
Spuszcza wzrok względny na tych, co sprawieni:
Nie jest człowieka, co jest doskonale,
Sobą nikczemni, sprawcą orzeźwieni,
Czekajmy losu, Najwyższa istoto!
Karzesz z odrazą, nagradzasz z ochotą.

Ignacy Krasicki

niedziela, 21 grudnia 2014

Czwarta Niedziela Adwentowa


Od dwoch tygodni sypiam po 3-4 godzinny w nocy, bo chronicznie brakuje mi czasu. Porzadki w domu, ubieranie choinki, sklep, zamowienia, wysylanie paczek, pisanie kartek swiatecznych, dostawy karpia, cheba, ciasta, pierogow, garmazerki, spozywki, zakupy do domu, szukanie prezentow, przygotowanie potraw, pieczenie pierniczkow, niedziele handlowe, wyjazdy do hurtowni, dlugie godziny sprzedazy, pozne powroty do domu, wczesne wstawanie, gdy dzwonia dostawcy, ze juz sa przed sklepem... mozna od tego zwariowac. Czasami chodze jak zombi, ale to wszystko jeden raz do roku. Mozna by bylo tego uniknac, pojsc na latwizne, ale po co sie obdzierac z niesamowitych wrazen? Bo czas Adwentu to wlasnie ta swiateczna bieganina, szarpanie nerwow, niedospanie, niedojedzenie, by wreszcie jak zaswieci ta "pierwsza gwiazdka" usiasc do stolu, podzielic sie oplatkiem, pokoledowac, powspominac i cieszyc sie tym wszystkim, o co tak nerwowo zabiegalismy. Przy Swiatecznym stole odchodzi gdzies zmeczenie, stres, nerwowka i zmartwienia. Choinka cieszy oczy, pieknie wysprzatany dom pachnie czystoscia, pyszne jedzonko na swiatecznym stole daje poczucie spelnienia. Zrobilo sie cos dla nas samych, dla naszego domu. Swietujemy nie tylko przyjscie Dzieciatka Bozego, ale rowniez zmaganie sie z naszymi codziennymi problemami. Zyjemy w trudnych czasach, a Swieta pozwalaja nam zapomniec na kilka dni o trudnosciach dnia codziennego. Swieta nas na chwile zmieniaja, stajemy sie troszke lepsi, i to tylko od nas samych zalezy, czy zechcemy takimi pozostac caly kolejny rok. Kocham ten zwariowany przedswiateczny czas, bo wlasnie wtedy czuje sie, ze nie ma nudy, monotoni, a zycie nie uplywa bezsensownie. Szkoda, ze tylko jest tak tylko jeden raz w roku...


Szkoda

Kiedy choinka, leśna dama,
Włoży już swoje stroje,
A w kuchni ciasto piecze mama,
Aż pachnie na pokoje,
Wszystkich ogarnia podniecenie,
Nas i sąsiadów z bloku…
Szkoda, że Boże Narodzenie
Jest tylko raz do roku.

A pod choinką dobry święty,
Co ma brodzisko mleczne,
Podarki składa i prezenty
Dla dzieci, tych, co grzeczne.
Dzieci radują się szalenie
Wśród pisków i podskoków…
Szkoda, że Boże Narodzenie
Jest tylko raz do roku.

A kiedy w końcu mama prosi
Do stołu, bo nakryte,
To jakby anioł się unosił
Nad nami pod sufitem.
Za gardło chwyta nas wzruszenie
I łezkę mamy w oku…
Szkoda, że Boże Narodzenie
Jest tylko raz do roku.


Ludwik Jerzy Kern

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Z cyklu: Świąteczne opowiadania


Śnieżyca

Był kiedyś człowiek, który nie wierzył w Boga i nie obawiał się głośno wyrażać swego zdania na temat religii. Miał żonę, która mimo jego pogardliwych komentarzy usiłowała wychować dzieci w wierze chrześcijańskiej. W któreś śnieżne Święta Bożego Narodzenia kobieta zabrała dzieci do kościoła. Zachęcała i jego, lecz on powiedział: „Już wiele razy słyszałem, że Jezus urodził się w Betlejem!” I pozostał w domu.Tymczasem na dworze rozpętała się silna śnieżyca. Człowiek ten usłyszał silne grzmotnięcie, coś uderzyło w okno jego domu. I znowu wyjrzał, lecz nic nie było widać ani na metr. Gdy trochę zelżało wyszedł zobaczyć, co mogło spowodować te uderzenia. Niedaleko domu, na polu zobaczył stadko dzikich gęsi. Widocznie były w drodze na południe, gdy zostały złapane przez śnieżycę. Zgubiły się i osiadły na jego farmie bez jedzenia i ochrony.
Machały skrzydłami i krążyły nisko wokół jego pola, na oślep i bez celu. Zdaje się, że kilka z nich uderzyło w jego okno. Zrobiło mu się ich żal i pomyślał, że stodoła byłaby teraz świetnym miejscem dla gęsi. Jest ciepła i bezpieczna, mogłyby przeczekać tam noc. Wyszedł więc i otworzył drzwi stodoły na oścież, lecz gęsi nadal trzepotały skrzydlami i lataly bez celu, zdawały się nie widzieć stodoły, ani tego, co dla nich znaczy. Wtedy usiłował zwrócić ich uwagę na siebie, lecz wystraszyły się i odleciały dalej. Poszedł więc do domu, przyniósł trochę chleba i okruchami wyznaczył drogę prowadzącą do stodoły. Gęsi nic. Człowiek denerwował się coraz bardziej, ominął je chcąc wypłoszyć je prosto do stodoły, lecz wtedy gęsi przeraziły się i rozbiegły na wszystkie strony. Nic nie było w stanie skierować ich do bezpiecznej stodoły. „Czy one nie rozumieją, że chcę im pomóc?” – pytał siebie. Pomyślał chwilę i zdał sobie sprawę z tego, że dzikie gęsi nie pójdą za człowiekiem. „Gdybym był gęsią, to mógłbym je uratować!” – pomyślał. Wtedy wpadł na pomysł. Wszedł do stodoły i wziąwszy na ramiona jedną ze swoich gęsi obszedł stado dzikich gęsi. Wówczas ją puścił. Gęś przeleciała prosto przez stado prosto do stodoły – wtedy i dzikie gęsi, jedna po drugiej podążyły za nią do bezpiecznego miejsca. Człowiek stał chwilę cicho, gdy nagle jego wcześniejsza myśl odezwała się ponownie: „Gdybym był gęsią, mógłbym je uratować!”. Wtedy przypomniał sobie swoje słowa do żony: „Dlaczego Bóg miałby chcieć być taki jak my? To śmieszne!” Nagle wszystko nabrało sensu: to właśnie uczynił Bóg! Byliśmy jak te dzikie gęsi, zgubieni i ginący. Bóg dał Swego Syna, który stał się takim jak my, by pokazać nam drogę i nas uratować! Taki więc był sens narodzin Chrystusa! W miarę, jak śnieżyca wyciszała się, jego dusza uspokajała się, i rozmyślała nad tą cudowną myślą. Zrozumiał dlaczego Chrystus przyszedł jako człowiek. Lata wątpliwości i niewiary zniknęły jak przechodząca burza. Padł na kolana i modlił się swą pierwszą modlitwą: „Dzięki Ci, Boże, że przyszedłeś w ludzkiej postaci i wyciągnąłeś mnie z mroku i burzy życia.”

