poniedziałek, 5 stycznia 2015
Świąteczny Ból zęba...
Hurrraa!!
Akcja "Bolacy zab Jowiego" zakonczyla sie pelnym sukcesem...dentysty, ktory, go dzisiaj usunal, po dwoch tygodniach zmagania sie z bolem, konsultacjach u dentysty dyzurnego, ktory chyba w akcie desperacji tuz przed Nowym Rokiem podjal sie leczenia kanalowego, zdzierajac tym samym kase w kwocie 200 euro, i to gotowka w okienku asystentki. Nowa forma i moda. Za usluge u dentysty placisz od reki, dopiero pozniej wysylasz fakture do ubezpieczalni, czekajac az laskawie ci zwroca koszta. Ale przejdzmy do rzeczy.
Dzien przed Wigilia Juniora rozbolal zab, dodam, ze to zab trzonowy - ten ostatni - na dole szczeki. Po zazyciu Apapu Extra, jakos udalo nam sie ogarnac ten bol, bo na wizyte do jakiegokolwiek dentysty nie moglismy liczyc. Szpital przyjmowal tylko nagle wypadki zagrazajace zyciu, reszta mogla narobic w gacie z bolu, trzeba bylo zrobic termin u dyzurujacego denysty, ale dopiero po swietach. Nas, a wlasciwie Juniora szczesliwie dyzurny wpisal na Poniedzialek przed Nowym Rokiem. I tak sie cieszylismy, bo zajasnialo swiatelko w tunelu,. ze przynajmniej w Nowy Rok Junior bedzie mogl jakos normalnie funkcjonowac, cos zjesc, wypic, a nie ciagle spac. Bol zaostrzal sie, wiec do tego Poniedzialku poszly dwie paczki Apapau Extra, paczka Paracetamolu i paczka Ibuprofenu. Kiedy przyszedl czas na wizyte jakos udalo mi sie dobudzic ciagle otumanionego tabletkami Juniora, i zawiezc go do gabinetu, gdzie jak juz wspomnialam ambitny pan stomatolog najpierw zrobil rentgena szczeny, nastepnie skonsultowal to ze swoimi kolegami, nastepnie zabral sie za leczenie kanalowe (cytuje to wszystko co jest napisane na fakturze) a wszystko to w ciagu 20 minut. Wspomne rowniez, ze po zastrzyku Juniorowi zrobilo sie troszke slabo, wiec chwilke musial odpoczywac jeszcze w fotelu. Po tej calej wizycie u dyzurnego stomatologa, pani recepcjonistka - asystentka wreczyla mi szczegolowo ujeta fakture, ktora musialam uiscic kontant. Nie bylo opcji pinowania, ale na szczescie przed wizyta u nich, na stronie jak wol wystawiona byla wiadomosc, ze trzeba placic gotowka, wiec w takowa zdazylismy sie uzbroic. Dobra, pal licho kase, liczyla sie juz tylko radosc, ze zab zostal potraktowany kanalowo, nerwy zostaly wyrwane, wiec juz nic nie ma prawa bolec. Jakimze wielkim zaskoczeniem byl fakt, ze gdy przestala dzialac narkoza, Juniora znowu zaczelo pobolewac. Najpierw zab, pozniej glowa, pozniej ucho, a pozniej wszystko na przemian. I zaczelo sie znowu: Apap extra, ibuprofen, paracetamol i rowniez na przemian.W miedzyczasie parzylam Juniorowi szalwie, i kazalam mu w tym plukac jame, z ktorej caly czas lecialy brzydkie slowa, a to na dentyste, a to na mnie (bo po co mu kaze plukac jame jak to nic nie pomaga), a to na caly swiat. Stwierdzil tez, ze juz do zadnego dentysty nie pojdzie, raczej wyrwie go sobie sam.I tak minal sobie Nowy Rok, minal Piateczek, minela Sobota, Junior otumanial sie naprzemiennie srodkami przeciwbolowymi, a mnie zalewala krew, bo nijak nie moglam mu pomoc. W koncu w Niedziele rano, czara mojej goryczy sie przelala, gdy Juniorowi nie pomagaly juz zadne tabletki. Zadzwonilam do kolejnego dyzurujacego gabinetu, ktory na szczescie tym razem okazal sie moim domowym dentysta. Przedstawilam cala sytuacje, i wyblagalam u pani dentystki natychmiastowa pomoc(dzwonilam o 11.00 rano) w postaci przyjecia nas o 17 wieczor w swoim gabinecie. Godziny do przyjecia i mi, i Juniorowi dluzyly sie jak miesiac bez wyplaty, ale w koncu dotrwalismy, i dostalismy sie do gabinetu. Po kolejnym zdjeciu rentgenowskim, pani stomatolog udala sie na konsultacje, i po 15 minutach studiowania wczesniejszych dokonan pana stomatologa, ktory dokonal kanalowego leczenia w ciagu 20 minut stwierdzila, ze w zebie jest zapalenie, ktore nalezalo najpierw wyleczyc antybiotykiem, a nastepnie pozniej podjac sie leczenia kanalowego. Niestety, mleko zostalo wylane, i jedynie co w tym momencie pani mogla zrobic, to przepisac antybiotyk i bardzo silny srodek przeciwbolowy, na ktorym Junior mial przetrwac do Poniedzialku, bo udalo jej sie wygospodarowac miejsce w tym dniu na dalsze leczenie zeba. Zabiegu mial dokonac nasz dentysta Geret. Serdecznie podziekowalismy za recepte, i udalismy sie do szpitala, gdzie jest zawsze dyzurna Apteka. Junior w aucie skrecal sie z bolu, Reksio siedzial cicho w torbie na kolanach Juniora (chyba wyczuwal jego cierpienie i nie dokazywal) a ja podkurwiona na maxa koncentrowalam sie na drodze do szpitala. Gdy juz w koncu mielismy lekarstwa w reku byla godzina 19.30. W szpitalnej kawiarni junior zazyl leki, a po 10 minutach zauwazylam ulge na jego umeczonej buzi. Zafundowalismy sobie lekki posilek w postaci zupki pomidorowej, bo jakos juz mi sie nie chcialo pod wieczor gotowac. Po przybyciu do domu z ulga wylozylam sie na sofie. I wszystko byloby okej, gdyby po 2 godzinach Junior ponownie nie zaczal jeczec z bolu. Najsilniejsza tabletka Ibufen 600 (tylko wydawana na recepte przy ogromnych bolach zebow) skonczyla swoja prace. Pani Stomatolog powiedziala, ze te tabletki mozna zazywac tylko maxymalnie 3 na dzien. Kolo dwunastej w nocy Junior zazyl kolejna, i jakos dotrwal do rana. Zaczal chyba tez pracowac antybiotyk.
O 9.00 rano obudzil mnie telefon pani asystentki, ktora oswiadczyla mi, ze pan doktore Geret dopatrzyl sie czegos w zebie, ale bedzie pewny dopiero jak Junior przyjdzie na umowiona wczoraj wizyte. Musze sie tez przygotowac na to, ze cala akcja reperacji zeba bedzie kosztowac jeszcze 300 euro, i Junior musi oplate uiscic w kasie zaraz po zabiegu. Fakture musze pozniej wyslac do ubezpieczyciela, ktory w pozniejszym czasie zwraca pieniadze. Bla bla bla...to juz wiedzialam od poprzedniej wizyty u tego innego dentysty. Junior dziwnym trafem juz nie zwijal sie z bolu, nawet z lekka cos podjadal, i czekal na umowiona wizyte na godzine 11.00. W pierwszym zamierzeniu, to ja mialam zawiezc Juniora autem do gabinetu, ale stwierdzil, ze czuje sie juz dobrze, i sam pojedzie do dentysty swoim rowerem. Zaopatrzylam go tylko w zadana gotowke i wyslalam z Bozym blogoslawienstwem, zeby tym razem mu juz w koncu pomogli. Kiedy wrocil do domu po poltorej godzinie, zauwazylam w jego oczach dziwny blysk, oraz malutki pakuneczek w reku, ktory mi dumnie wreczyl. Lekko zaciskniete usta zdawaly sie mowic wszystko...
W pakuneczku lezal zakrwawiony zab, ktory byl pekniety od gory az po korzen na pol, i jak stwierdzil pan dentysta Geret, leczenie go nie mialo najmniejszego sensu. Dziwil sie tylko, ze tego pekniecia nie widzial poprzedni dentysta, i niepotrzebnie stosowal leczenie kanalowe. Zeba mial od razu wyrwac, i tym samym zaoszczedzic Juniorowi dwutygodniowej gehenny oraz 300 euro. Dzisiejsza wizyta bowiem kosztowala juz tylko 125 euro. No zesz kurwa mac, jakie to szczescie! Trzech lekarzy od zebow robilo zdjecia rentgenowskie, konsultowalo sie z kolegami, dokonywalo karkolomnych zabiegow kanalowych, by na koniec i tak zeba wyrwac. Nie wiadomo komu gratulowac tego, ze Junior dzisiaj definitywnie pozbyl sie bolu. W koncu zaserwowanie sobie nowego zeba bedzie juz tylko zalezec od zasobnosci mojego portfela, bo te koszta ubezpieczyciel juz nie zwraca...
I Wy jeszcze w Polsce narzekacie na sluzbe zdrowia?
czwartek, 1 stycznia 2015
Święta...święta...i prawie po świętach!
Nowy Rok zaczął się wolno, leniwie, odpoczynkowo. Żadnych gości, żadnego wyjścia, żadnego wielkiego obżarstwa, po prostu siesta, która trwa od wczoraj wieczorem, i ma się skończyć jutro rano. Równo o 10.00, kiedy rozpocznę pracę. Później jeszcze jeden dzień pracy, i następna leniwa Niedziela. Od piątego stycznia zacznie się proza życia. Rachunki, administracja, faktury, opłaty, przelewy i tak dalej. Złote Gody wyglądają dzisiaj trochę inaczej jak wieki temu. Wówczas czas od świąt do Nowego Roku dłużył się jak dzisiaj od Świąt do wakacji. Ludzie jeżdzili saniami od domu do domu, tańczyli, hulali, zaręczali się, organizowali kuligi, lepili bałwany, po prostu bawili się na całego. Nam dzisiaj Bozia nawet śniegu żałuje. Jest niby chłodno, ale słotno, szaro i ponuro. Magia Świąt ma zapach plastikowych bombek made in china, sztuczne choinki ubierane są byle jak, opłatek za chwile przejdzie do lamusa, a gdy komuś mówię, że pod obrusem na wigilijnym stole mam sianko, to patrzą się na mnie jak na kogoś, kto ma nie wszystkich po kolei w domu. Tak między nami, to mam w głebokim poważaniu czyjeś poklepywanie się po głowie na takie opowieści. Ja szanuję tradycję, staram się ją kultywować nawet dodając coś od siebie. Mam nadzieję, że kiedyś mój syn będzie również z rozrzewnieniem wspominał ten najpiękniejszy w całym roku czas.
Nowy Rok
Nowego roku czas każe winszować,
Więc się zdobywam na powinszowanie;
Daj Panie Boże, w tym się tak zachować,
Iżby się nasze spełniło żądanie.
I spełni pewnie, kiedy w każdym kroku
O sobie będziem myśleć, nie o roku.
Bo cóż rok? Bożym czas zmierzony darem,
Miejsce i pora naszego działania:
Nie dni, lecz czynów dzielmy go wymiarem,
A czynów plennych prawego starania;
Wówczas, jak wieniec kłosami uwity,
Da plon szacowny, da plon znakomity.
Przeszły tysiączne, przejdą i następne.
Szala je wieczna, jak zmierzy, tak ziści:
Z nas plenne, z nas czcze, prawe, lub występne,
Skutek użycia, czucia i korzyści:
Odmiana, trwałość, nieczynność, ochota,
Da poznać w czem jest występek, lub cnota.
Lecz sprawcą, który rzeczy mierzy trwale,
Spuszcza wzrok względny na tych, co sprawieni:
Nie jest człowieka, co jest doskonale,
Sobą nikczemni, sprawcą orzeźwieni,
Czekajmy losu, Najwyższa istoto!
Karzesz z odrazą, nagradzasz z ochotą.
Ignacy Krasicki
niedziela, 21 grudnia 2014
Czwarta Niedziela Adwentowa
Od dwoch tygodni sypiam po 3-4 godzinny w nocy, bo chronicznie brakuje mi czasu. Porzadki w domu, ubieranie choinki, sklep, zamowienia, wysylanie paczek, pisanie kartek swiatecznych, dostawy karpia, cheba, ciasta, pierogow, garmazerki, spozywki, zakupy do domu, szukanie prezentow, przygotowanie potraw, pieczenie pierniczkow, niedziele handlowe, wyjazdy do hurtowni, dlugie godziny sprzedazy, pozne powroty do domu, wczesne wstawanie, gdy dzwonia dostawcy, ze juz sa przed sklepem... mozna od tego zwariowac. Czasami chodze jak zombi, ale to wszystko jeden raz do roku. Mozna by bylo tego uniknac, pojsc na latwizne, ale po co sie obdzierac z niesamowitych wrazen? Bo czas Adwentu to wlasnie ta swiateczna bieganina, szarpanie nerwow, niedospanie, niedojedzenie, by wreszcie jak zaswieci ta "pierwsza gwiazdka" usiasc do stolu, podzielic sie oplatkiem, pokoledowac, powspominac i cieszyc sie tym wszystkim, o co tak nerwowo zabiegalismy. Przy Swiatecznym stole odchodzi gdzies zmeczenie, stres, nerwowka i zmartwienia. Choinka cieszy oczy, pieknie wysprzatany dom pachnie czystoscia, pyszne jedzonko na swiatecznym stole daje poczucie spelnienia. Zrobilo sie cos dla nas samych, dla naszego domu. Swietujemy nie tylko przyjscie Dzieciatka Bozego, ale rowniez zmaganie sie z naszymi codziennymi problemami. Zyjemy w trudnych czasach, a Swieta pozwalaja nam zapomniec na kilka dni o trudnosciach dnia codziennego. Swieta nas na chwile zmieniaja, stajemy sie troszke lepsi, i to tylko od nas samych zalezy, czy zechcemy takimi pozostac caly kolejny rok. Kocham ten zwariowany przedswiateczny czas, bo wlasnie wtedy czuje sie, ze nie ma nudy, monotoni, a zycie nie uplywa bezsensownie. Szkoda, ze tylko jest tak tylko jeden raz w roku...