Znalezione w sieci.

środa, 19 listopada 2014

Czy to bajka czy nie bajka, a ja jedno powiem Wam...

Kiedys, kiedy bylam jeszcze mala zawsze marzylo mi sie byc "dorosla", zeby szybciej wyjsc za maz za jakiegos Ksiecia na bialym koniu, ktory mial mnie znalezc, pokochac i zabrac do swojego krolestwa za siedmioma morzami, za siedmioma rzekami, i za siedmioma lasami. Po troszku sie to spelnilo, bo jak wiadomo Holandia jest Krolestwem...ale to juz inna bajka... a ja chce opowiedziec o moich bajkach, a wlasciwie basniach filmowych i nie tylko, ktore namietnie czytywalam i ogladalam. Taka jedna ukochana i ogladana sto tysiecy razy (szczegolnie w Boze Narodzenie) basnia jest film pod tytulem: "Trzy orzeszki dla Kopciuszka" - produkcji czecho-slowacko-niemieckiej. O tym filmie moglabym napisac kilku tomowe elaboraty , bo jest to najpiekniejsza basn EVER and never juz takiej nikt nie nakreci.
Przepiekna muzyka Karela Svobody, niesamowitego i nieodzalowanego kompozytora nadaje calemu filmowi niepowtarzalny charakter. Niemieckie stacje telewizyjne puszcaja te basn w Boze Narodzenie kilkakrotnie w ciagu tych swiatecznych dni. Okazuje sie, ze Czesi rowniez maja slabosc do ogladania tej bajki w Swieta. W ogole w niemieckich i czeskich stacjach telewizyjnych bardzo duzo emituje sie sfilmowanych basni, bo jak by nie bylo, oni w tym sie specjalizuja i sa the best. Kiedys takie bajki - basnie krecili rowniez Rosjanie, i przykladem moze byc tutaj "Dziadek Mroz" czy "Krolowa Sniegu", ale chyba odpuscili sobie, albo polska telewizja nie ma interesu zakupywania takich filmow, a szkoda, bo ja jestem namietna fanka takich filmow. Polacy pokochali "Kevina samego w domu", i bez tego filmu swieta dla nich nie istnieja. Co kraj to obyczaj... Od dluzszego czasu poszukiwalam przepiekna basn filmowa, ktora nakrecili pod koniec lat szescdziesiatych Rumuni. Ogladalam ja jako dziecko w kinie, a tytul pozostal mi na zawsze w glowie - "Kraina wiecznej mlodosci". Perelka, ktora uplasowalam na miejscu drugim w TOP3 moich ukochanych bajek. Dzisiaj aura na dworze sprawila, ze myslami powrocilam do dzieciecych lat, i przypomnialy mi sie czasy, kiedy mama krzyczala na mnie, bo ja do porannych godzin czytywalam ksiazki pod koldra, z latarka w reku. Przypomniala mi sie "Kraina wiecznej mlodosci", i google ruszyly cala para. Niestety, Polacy chociaz kiedys posiadali takie filmy z polskim dubbingiem, to jednak nie umieszczaja ich na swoich komputerach, i praktycznie nie mozna niczego znalezc. Natomiast udalo mi sie film dorwac na rumunskich stronach, i jupi! po tylu latach obejrzalam moja druga ukochana basn. Niewazne, ze w oryginalnym, rumunskim jezyku, niewazne, ze bardzo stare, ale powrocily wspomnienia i beztroskie czasy. Idac za ciosem wygooglowalam rowniez moja trzecia ukochana basn filmowa - "Krolewna w oslej skorce". Ha! uczta dla moich biednych, zmeczonych starczych oczu, ale radosc w sercu jak u dawnej kilkunastoletniej dziewczynki, ktora zyla marzeniami i swoimi ukochanymi ksiazkami.
Hmmmmm...jak mawiaja nasi poludniowi sasiedzi - to se uz nie vrati! - a szkoda, bo swiat wygladal wowczas calkiem piekniej.

wtorek, 11 listopada 2014

Jeszcze Polska nie zginela, poki my zyjemy...