Szkoda
Kiedy choinka, leśna dama,
Włoży już swoje stroje,
A w kuchni ciasto piecze mama,
Aż pachnie na pokoje,
Wszystkich ogarnia podniecenie,
Nas i sąsiadów z bloku…
Szkoda, że Boże Narodzenie
Jest tylko raz do roku.
A pod choinką dobry święty,
Co ma brodzisko mleczne,
Podarki składa i prezenty
Dla dzieci, tych, co grzeczne.
Dzieci radują się szalenie
Wśród pisków i podskoków…
Szkoda, że Boże Narodzenie
Jest tylko raz do roku.
A kiedy w końcu mama prosi
Do stołu, bo nakryte,
To jakby anioł się unosił
Nad nami pod sufitem.
Za gardło chwyta nas wzruszenie
I łezkę mamy w oku…
Szkoda, że Boże Narodzenie
Jest tylko raz do roku.
Ludwik Jerzy Kern
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Z cyklu: Świąteczne opowiadania
Śnieżyca
Był kiedyś człowiek, który nie wierzył w Boga i nie obawiał się głośno wyrażać swego zdania na temat religii. Miał żonę, która mimo jego pogardliwych komentarzy usiłowała wychować dzieci w wierze chrześcijańskiej. W któreś śnieżne Święta Bożego Narodzenia kobieta zabrała dzieci do kościoła. Zachęcała i jego, lecz on powiedział: „Już wiele razy słyszałem, że Jezus urodził się w Betlejem!” I pozostał w domu.Tymczasem na dworze rozpętała się silna śnieżyca. Człowiek ten usłyszał silne grzmotnięcie, coś uderzyło w okno jego domu. I znowu wyjrzał, lecz nic nie było widać ani na metr. Gdy trochę zelżało wyszedł zobaczyć, co mogło spowodować te uderzenia. Niedaleko domu, na polu zobaczył stadko dzikich gęsi. Widocznie były w drodze na południe, gdy zostały złapane przez śnieżycę. Zgubiły się i osiadły na jego farmie bez jedzenia i ochrony.
Machały skrzydłami i krążyły nisko wokół jego pola, na oślep i bez celu. Zdaje się, że kilka z nich uderzyło w jego okno. Zrobiło mu się ich żal i pomyślał, że stodoła byłaby teraz świetnym miejscem dla gęsi. Jest ciepła i bezpieczna, mogłyby przeczekać tam noc. Wyszedł więc i otworzył drzwi stodoły na oścież, lecz gęsi nadal trzepotały skrzydlami i lataly bez celu, zdawały się nie widzieć stodoły, ani tego, co dla nich znaczy. Wtedy usiłował zwrócić ich uwagę na siebie, lecz wystraszyły się i odleciały dalej. Poszedł więc do domu, przyniósł trochę chleba i okruchami wyznaczył drogę prowadzącą do stodoły. Gęsi nic. Człowiek denerwował się coraz bardziej, ominął je chcąc wypłoszyć je prosto do stodoły, lecz wtedy gęsi przeraziły się i rozbiegły na wszystkie strony. Nic nie było w stanie skierować ich do bezpiecznej stodoły. „Czy one nie rozumieją, że chcę im pomóc?” – pytał siebie. Pomyślał chwilę i zdał sobie sprawę z tego, że dzikie gęsi nie pójdą za człowiekiem. „Gdybym był gęsią, to mógłbym je uratować!” – pomyślał. Wtedy wpadł na pomysł. Wszedł do stodoły i wziąwszy na ramiona jedną ze swoich gęsi obszedł stado dzikich gęsi. Wówczas ją puścił. Gęś przeleciała prosto przez stado prosto do stodoły – wtedy i dzikie gęsi, jedna po drugiej podążyły za nią do bezpiecznego miejsca. Człowiek stał chwilę cicho, gdy nagle jego wcześniejsza myśl odezwała się ponownie: „Gdybym był gęsią, mógłbym je uratować!”. Wtedy przypomniał sobie swoje słowa do żony: „Dlaczego Bóg miałby chcieć być taki jak my? To śmieszne!” Nagle wszystko nabrało sensu: to właśnie uczynił Bóg! Byliśmy jak te dzikie gęsi, zgubieni i ginący. Bóg dał Swego Syna, który stał się takim jak my, by pokazać nam drogę i nas uratować! Taki więc był sens narodzin Chrystusa! W miarę, jak śnieżyca wyciszała się, jego dusza uspokajała się, i rozmyślała nad tą cudowną myślą. Zrozumiał dlaczego Chrystus przyszedł jako człowiek. Lata wątpliwości i niewiary zniknęły jak przechodząca burza. Padł na kolana i modlił się swą pierwszą modlitwą: „Dzięki Ci, Boże, że przyszedłeś w ludzkiej postaci i wyciągnąłeś mnie z mroku i burzy życia.”
Znalezione w sieci.
środa, 19 listopada 2014
Czy to bajka czy nie bajka, a ja jedno powiem Wam...
Kiedys, kiedy bylam jeszcze mala zawsze marzylo mi sie byc "dorosla", zeby szybciej wyjsc za maz za jakiegos Ksiecia na bialym koniu, ktory mial mnie znalezc, pokochac i zabrac do swojego krolestwa za siedmioma morzami, za siedmioma rzekami, i za siedmioma lasami. Po troszku sie to spelnilo, bo jak wiadomo Holandia jest Krolestwem...ale to juz inna bajka... a ja chce opowiedziec o moich bajkach, a wlasciwie basniach filmowych i nie tylko, ktore namietnie czytywalam i ogladalam. Taka jedna ukochana i ogladana sto tysiecy razy (szczegolnie w Boze Narodzenie) basnia jest film pod tytulem: "Trzy orzeszki dla Kopciuszka" - produkcji czecho-slowacko-niemieckiej. O tym filmie moglabym napisac kilku tomowe elaboraty , bo jest to najpiekniejsza basn EVER and never juz takiej nikt nie nakreci.