Jestem bardzo ciekawa jak dzisiaj "prawdziwi" Polacy uczcza te dzisiejsze swieto narodowe, bo my na emigracji mamy wywieszone flagi, przy okazji zajadamy sie rogalami marcinowskimi, i nie zamierzamy kostkami brukowymi nikogo napierdaczac. Moze dlatego, ze setki kilometrow dziela nas od Ojczyzny, i codziennie za nia tesknimy?
Szanuje sie to, czego nam brakuje; dlatego kazdy Polak powinnien chociaz raz w zyciu wyjechac z kraju na dluzszy czas, zeby pozniej po powrocie docenic to, co mamy na codzien!
Wszystkiego dobrego dla wszystkich Polakow, ktorzy kochaja swoja Ojczyzne.


11 listopada


Kiedy nocą śpi scena, śnią maszyny huczne
I umilkły pioruny, burze, deszcze sztuczne,
Kiedy teatr bez widzów, jak kościół bez wiernych,
Jest tylko świętym domem tajemnic niezmiernych
Ci, co słońcem zrobili blask ramp migotliwy
I świat stworzyli bardziej niż życie prawdziwy,
Których wiecznie trwać będą miłość i cierpienie,
Schodzą się jako duchy i stają na scenie.
Was wzywam! Nasze bowiem słowa są ułomne
I nie dosyć są wielkie, i za mało skromne,
Nie dość żeśmy cierpieli, za mało walczyli,
Byśmy mogli cośkolwiek powiedzieć w tej chwili.
Ale ty, któryś poszedł za granicę świata
Wezwać pomsty na przemoc, co naród przygniata,
I słowa znalazł takie, żeś temi samemi
Od nas mówił do nieba, od nieba do ziemi,
I ty coś nie znał ziemskich pożądań marności,
Tylko cuda początku i słońce przyszłości,
Coś nad w grobie leżącą stał jak anioł złoty
I krew i łzy jej wszystkie przemieniał w klejnoty -
Wy mówcie! Ty, o którym nie wierzymy sami,
Jak to? On żył naprawdę i był między nami,
Ty, który w czas bez wiary i na wszystko głuchy
Przyszedłeś dać świadectwo, że są jeszcze duchy,
Patrz! Mroki się rozpierzchły i w otchłani giną,
Jakaś ręka spuszczoną targnęła kurtyną,
Konrada jakaś postać prowadzi bezglosa.
Kto to? Może robotnik albo dziewka bosa.
We wszystkich domach światła rozbłysły wśród nocy.
Uradujcie się w grobach, wolności prorocy!
Gdzie kat zaciskał stryczek wkoło dumnej głowy,
gdzie stała szubienica, jest krzyż Chrystusowy!
Płyniesz teraz przeszłości niewstrzymana falo!
Oto się nad Krakowem złote blaski palą,
Król Zygmunt milcząc patrzy, jak Wisła się wije,
I wtedy dzwon uderzył! Ten sam, co dziś bije!
Bij! I porwij nas w swoje chyboty ogromne,
Wołaj: "Bądźcie jak tamci, to was nie zapomnę,
A. wtedy ci, co przyjdą, gdy się wiek wasz prześni,
O was także pomyślą, słuchając mej pieśni,
A Ty, który jedyny możesz stać w tym dźwięku
I w Tobie jednym serce nie zadrży od lęku,
Bo kiedyś Ty go słuchał - to nienadaremno
I sam jeden powstałeś w niewoli noc ciemną,
Budź ospałych: niech głosem Twoim mówi cały
Tysiąc lat krwi i potu, i tej ziemi chwały,
I marzenia poetów, mogiły żołnierzy!".
Niech więc głowę pochyli, kto w cuda nie wierzy,
Ten, który umiał cierpieć, a radość go trwoży,
Kto nie stargał na szyi niewoli obroży,
I kto chce przyszłość wstrzymać, i kto przeszłość plami,
Niechaj wyjdą tą nocą. Bo dziś pod gwiazdami
Jakieś cienie po polach, po mieście się snują
I wśród płaczu padają. I ziemię całują.

Jan Lechoń

niedziela, 10 sierpnia 2014

Quo Vadis Polsko?


Sorry, ale musze to z siebie wyrzucic. Polacy to jeden z najwredniejszych i najobludniejszych nacji. Gdyby nienawisc mozna bylo sprzedawac na kilogramy, bylibysmy nabogatszym narodem na swiecie.

Jak mozna zerowac i opluwac kogos, kto juz od dawna nie zyje? W chwili smierci za Jana Pawla II modlil sie prawie caly swiat, w Polsce miasta wygladaly jak plonace pochodnie, ulice byly uslane kwiatami, prawie kazdy Polak plakal, wrogowie laczyli sie w bolu, i nagle 10 lat pozniej tyle jadu, tyle nienawisci wylewa sie na czlowieka, ktory mimo ciezkiej choroby robil to, w co gleboko wierzyl?!
Nie mowie, ze Kosciol byl i jest bez winy, ale qrwa mac, co to za moda zeby osoby publiczne tak po chamsku jechaly po Kosciele i jego wiernych? Pan Jakubik (bardzo go lubilam, ale stracilam do niego od wczoraj caly moj szacunek) zapomnial chyba, ze jeszcze wiecej zdegenerowania, pedofilii, i roznorakich zboczen jest w jego srodowisku artystyczno-celebrycko-muzycznym. I to nie tylko polskim! Widocznie jednak, jechanie po autorytetach i wartosciach, ktore cechuja ludzi wierzacych w Boga, jest teraz bardzo na topie. Pan Jakubik ma zagwaratowany rozglos w mediach na caly przyszly tydzien, od Gazety Wyborczej zaczynajac a na pudelkach i innych szmatlawcach konczac. No i na koniec ta "wspaniala" dyskusja i komentarze wybitnych srodowisk lewacko-prostackich, ktore nie zostawia przyslowiowej "suchej nitki" na oponentach, ktorzy z wypowiedzia Pana Jakubika sie nie zgadzaja. Pomniki Papiezowi stawialismy jeszcze za zycia, chociaz On wyraznie prosil, by tego nie robic. Nigdy nie byl obojetny na to, co inni nazywaja "zamiataniem pod dywan". Wystarczy poczytac jego Encykliki, a pozniej wyrazac opinie. Wstyd Polsko, wstyd. Mam cicha nadzieje, ze jednego dnia bedziecie zalowac tych krzywdzacych - swietego Jana Pawla II - slow.

href="http://www.pudelek.pl/artykul/69843/jakubik_o_janie_pawle_ii_zamiatal_pedofilie_pod_dywan/59/#comment_53e6cc1cf89a3f97778b4591">

piątek, 1 sierpnia 2014

70 lat Powstania Warszawskiego - Pamietamy!


W tym waznym dla naszej historii dniu, wpadly mi do reki wiersze wybitnych polskich poetow, a zarazm powstancow, ktorzy oddali swoje zycie w tym powstaniu. Gdyby zyli polska poezja bylaby jeszcze bardziej bogata, a ich autorzy moze wlasnymi slowami opowiadaliby nam o "tamtych czasach". Czesc ich pamieci...[*]...

Dziś idę walczyć - Mamo!

Dziś idę walczyć - Mamo!
Może nie wrócę więcej,
Może mi przyjdzie polec tak samo
Jak, tyle, tyle tysięcy

Poległo polskich żołnierzy
Za Wolność naszą i sprawę,
Ja w Polskę, Mamo, tak strasznie wierzę
I w świętość naszej sprawy

Dziś idę walczyć - Mamo kochana,
Nie płacz, nie trzeba, ciesz się, jak ja,
Serce mam w piersi rozkołatane,
Serce mi dziś tak cudnie gra.

To jest tak strasznie dobrze mieć Stena w ręku
I śmiać się śmierci prosto w twarz,
A potem zmierzyć - i prać - bez lęku
Za kraj! Za honor nasz!

Józef Szczepański "Ziutek" (1922-1944)


Elegia o ... [chłopcu polskim]

Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,
haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią,
malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg,
wyszywali wisielcami drzew płynące morze.

Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć,
gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.
Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,
przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.

I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,
i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut - zło.
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.
Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?

K.K. Baczyński 20 III 1944 r.

niedziela, 8 czerwca 2014

Niech zstąpi Duch Twój...


A czy Wy rowniez pamietacie te czasy, gdy w Zielone Świątki stroilo sie drzwi galazkami brzozy lub lipy? Moja mama zawsze tak robila, a pozniej my, gdy dorastalismy. Ach...znow sie rozpamietuje, ale to byl taki piekny zwyczaj, podobnie jak i strojenie okien w Boze Cialo. Te piekne Oltarze, ozdabiane zywmi drzewkami, tysiace kwiatow sypanie przez dziewczynki w bialych komunijnych sukienkach przed Monstrancja w trakcie procesji, wspolna modlitwa, zapach kadzidel, setki ludzi na rynku, a pozniej rodzinny swiateczny obiad i dlugie spacery nad Nysa. To se uz ne vrati, ale pozostanie na zawsze w pamieci. A z tymi wspomnieniami pozostana Ci...ktorych juz nie ma...

Milej Niedzieli i pieknych Zielonych Świątek dla wszystkich moich przyjaciol i znajomych.

Zielone Świątki

Przyniesiemy tataraku z jeziora,
żeby dom ustroić na Zielone Świątki w porę.
Postawimy białe brzózki
obok bramy koło dróżki
i u drzwi do dwora.
(...)
A jak zejdzie wczesnym rankiem Duch Święty,
znajdzie wszystko ogarnięte, sprzątnięte,
znajdzie wszędzie – umajone,
będzie bardzo ucieszony
Duch Święty.

Kazimiera Iłłakowiczówna

niedziela, 18 maja 2014

70 lat minelo... od Bitwy o Monte Cassino


"Czerwone maki na Monte Cassino"

Czy widzisz te gruzy na szczycie?
Tam wróg twój się kryje, jak szczur!
Musicie! Musicie! Musicie!
Za kark wziąć i strącić go z chmur!

I poszli szaleni, zażarci,
I poszli zabijać i mścić!
I poszli jak zawsze uparci!
Jak zawsze za honor się bić.

Czerwone maki na Monte Cassino,
Zamiast rosy piły polską krew…
Po tych makach szedł żołnierz i ginął,
Lecz silniejszy od śmierci był gniew!

Przejdą lata i wieki przeminą,
Pozostaną ślady dawnych dni!…
I wszystkie maki na Monte Cassino
Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosną krwi!

Runęli przez ogień straceńcy!
Niejeden z nich dostał i padł…
Jak ci, z Samosierry szaleńcy!
Jak ci, spod Rokitny, sprzed lat!

Runęli impetem szalonym
I doszli!… I udał się szturm!
I sztandar swój biało-czerwony
Zatknęli na gruzach, wśród chmur!

Czy widzisz ten rząd białych krzyży?
To Polak z honorem brał ślub!…
Idź naprzód!… Im dalej… Im wyżej…
Tym więcej ich znajdziesz u stóp!

Ta ziemia do Polski należy,
Choć Polska daleko jest stąd,
Bo wolność… krzyżami się mierzy!
Historia ten jeden ma błąd!