Przepiekna muzyka Karela Svobody, niesamowitego i nieodzalowanego kompozytora nadaje calemu filmowi niepowtarzalny charakter. Niemieckie stacje telewizyjne puszcaja te basn w Boze Narodzenie kilkakrotnie w ciagu tych swiatecznych dni. Okazuje sie, ze Czesi rowniez maja slabosc do ogladania tej bajki w Swieta. W ogole w niemieckich i czeskich stacjach telewizyjnych bardzo duzo emituje sie sfilmowanych basni, bo jak by nie bylo, oni w tym sie specjalizuja i sa the best. Kiedys takie bajki - basnie krecili rowniez Rosjanie, i przykladem moze byc tutaj "Dziadek Mroz" czy "Krolowa Sniegu", ale chyba odpuscili sobie, albo polska telewizja nie ma interesu zakupywania takich filmow, a szkoda, bo ja jestem namietna fanka takich filmow. Polacy pokochali "Kevina samego w domu", i bez tego filmu swieta dla nich nie istnieja. Co kraj to obyczaj... Od dluzszego czasu poszukiwalam przepiekna basn filmowa, ktora nakrecili pod koniec lat szescdziesiatych Rumuni. Ogladalam ja jako dziecko w kinie, a tytul pozostal mi na zawsze w glowie - "Kraina wiecznej mlodosci". Perelka, ktora uplasowalam na miejscu drugim w TOP3 moich ukochanych bajek. Dzisiaj aura na dworze sprawila, ze myslami powrocilam do dzieciecych lat, i przypomnialy mi sie czasy, kiedy mama krzyczala na mnie, bo ja do porannych godzin czytywalam ksiazki pod koldra, z latarka w reku. Przypomniala mi sie "Kraina wiecznej mlodosci", i google ruszyly cala para. Niestety, Polacy chociaz kiedys posiadali takie filmy z polskim dubbingiem, to jednak nie umieszczaja ich na swoich komputerach, i praktycznie nie mozna niczego znalezc. Natomiast udalo mi sie film dorwac na rumunskich stronach, i jupi! po tylu latach obejrzalam moja druga ukochana basn. Niewazne, ze w oryginalnym, rumunskim jezyku, niewazne, ze bardzo stare, ale powrocily wspomnienia i beztroskie czasy. Idac za ciosem wygooglowalam rowniez moja trzecia ukochana basn filmowa - "Krolewna w oslej skorce". Ha! uczta dla moich biednych, zmeczonych starczych oczu, ale radosc w sercu jak u dawnej kilkunastoletniej dziewczynki, ktora zyla marzeniami i swoimi ukochanymi ksiazkami.
Hmmmmm...jak mawiaja nasi poludniowi sasiedzi - to se uz nie vrati! - a szkoda, bo swiat wygladal wowczas calkiem piekniej.
Przepiekna muzyka Karela Svobody, niesamowitego i nieodzalowanego kompozytora nadaje calemu filmowi niepowtarzalny charakter. Niemieckie stacje telewizyjne puszcaja te basn w Boze Narodzenie kilkakrotnie w ciagu tych swiatecznych dni. Okazuje sie, ze Czesi rowniez maja slabosc do ogladania tej bajki w Swieta. W ogole w niemieckich i czeskich stacjach telewizyjnych bardzo duzo emituje sie sfilmowanych basni, bo jak by nie bylo, oni w tym sie specjalizuja i sa the best. Kiedys takie bajki - basnie krecili rowniez Rosjanie, i przykladem moze byc tutaj "Dziadek Mroz" czy "Krolowa Sniegu", ale chyba odpuscili sobie, albo polska telewizja nie ma interesu zakupywania takich filmow, a szkoda, bo ja jestem namietna fanka takich filmow. Polacy pokochali "Kevina samego w domu", i bez tego filmu swieta dla nich nie istnieja. Co kraj to obyczaj... Od dluzszego czasu poszukiwalam przepiekna basn filmowa, ktora nakrecili pod koniec lat szescdziesiatych Rumuni. Ogladalam ja jako dziecko w kinie, a tytul pozostal mi na zawsze w glowie - "Kraina wiecznej mlodosci". Perelka, ktora uplasowalam na miejscu drugim w TOP3 moich ukochanych bajek. Dzisiaj aura na dworze sprawila, ze myslami powrocilam do dzieciecych lat, i przypomnialy mi sie czasy, kiedy mama krzyczala na mnie, bo ja do porannych godzin czytywalam ksiazki pod koldra, z latarka w reku. Przypomniala mi sie "Kraina wiecznej mlodosci", i google ruszyly cala para. Niestety, Polacy chociaz kiedys posiadali takie filmy z polskim dubbingiem, to jednak nie umieszczaja ich na swoich komputerach, i praktycznie nie mozna niczego znalezc. Natomiast udalo mi sie film dorwac na rumunskich stronach, i jupi! po tylu latach obejrzalam moja druga ukochana basn. Niewazne, ze w oryginalnym, rumunskim jezyku, niewazne, ze bardzo stare, ale powrocily wspomnienia i beztroskie czasy. Idac za ciosem wygooglowalam rowniez moja trzecia ukochana basn filmowa - "Krolewna w oslej skorce". Ha! uczta dla moich biednych, zmeczonych starczych oczu, ale radosc w sercu jak u dawnej kilkunastoletniej dziewczynki, ktora zyla marzeniami i swoimi ukochanymi ksiazkami.
Hmmmmm...jak mawiaja nasi poludniowi sasiedzi - to se uz nie vrati! - a szkoda, bo swiat wygladal wowczas calkiem piekniej.
wtorek, 11 listopada 2014
Jeszcze Polska nie zginela, poki my zyjemy...
Jestem bardzo ciekawa jak dzisiaj "prawdziwi" Polacy uczcza te dzisiejsze swieto narodowe, bo my na emigracji mamy wywieszone flagi, przy okazji zajadamy sie rogalami marcinowskimi, i nie zamierzamy kostkami brukowymi nikogo napierdaczac. Moze dlatego, ze setki kilometrow dziela nas od Ojczyzny, i codziennie za nia tesknimy?
Szanuje sie to, czego nam brakuje; dlatego kazdy Polak powinnien chociaz raz w zyciu wyjechac z kraju na dluzszy czas, zeby pozniej po powrocie docenic to, co mamy na codzien!
Wszystkiego dobrego dla wszystkich Polakow, ktorzy kochaja swoja Ojczyzne.
11 listopada
Kiedy nocą śpi scena, śnią maszyny huczne
I umilkły pioruny, burze, deszcze sztuczne,
Kiedy teatr bez widzów, jak kościół bez wiernych,
Jest tylko świętym domem tajemnic niezmiernych
Ci, co słońcem zrobili blask ramp migotliwy
I świat stworzyli bardziej niż życie prawdziwy,
Których wiecznie trwać będą miłość i cierpienie,
Schodzą się jako duchy i stają na scenie.
Was wzywam! Nasze bowiem słowa są ułomne
I nie dosyć są wielkie, i za mało skromne,
Nie dość żeśmy cierpieli, za mało walczyli,
Byśmy mogli cośkolwiek powiedzieć w tej chwili.