Pieśń Czerwone maki na Monte Cassino powstała w nocy z 17 na 18 maja 1944 roku, na kilka godzin przed zdobyciem klasztoru w siedzibie Teatru Żołnierza Polskiego przy 2 Korpusie Sił Zbrojnych w Campobasso, gdzie artyści występowali dla 23 Kompanii Transportowej. Autorem słów był Feliks Konarski (znany pod pseudonimem artystycznym Ref-Ren), żołnierz 2 Korpusu, przed wojną śpiewak operetkowy i kompozytor piosenek.
W czasach PRL-u pieśń oficjalnie nie istniała, w najgorszych latach stalinowskich jej śpiewanie było zakazane. Jednak Polacy doceniali jej wartość- ilekroć usłyszeli jej melodię, stawali na baczność, a mężczyźni zdejmowali czapki. Oddawali w ten sposób hołd bohaterom, o których władze zabraniały mówić. Męstwo żołnierzy miało być zapomniane, a ich wodza- gen. Andersa ośmielano się nazywać zdrajcą.
Przyszły inne czasy. Polacy odwiedzają odbudowany klasztor na Monte Cassino, przychodzą na polski cmentarz. Spoczywa na nim 1072 poległych żołnierzy Rzeczypospolitej wszystkich jej wyznań: katolików, grekokatolików, prawosławnych, protestantów, żydów i mahometan – w większości wyprowadzonych przez gen. Andersa z „nieludzkiej ziemi”, z sowieckich łagrów. Uwage przykuwa napis- prośba przy cmentarnej bramie: „Przechodniu, powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie.” Jest to wlasciwie przetransformowany epigram Symonidesa z Keos na grobie Leonidasa: "Przechodniu, powiedz Sparcie, tu leżym jej syny, wierni jej prawom do ostatniej godziny." Piekna metafora porownania polskich Zolnierzy do meznych Spartan.
Niejeden raz w historii mogliśmy się przekonać, że „wolność krzyżami się mierzy” , bo wolność ma swoją cenę, bo tylko wolność tak zdobyta i odmierzona jest prawdziwą wolnością.
Dzisiaj wlasnie minelo 70 lat od tamtej strasznej choc zwycieskiej bitwy. Maki na Monte Cassino nadal są czerwone – bo przeciez z polskiej wzrosły krwi.

poniedziałek, 5 maja 2014

Podroze ksztalca...a czasami wzruszaja...


Jadac dzisiaj autobusem do sklepu, przysluchiwalam sie konwersacji dwoch par starszych ludzi, zapewnie malzenstw, ktorzy siedzac na przeciw siebie, na miejscach przeznaczonych dla inwalidow komenowali dzisiejsze swieto, a mianowicie wyzwolenie Holandii.Jedna ze sarszych Pan zaczela rozmowe od tego, ze prawie w kazdym holenderskim domu wywieszone sa flagi, i ze ta Pani pamieta jak to bylo, gdy Kanadyjczycy, Amerykanie i Polacy wkroczyli do naszego miasta, i jak ludzie wiwatowali na ich czesc, jak radosnie reagowali na koniec wojny, glodu, biedy, nieprzespanych nocy, bombardowan, naglych lapanek na ulicach, rozstrzeliwan, rozstan z bliskimi. Panowie wspominali jak ukrywali sie w bunkrach czyszczac bron przed partzanckimi atakami na "Moffen" - slowo to do dzisiaj jest obrazliwym okresleniem Niemca, podobnie jak i u nas okreslalo sie "Szwaba" czy "Hitlerowca". W slowie tym zawarta jest cala nienawisc czlowieka, ktory na wlasnej skorze doswiadczyl upokorzen, od drugiego czlowieka. Druga Pani zaczela opowiesc jak to w ostatnich miesiacach wojny ludzie byli wycienczeni glodem, jak ona - 16-letnia dziewczyna - zostala sama z pieciorgiem rodzenstwa, kore ukrywala gdzies w lesie po tym, jak Niemcy rozstrzelali jej rodzicow na ich oczach. Starsza Pani wspominala jak dostala od jakichs ludzi dwa nadgnite ziemniaki, i jak je podzielila miedzy swoje rodzenswo, ktore zajadalo sie tak, jakby to byl krolewski obiad. Opowiadajac to, Staruszce lecialy lzy z oczu, podobnie jak jej Towarzyszom i mnie. Minelo tyle lat od wojny, a w nich tkwily nadal te emocje, ktore rozdzieraly ich serca. Probowalam wyobrazic sobie tych ludzi, jacy byli wowczas piekni i mlodzi, jak mogli cieszyc sie miloscia, pieknem zycia, zamiast tego, haniebnie zniszczono ich dziecinstwo, mlodosc, odarto z godnosci.
Dopiero dzisiaj sluchajac tej historii, zdalam sobie tak naprawde sprawe, ze wojna toczyla sie nie tylko w Polsce (co jest oczywistym faktem)i ze nie tylko Polacy i Zydzi byli najwiekszymi jej ofiarami. Okrucienstwo wojny dotknelo calej ludzkosci, a jej konsekwencje odczuwamy do dzis. Opowiadania mojej prababci i babci (ze strony mojego taty) o czasach wojennych niczym sie nie roznily od tej zaslyszanej dzisiaj. Sluchajac tych wszystkich opowiadan jako mala dziewczynka, plakalam nad losem tych wszystkich nieznanych mi ludzi, ktorzy gineli niewinnie w obozach koncentracyjnych, na frontach, na ulicach. Po wycieczce szkolnej do Oswiecimia wrocilam chora, jako dojrzala juz kobieta szybciej sie wzruszam, ale odczuwaj bol glebiej. Dzisiaj, w dobie gdy dziennie wyrzuca sie tony dobrego jedzenia do smietnika, historia zepsutych ziemniakow zjedzonych na surowo z najwiekszym apetytem, zapewnie rozsmieszylaby mlodziez, ale Ci ludzie to pamietali tak, jakby wydarzylo sie to wczoraj. Strach pomyslec, co to bedzie, gdy odejda ostatni swiadkowie tamtych dni, co beda pamietac pokolenia, ktore wisza tylko przed komputerem i strzelaja namietnie do wyimagowanych stworow? Kiedy wysiadalam z autobusu, pozegnalam sie glosno z tymi ludzmi, zyczac im pieknego dnia Wyzwolenia Holandii. W drodze do sklepu caly czas rozmyslalam nad ta zaslyszana historia i zastanawialam sie co My, Polacy, potrafimy zrobic z Nasza odzyskana wolnoscia? Jaki My mamy szacunek do ludzi, ktorzy kiedys bronili naszej Ojczyzny? Czy potrafimy cieszyc sie z tej wolnosci, ktora w naszej dlugiej historii, wielokrotnie nam brutalnie odbierano? Co przekazujemy naszym dzieciom dzisiaj, jaki przyklad im dajemy? Dlaczego slowo "Patriota" stalo sie staromodne i obciachowe? Nie bojmy sie swojej tozsamosci, flagi i Ojczyzny, nie bojmy sie byc dobrymi Polakami, ktorzy szanuja historie i wyciagaja z niej lekcje pokory. Szanujmy tych starych ludzi, bo gdy ich zabraknie, nikt juz nie uslyszy tych smutnych, a zarazem pieknych opowiadan z czasow, ktorych nikt nie chcialby przezyc.
Polecam tez wszystkim do poczytania przepiekna ksiazke Romy Ligockiej "Dziewczynka w czerwonym plaszczyku", ktora wlasnie koncze, i ktora tematycznie powiazana jest z moja dzisiesza historia z autobusu. Historia, ktora poruszy niejedno serce.

Czasem musisz bardzo mocno zapakować swój ból i obwiązać go sznurkiem, jak paczkę. Po prostu po to, by móc dalej żyć. A więc zakładam gruby opatrunek na moje cierpienie jak na złamana rękę.(...) Później, gdy minie trochę czasu, będę może mogła tego dotknąć tak, żeby nie sprawiało bólu. - Roma Ligocka "Roza. Obrazy i slowa"

niedziela, 27 kwietnia 2014

Santo Subito - Witaj Ojcze Swiety!


Dziekue Panu Bogu za ten cudowny Pontyfikat Jana Pawla II i za dzisiejsza kanonizacje. Jestem wdzieczna za to, ze przyszlo mi zyc w czasach, kiedy na ziemie zszedl prawdziwy Apostol Jezusa Chrystusa, jego czcigodny nastepca. Dzisiaj jestem po raz kolejny dumna z tego, ze urodzilam sie Polka.


Samotny Pasterz

Przez zycie, po bardzo wyboistej drodze
szedl samotny Pasterz w dlugiej, bialej todze
Szukal po swiecie swych zblakanych owiec,
by od pokus i grzechow smiertelnych ich odwiedz.
Nie szukal poklasku, slawy czy pieniedzy,
Sercem byl przy glodnych i zyjacych w nedzy.
Chorego przytulil, bosemu buty oddal swoje
bogactwo zamienil na przytulkow podwoje.
W biedzie narodzony, w biedzie wychowany
Wiedzial jak bolesne sa Chrystusa rany.
Matke Zbawiciela wyniosl przed oltarze,
Pas swojego ocalenia ofiarujac Jej w darze.
A gdy w cierpieniu konczyl sie zywota znoj
Swiat uslyszal slowa:
Totus Tuus Maryjo, caly jestem Twoj.


Deventer, 27-04-2014 r. Aldona Kolacz


niedziela, 13 kwietnia 2014

Niedziela Palmowa A.D. 2014


"Wielkanocny pacierz"

..."Nie umiem być srebrnym aniołem –
ni gorejącym krzakiem –
tyle Zmartwychwstań już przeszło –
a serce mam byle jakie…

Tyle procesji z dzwonami –
tyle już Alleluja –
a moja świętość dziurawa
na ćwiartce włoska się buja.

Wiatr gra mi na kościach mych psalmy
jak na koślawej fujarce -
żeby choć papież spojrzał
na mnie - przez białe swe palce.

Żeby choć Matka Boska
przez chmur zabite wciąż deski –
uśmiech mi Swój zesłała
jak ptaszka we mgle niebieskiej…

I wiem, gdy łzę swoją trzymam
jak złoty kamyk z procy –
zrozumie mnie mały Baranek
z najcichszej Wielkiej Nocy.

Pyszczek położy na ręku
sumienia wywróci podszewkę –
serca mojego ocali
czerwoną chorągiewkę...

ksiądz Jan Twardowski

piątek, 11 kwietnia 2014

Z cyklu: blondynka przy pralce!


Ja to niekiedy zachowuje sie jak typowa blondynka w bialych kozaczkach! 5 lat temu kupilam sobie pralke nanowszej generacji. I tak przez 5 lat pralam sobie te pranie, a jak juz sie wysuszylo to narzekalam na prasowanie i takie tam. Dzisiaj robiac porzadki, czyscilam wilgotna szmatka cala pralke, a ze stara doopa juz jestem, wiec sobie zalozylam okulary aby lepiej widziec kurz i brud. I tak przecierajac szmatka wszystkie guziczki pralki, nagle wlaczylo mi sie na display'u swiatelko z zelazkiem. Przelecialam wzrokiem wszystkie funkce opisane na pralce i nagle doznalam szoku: pralka ma funkce prania tak, aby pozniej prania juz nie prasowac! No zesz kurza twoja twarz rychlo wczas sie o tym dowiedzialam! Ale juz siedzi pranko w pralce i zbadamy czy to nie jest jakas sciema, bo i tak mam prasowania na dwa dni, a jeszcze musze poprac posciel i reczniki, oraz wypucowac do konca chalupke przed swietami. Heh, i czy to nie jest prawda, ze czlowiek cale zycie sie czegos uczy? Oczywiscie ze tak.