Ale ty, któryś poszedł za granicę świata
Wezwać pomsty na przemoc, co naród przygniata,
I słowa znalazł takie, żeś temi samemi
Od nas mówił do nieba, od nieba do ziemi,
I ty coś nie znał ziemskich pożądań marności,
Tylko cuda początku i słońce przyszłości,
Coś nad w grobie leżącą stał jak anioł złoty
I krew i łzy jej wszystkie przemieniał w klejnoty -
Wy mówcie! Ty, o którym nie wierzymy sami,
Jak to? On żył naprawdę i był między nami,
Ty, który w czas bez wiary i na wszystko głuchy
Przyszedłeś dać świadectwo, że są jeszcze duchy,
Patrz! Mroki się rozpierzchły i w otchłani giną,
Jakaś ręka spuszczoną targnęła kurtyną,
Konrada jakaś postać prowadzi bezglosa.
Kto to? Może robotnik albo dziewka bosa.
We wszystkich domach światła rozbłysły wśród nocy.
Uradujcie się w grobach, wolności prorocy!
Gdzie kat zaciskał stryczek wkoło dumnej głowy,
gdzie stała szubienica, jest krzyż Chrystusowy!
Płyniesz teraz przeszłości niewstrzymana falo!
Oto się nad Krakowem złote blaski palą,
Król Zygmunt milcząc patrzy, jak Wisła się wije,
I wtedy dzwon uderzył! Ten sam, co dziś bije!
Bij! I porwij nas w swoje chyboty ogromne,
Wołaj: "Bądźcie jak tamci, to was nie zapomnę,
A. wtedy ci, co przyjdą, gdy się wiek wasz prześni,
O was także pomyślą, słuchając mej pieśni,
A Ty, który jedyny możesz stać w tym dźwięku
I w Tobie jednym serce nie zadrży od lęku,
Bo kiedyś Ty go słuchał - to nienadaremno
I sam jeden powstałeś w niewoli noc ciemną,
Budź ospałych: niech głosem Twoim mówi cały
Tysiąc lat krwi i potu, i tej ziemi chwały,
I marzenia poetów, mogiły żołnierzy!".
Niech więc głowę pochyli, kto w cuda nie wierzy,
Ten, który umiał cierpieć, a radość go trwoży,
Kto nie stargał na szyi niewoli obroży,
I kto chce przyszłość wstrzymać, i kto przeszłość plami,
Niechaj wyjdą tą nocą. Bo dziś pod gwiazdami
Jakieś cienie po polach, po mieście się snują
I wśród płaczu padają. I ziemię całują.
Jan Lechoń
niedziela, 10 sierpnia 2014
Quo Vadis Polsko?
Sorry, ale musze to z siebie wyrzucic. Polacy to jeden z najwredniejszych i najobludniejszych nacji. Gdyby nienawisc mozna bylo sprzedawac na kilogramy, bylibysmy nabogatszym narodem na swiecie.
Jak mozna zerowac i opluwac kogos, kto juz od dawna nie zyje? W chwili smierci za Jana Pawla II modlil sie prawie caly swiat, w Polsce miasta wygladaly jak plonace pochodnie, ulice byly uslane kwiatami, prawie kazdy Polak plakal, wrogowie laczyli sie w bolu, i nagle 10 lat pozniej tyle jadu, tyle nienawisci wylewa sie na czlowieka, ktory mimo ciezkiej choroby robil to, w co gleboko wierzyl?!
Nie mowie, ze Kosciol byl i jest bez winy, ale qrwa mac, co to za moda zeby osoby publiczne tak po chamsku jechaly po Kosciele i jego wiernych? Pan Jakubik (bardzo go lubilam, ale stracilam do niego od wczoraj caly moj szacunek) zapomnial chyba, ze jeszcze wiecej zdegenerowania, pedofilii, i roznorakich zboczen jest w jego srodowisku artystyczno-celebrycko-muzycznym. I to nie tylko polskim! Widocznie jednak, jechanie po autorytetach i wartosciach, ktore cechuja ludzi wierzacych w Boga, jest teraz bardzo na topie. Pan Jakubik ma zagwaratowany rozglos w mediach na caly przyszly tydzien, od Gazety Wyborczej zaczynajac a na pudelkach i innych szmatlawcach konczac. No i na koniec ta "wspaniala" dyskusja i komentarze wybitnych srodowisk lewacko-prostackich, ktore nie zostawia przyslowiowej "suchej nitki" na oponentach, ktorzy z wypowiedzia Pana Jakubika sie nie zgadzaja. Pomniki Papiezowi stawialismy jeszcze za zycia, chociaz On wyraznie prosil, by tego nie robic. Nigdy nie byl obojetny na to, co inni nazywaja "zamiataniem pod dywan". Wystarczy poczytac jego Encykliki, a pozniej wyrazac opinie. Wstyd Polsko, wstyd. Mam cicha nadzieje, ze jednego dnia bedziecie zalowac tych krzywdzacych - swietego Jana Pawla II - slow.
href="http://www.pudelek.pl/artykul/69843/jakubik_o_janie_pawle_ii_zamiatal_pedofilie_pod_dywan/59/#comment_53e6cc1cf89a3f97778b4591">
piątek, 1 sierpnia 2014
70 lat Powstania Warszawskiego - Pamietamy!
W tym waznym dla naszej historii dniu, wpadly mi do reki wiersze wybitnych polskich poetow, a zarazm powstancow, ktorzy oddali swoje zycie w tym powstaniu. Gdyby zyli polska poezja bylaby jeszcze bardziej bogata, a ich autorzy moze wlasnymi slowami opowiadaliby nam o "tamtych czasach". Czesc ich pamieci...[*]...
Dziś idę walczyć - Mamo!
Dziś idę walczyć - Mamo!
Może nie wrócę więcej,
Może mi przyjdzie polec tak samo
Jak, tyle, tyle tysięcy
Poległo polskich żołnierzy
Za Wolność naszą i sprawę,
Ja w Polskę, Mamo, tak strasznie wierzę
I w świętość naszej sprawy
Dziś idę walczyć - Mamo kochana,
Nie płacz, nie trzeba, ciesz się, jak ja,
Serce mam w piersi rozkołatane,
Serce mi dziś tak cudnie gra.
To jest tak strasznie dobrze mieć Stena w ręku
I śmiać się śmierci prosto w twarz,
A potem zmierzyć - i prać - bez lęku
Za kraj! Za honor nasz!
Józef Szczepański "Ziutek" (1922-1944)
Elegia o ... [chłopcu polskim]
Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,
haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią,
malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg,
wyszywali wisielcami drzew płynące morze.
Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć,
gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.
Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,
przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.
I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,
i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut - zło.
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.
Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?
K.K. Baczyński 20 III 1944 r.
niedziela, 8 czerwca 2014
Niech zstąpi Duch Twój...