Est rerum omnium magister usus - Nauczycielem wszystkiego jest doświadczenie!

czwartek, 3 kwietnia 2014

Jasnowidzenie


Ludzie!! Słuchajcie (sic!) swoich dzieci, bo mogą mieć czasami (sic!) rację, tak jak to zdarzyło się wczoraj wieczorem u nas. A rzecz miała się tak: ostatnio bolało mnie ucho, więc wacikiem na patyczku chciałam przemyć je od środka nalewką bursztynową. I kiedy sobie tak wieczorem przemywałam to bolące ucho mój Junior nie wytrzymał i zaczął mi dogadywać, że co robię, że jest to niebezpieczne, że zamiast dłubać w tym bolącym uchu, powinnam jak najszybciej udać się do lekarza i takie tam. Ja oczywiście jako była absolwentka Akademii Medycznej, którą szybciej skończyłam niż zaczęłam (dwa dni dokładnie) obruszyłam się niemiłosiernie twierdząc, że wiem co robię, i nikt nie musi mi zwaracać uwagi. Moja latorośl uparta jak osioł (ciekawe po kim to ma?) nie dając za wygraną, strzelił mi pogadankę na temat tego do czego jest potrzebna woskowina, i dlaczego nie można dłubać w uchu tymi pałeczkami. Oczywiście nie chcąc się kłócić przyznałam mu połowiczną rację ( w duchu myśląc - Ty se mów a ja se zdrów) i dalej grzebałam w tym uchu, po czym go zakorkowałam wacikiem nasączonym olejem kamforowym, po czym udałam się do sypialni w celu zaśnięcia i zapomnieniu, że mnie boli to cholerne ucho. Reksiu rozespany udał się za mną, po czym wtulił się w moją szyję, i tak słodko przytuleni mordka w mordkę zasneliśmy snem sprawiedliwego. Rano obudziwszy się poczułam, że bólu już nie czuję, i że moje zabiegi pielęgnacyjno-lecznicze odniosły zamierzone efekty. Szykując się do pracy pomyślałam sobie, że jeszcze nie zaszkodzi przed wyjściem przemyć ucho nalewką bursztynową, a wieczorem jak wrócę do domu znowu włożę wacik z olejkiem kamforowym. Jak pomyślałam tak też zrobiłam, z tym, że jak włożyłam do ucha patyczek z wacikiem nasączonym nalewką, to już wyciągnęłam sam patyczek, a wacik został w środku...
Nie będę pisać co sobie o SOBIE pomyślałam, co pomyślałam sobie o moim Juniorze, i co sobie pomyślałam o tych pałeczkach z wacikami. Nie będę też pisać, że chciałam sobie pensetką do brwi wyciągnąć ten wacik, i że zamiast go wyciągnąć popychałam go dalej w głąb ucha. Kiedy operacja wyciągania wacika wymknęła mi się z rąk, w panice poleciałam lotem ptaka do mojej przychodni, gdzie pan doktor najpierw próbował strzykawką z wodą zmusić wacik do wyplynięcia, a gdy ta próba się nie powiodła, razem z panią asystentką długą pensetką wyciągnęli mi to dziadostwo z ucha. No żesz job twoja mać, czy te dzisiejsze dzieci to jakieś jasnowidze??

poniedziałek, 6 stycznia 2014

The Power of Love...czyli Trzej Królowie Goes to Bethlehem



Z dniem 6 stycznia kończą się oficjalnie Złote Gody, czyli tak zwany dwutygodniowy okres od Bożego Narodzenia do obchodów Trzech Króli.
W Polsce kiedyś bujało się po domach w przebraniach kolędników i zbierało się kaskę za śpiewanie (czytaj masakrowanie) znanych kolęd. Był zawsze śnieg, mróz, czasami zawierucha, ale w sercach panowała radośc i taka dziecięca beztroska. Kredą pisało się na dzwiach K+M+B a.d. któregoś tam roku, a ludzie chętnie obdarowywali nas cukierkami, poświątecznymi jeszcze przysmakami, bo były one zdrowe, nienaszpikowane chemiczną kupą. Tęsknię za tymi dawnymi Świętami, bo były naprawdę przepełnione miłością i radością, teraz są tak bardzo sztuczne jak te wszystkie chińskie ozdóbki na sztucznych chińskich choinkach.

"Moje Betlejem"

Po pustyni zawrotnego zycia,
błądząc w kuluarach zła i mroku,
Trzej Królowie na wielbłądach jadą
Z orientalną nowiną, i z dobytkiem u boku.
Przemierzają siódme góry i lasy,
najpiekniejsze królestwa podziwiaja
Chcą znależć w nich wielkiego Króla,
dla którego też wielkie dary mają.
Długa, wspólna droga, i cel tej podróży
Królów szczerą mądrością zachwyciła,
do stajenki upadlej szybko podążali,
gdzie Dziecina Boża tam się narodziła.
Między możnymi władcami tego świata
nie szukali już zadnej sprawiedliwości,
gdy w ciemnościach jasną gwiazdę ujrzęli
wśród swych ciągłych wątpliwości.
Swe królewskie mądre głowy pokłonili,
przed Dzieciatkiem, Józefem i Maryją
w holdzie złoto, mirre, kadzidlo Mu złożyli
wiedzac, ze narodziny Krola nad Krolami
grzechy i zlo calego swiata obmyja.
Pastuszkowie, bydlatka i kto zyw
w pomrokach swiatlosc też ujrzeli,
i jak jeden maż w ogromnym pośpiechu
z nadzieja w sercach do Betlejem pobieżeli.
Słyszycie? Gloria in excelsis Deo!
To Anielski chór rozbrzmiewa w niebie
Dziś na nowo Bog sie rodzi in cor meum
Jezu Malusienki! Czekam tu na Ciebie...