A czy Wy rowniez pamietacie te czasy, gdy w Zielone Świątki stroilo sie drzwi galazkami brzozy lub lipy? Moja mama zawsze tak robila, a pozniej my, gdy dorastalismy. Ach...znow sie rozpamietuje, ale to byl taki piekny zwyczaj, podobnie jak i strojenie okien w Boze Cialo. Te piekne Oltarze, ozdabiane zywmi drzewkami, tysiace kwiatow sypanie przez dziewczynki w bialych komunijnych sukienkach przed Monstrancja w trakcie procesji, wspolna modlitwa, zapach kadzidel, setki ludzi na rynku, a pozniej rodzinny swiateczny obiad i dlugie spacery nad Nysa. To se uz ne vrati, ale pozostanie na zawsze w pamieci. A z tymi wspomnieniami pozostana Ci...ktorych juz nie ma...
Milej Niedzieli i pieknych Zielonych Świątek dla wszystkich moich przyjaciol i znajomych.
Zielone Świątki
Przyniesiemy tataraku z jeziora,
żeby dom ustroić na Zielone Świątki w porę.
Postawimy białe brzózki
obok bramy koło dróżki
i u drzwi do dwora.
(...)
A jak zejdzie wczesnym rankiem Duch Święty,
znajdzie wszystko ogarnięte, sprzątnięte,
znajdzie wszędzie – umajone,
będzie bardzo ucieszony
Duch Święty.
Kazimiera Iłłakowiczówna
niedziela, 18 maja 2014
70 lat minelo... od Bitwy o Monte Cassino
"Czerwone maki na Monte Cassino"
Czy widzisz te gruzy na szczycie?
Tam wróg twój się kryje, jak szczur!
Musicie! Musicie! Musicie!
Za kark wziąć i strącić go z chmur!
I poszli szaleni, zażarci,
I poszli zabijać i mścić!
I poszli jak zawsze uparci!
Jak zawsze za honor się bić.
Czerwone maki na Monte Cassino,
Zamiast rosy piły polską krew…
Po tych makach szedł żołnierz i ginął,
Lecz silniejszy od śmierci był gniew!
Przejdą lata i wieki przeminą,
Pozostaną ślady dawnych dni!…
I wszystkie maki na Monte Cassino
Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosną krwi!
Runęli przez ogień straceńcy!
Niejeden z nich dostał i padł…
Jak ci, z Samosierry szaleńcy!
Jak ci, spod Rokitny, sprzed lat!
Runęli impetem szalonym
I doszli!… I udał się szturm!
I sztandar swój biało-czerwony
Zatknęli na gruzach, wśród chmur!
Czy widzisz ten rząd białych krzyży?
To Polak z honorem brał ślub!…
Idź naprzód!… Im dalej… Im wyżej…
Tym więcej ich znajdziesz u stóp!
Ta ziemia do Polski należy,
Choć Polska daleko jest stąd,
Bo wolność… krzyżami się mierzy!
Historia ten jeden ma błąd!
Pieśń Czerwone maki na Monte Cassino powstała w nocy z 17 na 18 maja 1944 roku, na kilka godzin przed zdobyciem klasztoru w siedzibie Teatru Żołnierza Polskiego przy 2 Korpusie Sił Zbrojnych w Campobasso, gdzie artyści występowali dla 23 Kompanii Transportowej. Autorem słów był Feliks Konarski (znany pod pseudonimem artystycznym Ref-Ren), żołnierz 2 Korpusu, przed wojną śpiewak operetkowy i kompozytor piosenek.
W czasach PRL-u pieśń oficjalnie nie istniała, w najgorszych latach stalinowskich jej śpiewanie było zakazane. Jednak Polacy doceniali jej wartość- ilekroć usłyszeli jej melodię, stawali na baczność, a mężczyźni zdejmowali czapki. Oddawali w ten sposób hołd bohaterom, o których władze zabraniały mówić. Męstwo żołnierzy miało być zapomniane, a ich wodza- gen. Andersa ośmielano się nazywać zdrajcą.
Przyszły inne czasy. Polacy odwiedzają odbudowany klasztor na Monte Cassino, przychodzą na polski cmentarz. Spoczywa na nim 1072 poległych żołnierzy Rzeczypospolitej wszystkich jej wyznań: katolików, grekokatolików, prawosławnych, protestantów, żydów i mahometan – w większości wyprowadzonych przez gen. Andersa z „nieludzkiej ziemi”, z sowieckich łagrów. Uwage przykuwa napis- prośba przy cmentarnej bramie: „Przechodniu, powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie.” Jest to wlasciwie przetransformowany epigram Symonidesa z Keos na grobie Leonidasa: "Przechodniu, powiedz Sparcie, tu leżym jej syny, wierni jej prawom do ostatniej godziny." Piekna metafora porownania polskich Zolnierzy do meznych Spartan.
Niejeden raz w historii mogliśmy się przekonać, że „wolność krzyżami się mierzy” , bo wolność ma swoją cenę, bo tylko wolność tak zdobyta i odmierzona jest prawdziwą wolnością.
Dzisiaj wlasnie minelo 70 lat od tamtej strasznej choc zwycieskiej bitwy. Maki na Monte Cassino nadal są czerwone – bo przeciez z polskiej wzrosły krwi.
poniedziałek, 5 maja 2014
Podroze ksztalca...a czasami wzruszaja...
Jadac dzisiaj autobusem do sklepu, przysluchiwalam sie konwersacji dwoch par starszych ludzi, zapewnie malzenstw, ktorzy siedzac na przeciw siebie, na miejscach przeznaczonych dla inwalidow komenowali dzisiejsze swieto, a mianowicie wyzwolenie Holandii.Jedna ze sarszych Pan zaczela rozmowe od tego, ze prawie w kazdym holenderskim domu wywieszone sa flagi, i ze ta Pani pamieta jak to bylo, gdy Kanadyjczycy, Amerykanie i Polacy wkroczyli do naszego miasta, i jak ludzie wiwatowali na ich czesc, jak radosnie reagowali na koniec wojny, glodu, biedy, nieprzespanych nocy, bombardowan, naglych lapanek na ulicach, rozstrzeliwan, rozstan z bliskimi. Panowie wspominali jak ukrywali sie w bunkrach czyszczac bron przed partzanckimi atakami na "Moffen" - slowo to do dzisiaj jest obrazliwym okresleniem Niemca, podobnie jak i u nas okreslalo sie "Szwaba" czy "Hitlerowca". W slowie tym zawarta jest cala nienawisc czlowieka, ktory na wlasnej skorze doswiadczyl upokorzen, od drugiego czlowieka. Druga Pani zaczela opowiesc jak to w ostatnich miesiacach wojny ludzie byli wycienczeni glodem, jak ona - 16-letnia dziewczyna - zostala sama z pieciorgiem rodzenstwa, kore ukrywala gdzies w lesie po tym, jak Niemcy rozstrzelali jej rodzicow na ich oczach. Starsza Pani wspominala jak dostala od jakichs ludzi dwa nadgnite ziemniaki, i jak je podzielila miedzy swoje rodzenswo, ktore zajadalo sie tak, jakby to byl krolewski obiad. Opowiadajac to, Staruszce lecialy lzy z oczu, podobnie jak jej Towarzyszom i mnie. Minelo tyle lat od wojny, a w nich tkwily nadal te emocje, ktore rozdzieraly ich serca. Probowalam wyobrazic sobie tych ludzi, jacy byli wowczas piekni i mlodzi, jak mogli cieszyc sie miloscia, pieknem zycia, zamiast tego, haniebnie zniszczono ich dziecinstwo, mlodosc, odarto z godnosci.
Dopiero dzisiaj sluchajac tej historii, zdalam sobie tak naprawde sprawe, ze wojna toczyla sie nie tylko w Polsce (co jest oczywistym faktem)i ze nie tylko Polacy i Zydzi byli najwiekszymi jej ofiarami. Okrucienstwo wojny dotknelo calej ludzkosci, a jej konsekwencje odczuwamy do dzis. Opowiadania mojej prababci i babci (ze strony mojego taty) o czasach wojennych niczym sie nie roznily od tej zaslyszanej dzisiaj. Sluchajac tych wszystkich opowiadan jako mala dziewczynka, plakalam nad losem tych wszystkich nieznanych mi ludzi, ktorzy gineli niewinnie w obozach koncentracyjnych, na frontach, na ulicach. Po wycieczce szkolnej do Oswiecimia wrocilam chora, jako dojrzala juz kobieta szybciej sie wzruszam, ale odczuwaj bol glebiej. Dzisiaj, w dobie gdy dziennie wyrzuca sie tony dobrego jedzenia do smietnika, historia zepsutych ziemniakow zjedzonych na surowo z najwiekszym apetytem, zapewnie rozsmieszylaby mlodziez, ale Ci ludzie to pamietali tak, jakby wydarzylo sie to wczoraj. Strach pomyslec, co to bedzie, gdy odejda ostatni swiadkowie tamtych dni, co beda pamietac pokolenia, ktore wisza tylko przed komputerem i strzelaja namietnie do wyimagowanych stworow? Kiedy wysiadalam z autobusu, pozegnalam sie glosno z tymi ludzmi, zyczac im pieknego dnia Wyzwolenia Holandii. W drodze do sklepu caly czas rozmyslalam nad ta zaslyszana historia i zastanawialam sie co My, Polacy, potrafimy zrobic z Nasza odzyskana wolnoscia? Jaki My mamy szacunek do ludzi, ktorzy kiedys bronili naszej Ojczyzny? Czy potrafimy cieszyc sie z tej wolnosci, ktora w naszej dlugiej historii, wielokrotnie nam brutalnie odbierano? Co przekazujemy naszym dzieciom dzisiaj, jaki przyklad im dajemy? Dlaczego slowo "Patriota" stalo sie staromodne i obciachowe? Nie bojmy sie swojej tozsamosci, flagi i Ojczyzny, nie bojmy sie byc dobrymi Polakami, ktorzy szanuja historie i wyciagaja z niej lekcje pokory. Szanujmy tych starych ludzi, bo gdy ich zabraknie, nikt juz nie uslyszy tych smutnych, a zarazem pieknych opowiadan z czasow, ktorych nikt nie chcialby przezyc.
Polecam tez wszystkim do poczytania przepiekna ksiazke Romy Ligockiej "Dziewczynka w czerwonym plaszczyku", ktora wlasnie koncze, i ktora tematycznie powiazana jest z moja dzisiesza historia z autobusu. Historia, ktora poruszy niejedno serce.
Czasem musisz bardzo mocno zapakować swój ból i obwiązać go sznurkiem, jak paczkę. Po prostu po to, by móc dalej żyć. A więc zakładam gruby opatrunek na moje cierpienie jak na złamana rękę.(...) Później, gdy minie trochę czasu, będę może mogła tego dotknąć tak, żeby nie sprawiało bólu. - Roma Ligocka "Roza. Obrazy i slowa"
niedziela, 27 kwietnia 2014
Santo Subito - Witaj Ojcze Swiety!
Dziekue Panu Bogu za ten cudowny Pontyfikat Jana Pawla II i za dzisiejsza kanonizacje. Jestem wdzieczna za to, ze przyszlo mi zyc w czasach, kiedy na ziemie zszedl prawdziwy Apostol Jezusa Chrystusa, jego czcigodny nastepca. Dzisiaj jestem po raz kolejny dumna z tego, ze urodzilam sie Polka.
Samotny Pasterz
Przez zycie, po bardzo wyboistej drodze
szedl samotny Pasterz w dlugiej, bialej todze
Szukal po swiecie swych zblakanych owiec,
by od pokus i grzechow smiertelnych ich odwiedz.
Nie szukal poklasku, slawy czy pieniedzy,
Sercem byl przy glodnych i zyjacych w nedzy.
Chorego przytulil, bosemu buty oddal swoje
bogactwo zamienil na przytulkow podwoje.
W biedzie narodzony, w biedzie wychowany
Wiedzial jak bolesne sa Chrystusa rany.
Matke Zbawiciela wyniosl przed oltarze,
Pas swojego ocalenia ofiarujac Jej w darze.
A gdy w cierpieniu konczyl sie zywota znoj
Swiat uslyszal slowa:
Totus Tuus Maryjo, caly jestem Twoj.
Deventer, 27-04-2014 r. Aldona Kolacz
niedziela, 13 kwietnia 2014
Niedziela Palmowa A.D. 2014
"Wielkanocny pacierz"
..."Nie umiem być srebrnym aniołem –
ni gorejącym krzakiem –
tyle Zmartwychwstań już przeszło –
a serce mam byle jakie…
Tyle procesji z dzwonami –
tyle już Alleluja –
a moja świętość dziurawa
na ćwiartce włoska się buja.
Wiatr gra mi na kościach mych psalmy
jak na koślawej fujarce -
żeby choć papież spojrzał
na mnie - przez białe swe palce.
Żeby choć Matka Boska
przez chmur zabite wciąż deski –
uśmiech mi Swój zesłała
jak ptaszka we mgle niebieskiej…
I wiem, gdy łzę swoją trzymam
jak złoty kamyk z procy –
zrozumie mnie mały Baranek
z najcichszej Wielkiej Nocy.
Pyszczek położy na ręku
sumienia wywróci podszewkę –
serca mojego ocali
czerwoną chorągiewkę...
ksiądz Jan Twardowski
piątek, 11 kwietnia 2014
Z cyklu: blondynka przy pralce!