Aldona Maria Kołacz, Deventer 5-01-2013




http://www.youtube.com/watch?v=ShN8UIk5-mw

wtorek, 24 grudnia 2013

Wigilia A.D. 2013


W Afryce spadło śniegu po kolana, a w Europie, gdzie normalnie o tej porze 30 lat temu średnia temperatura wynosiła minus piętnaście stopni, jest deszczowo, mgliście i wietrzyście. Bieganina i przygotowania jak co roku, chociaż w nowym sklepie mam więcej pracy i trosk. Na szczęście starzy klienci zanaleźli nas, nowych przybyło, wszystko przebiega tak jak sobie to wymarzyłam, ale nie czuję jeszcze tych Świąt. Co prawda, w tym roku nikt nie robił nam papki z mózgu strasząc końcem świata, ale codziennie dowiaduję się, że jakiś bliski lub dalszy znajomy, sąsiad, przyjaciel boryka się ze śmiertelną chorobą. Ludzie są pasywnie nastawieni do życia, nie ma takiej ludzkiej życzliwości jak to było kiedyś. Wszystkich przytłacza kryzys, brak perspektyw na pracę, ciągła pogoń za pieniądzem. W czwarty Adwent tego roku wybrałam się pomedytować do Kościoła, i od razu zrobiło mi się lżej na duszy. Dostałam ogromną dawkę pozytywnej energii, i mam nadzieję, że dzisiaj wieczorem, kiedy zabłyśnie pierwsza gwiazdka, znowu Dzieciątko Jezus wypełni moje serce swoją miłością, która pozwoli na chwilę zapomnieć, że nie ma przy wigilijnym stole tych, których kochałam i kocham nad życie...
Wesołych Świąt?? Ja właśnie życzę takich wszystkim moim bliskim i dalekim znajomym, rodzinie i przyjaciołom.
A oto moj świąteczny prezent:

Do Gwiazdy

Gwiazdo betlejemska,
która spełniłaś ludzkości
nadzieję, oznajmiając przyjscie
Tego, który topi wszelkie lody,
zaświeć dzisiaj nad moim niebem
pełnym rozterek i zwątpienia,
bym na powrót odnalazła droge
prowadzacą mnie do serca
Świąt Bożego Narodzenia...

Aldona Kołacz, Deventer, 14-12-2009

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Watykanski prezent czyli Lancuszek Szczescia pod postacia Chleba


"Chleb watykanski" lub inaczej "Chleb przyjaźni Amiszów". Nigdy o nim nie slyszalam, az do wczoraj. Nawet nie wiedziałam o jego istnieniu i nie znałam uroczej historii związanej z tym ciastem, ale zmieniło się to dzięki jednej z moich przyjaciółek, która dała mi wspaniały prezent. Prezent, ktory przynosi szczescie! Otrzymuje sie go (a wlasciwie zaczyn tego chleba) jesli ktos uwaza, ze nalezy mi sie odrobina szczescia i milosci blizniego. Oddaje sie zaczyn tez tylko ludziom, ktorzy zasluguja na nasza milosc i zaufanie. Piecze sie go tylko raz w zyciu i zjada tylko ze swoja rodzina. W zasadzie jest to Lancuszek Szczescia pod postacia chleba, i jak zadne inne lancuszki bardzo mi sie on podoba!

Dzien pierwszy.
Rytual dokarmiania zaczynu chlebka watykanskiego zaczynamy zawsze w Poniedzialek. Zaczyn, ktory otrzymalam wczoraj przelalam do wiekszej szkalnej miski (moze byc plastikowa, ale nigdy nie do metalowej, bo chleb nie lubi metali!) i wsypalam do tego zaczynu 250 g cukru. Nie mozna tego mieszac! Zostawia sie to ciasto pod przykryciem lnianym w temperaturze pokojowej, az do nastepnego dnia. Jutro dalsza czesc dokarmiania.

piątek, 19 lipca 2013

Nic dwa razy sie nie zdarza....???


Nic bardziej mylnego!!
Nasza noblistka Wisia napisala piekny wiersz, w ktorym mowi, ze nic dwa razy sie nie zdarza. Niestety, mimo wielkiego szacunku dla jej cudnej tworczosci smiem sie z tym twierdzeniem nie zgodzic! Otoz zdarza sie, zdarza. Trzy lata temu na moim balkonie jakas golebica cukrowa uwila sobie gniazdko, i mimo mojego stanowczego sprzeciwu udalo jej sie dwa jajuszka wysiedziec, co zaowocowalo niesamowita przygoda, ktora opisalam na swoim autorskim blogu http://atlantyda.blogspot.nl/2010/06/lepszy-wrobel-na-dachu-niz.html

No i zesz kurza twarz historia sie powtorzyla! Znowu mam w tej samej donicy dwa pisklaki jeden wielki (starszy) jak moja piesc, a drugi chyba wyklul sie wczoraj, bo jest maly, zolty i nieopierzony jeszcze. Obydwa brzydkie jak noc, ale przy tym takie niezdarne, i kochane. Mam nadzieje, ze ten wielgachny nie wywali swojego braciszka albo siostrzyczke, jak to sie stalo poprzednim razem. Wtedy akacja dziala sie jak w filmie z Jamesem Bondem, i z ktora mozecie sie zapoznac klikajac na powyzszy link.
Qrde, trzy lata je odpedzalam, a i tak mnie zaskoczyly, no...