Ja to niekiedy zachowuje sie jak typowa blondynka w bialych kozaczkach! 5 lat temu kupilam sobie pralke nanowszej generacji. I tak przez 5 lat pralam sobie te pranie, a jak juz sie wysuszylo to narzekalam na prasowanie i takie tam. Dzisiaj robiac porzadki, czyscilam wilgotna szmatka cala pralke, a ze stara doopa juz jestem, wiec sobie zalozylam okulary aby lepiej widziec kurz i brud. I tak przecierajac szmatka wszystkie guziczki pralki, nagle wlaczylo mi sie na display'u swiatelko z zelazkiem. Przelecialam wzrokiem wszystkie funkce opisane na pralce i nagle doznalam szoku: pralka ma funkce prania tak, aby pozniej prania juz nie prasowac! No zesz kurza twoja twarz rychlo wczas sie o tym dowiedzialam! Ale juz siedzi pranko w pralce i zbadamy czy to nie jest jakas sciema, bo i tak mam prasowania na dwa dni, a jeszcze musze poprac posciel i reczniki, oraz wypucowac do konca chalupke przed swietami. Heh, i czy to nie jest prawda, ze czlowiek cale zycie sie czegos uczy? Oczywiscie ze tak.
Est rerum omnium magister usus - Nauczycielem wszystkiego jest doświadczenie!
czwartek, 3 kwietnia 2014
Jasnowidzenie
Ludzie!! Słuchajcie (sic!) swoich dzieci, bo mogą mieć czasami (sic!) rację, tak jak to zdarzyło się wczoraj wieczorem u nas. A rzecz miała się tak: ostatnio bolało mnie ucho, więc wacikiem na patyczku chciałam przemyć je od środka nalewką bursztynową. I kiedy sobie tak wieczorem przemywałam to bolące ucho mój Junior nie wytrzymał i zaczął mi dogadywać, że co robię, że jest to niebezpieczne, że zamiast dłubać w tym bolącym uchu, powinnam jak najszybciej udać się do lekarza i takie tam. Ja oczywiście jako była absolwentka Akademii Medycznej, którą szybciej skończyłam niż zaczęłam (dwa dni dokładnie) obruszyłam się niemiłosiernie twierdząc, że wiem co robię, i nikt nie musi mi zwaracać uwagi. Moja latorośl uparta jak osioł (ciekawe po kim to ma?) nie dając za wygraną, strzelił mi pogadankę na temat tego do czego jest potrzebna woskowina, i dlaczego nie można dłubać w uchu tymi pałeczkami. Oczywiście nie chcąc się kłócić przyznałam mu połowiczną rację ( w duchu myśląc - Ty se mów a ja se zdrów) i dalej grzebałam w tym uchu, po czym go zakorkowałam wacikiem nasączonym olejem kamforowym, po czym udałam się do sypialni w celu zaśnięcia i zapomnieniu, że mnie boli to cholerne ucho. Reksiu rozespany udał się za mną, po czym wtulił się w moją szyję, i tak słodko przytuleni mordka w mordkę zasneliśmy snem sprawiedliwego. Rano obudziwszy się poczułam, że bólu już nie czuję, i że moje zabiegi pielęgnacyjno-lecznicze odniosły zamierzone efekty. Szykując się do pracy pomyślałam sobie, że jeszcze nie zaszkodzi przed wyjściem przemyć ucho nalewką bursztynową, a wieczorem jak wrócę do domu znowu włożę wacik z olejkiem kamforowym. Jak pomyślałam tak też zrobiłam, z tym, że jak włożyłam do ucha patyczek z wacikiem nasączonym nalewką, to już wyciągnęłam sam patyczek, a wacik został w środku...
Nie będę pisać co sobie o SOBIE pomyślałam, co pomyślałam sobie o moim Juniorze, i co sobie pomyślałam o tych pałeczkach z wacikami. Nie będę też pisać, że chciałam sobie pensetką do brwi wyciągnąć ten wacik, i że zamiast go wyciągnąć popychałam go dalej w głąb ucha. Kiedy operacja wyciągania wacika wymknęła mi się z rąk, w panice poleciałam lotem ptaka do mojej przychodni, gdzie pan doktor najpierw próbował strzykawką z wodą zmusić wacik do wyplynięcia, a gdy ta próba się nie powiodła, razem z panią asystentką długą pensetką wyciągnęli mi to dziadostwo z ucha. No żesz job twoja mać, czy te dzisiejsze dzieci to jakieś jasnowidze??
poniedziałek, 6 stycznia 2014
The Power of Love...czyli Trzej Królowie Goes to Bethlehem
Z dniem 6 stycznia kończą się oficjalnie Złote Gody, czyli tak zwany dwutygodniowy okres od Bożego Narodzenia do obchodów Trzech Króli.
W Polsce kiedyś bujało się po domach w przebraniach kolędników i zbierało się kaskę za śpiewanie (czytaj masakrowanie) znanych kolęd. Był zawsze śnieg, mróz, czasami zawierucha, ale w sercach panowała radośc i taka dziecięca beztroska. Kredą pisało się na dzwiach K+M+B a.d. któregoś tam roku, a ludzie chętnie obdarowywali nas cukierkami, poświątecznymi jeszcze przysmakami, bo były one zdrowe, nienaszpikowane chemiczną kupą. Tęsknię za tymi dawnymi Świętami, bo były naprawdę przepełnione miłością i radością, teraz są tak bardzo sztuczne jak te wszystkie chińskie ozdóbki na sztucznych chińskich choinkach.
"Moje Betlejem"
Po pustyni zawrotnego zycia,
błądząc w kuluarach zła i mroku,
Trzej Królowie na wielbłądach jadą
Z orientalną nowiną, i z dobytkiem u boku.
Przemierzają siódme góry i lasy,
najpiekniejsze królestwa podziwiaja
Chcą znależć w nich wielkiego Króla,
dla którego też wielkie dary mają.
Długa, wspólna droga, i cel tej podróży
Królów szczerą mądrością zachwyciła,
do stajenki upadlej szybko podążali,
gdzie Dziecina Boża tam się narodziła.
Między możnymi władcami tego świata
nie szukali już zadnej sprawiedliwości,
gdy w ciemnościach jasną gwiazdę ujrzęli
wśród swych ciągłych wątpliwości.
Swe królewskie mądre głowy pokłonili,
przed Dzieciatkiem, Józefem i Maryją
w holdzie złoto, mirre, kadzidlo Mu złożyli
wiedzac, ze narodziny Krola nad Krolami
grzechy i zlo calego swiata obmyja.
Pastuszkowie, bydlatka i kto zyw
w pomrokach swiatlosc też ujrzeli,
i jak jeden maż w ogromnym pośpiechu
z nadzieja w sercach do Betlejem pobieżeli.
Słyszycie? Gloria in excelsis Deo!
To Anielski chór rozbrzmiewa w niebie
Dziś na nowo Bog sie rodzi in cor meum
Jezu Malusienki! Czekam tu na Ciebie...
Aldona Maria Kołacz, Deventer 5-01-2013
http://www.youtube.com/watch?v=ShN8UIk5-mw
wtorek, 24 grudnia 2013
Wigilia A.D. 2013
W Afryce spadło śniegu po kolana, a w Europie, gdzie normalnie o tej porze 30 lat temu średnia temperatura wynosiła minus piętnaście stopni, jest deszczowo, mgliście i wietrzyście. Bieganina i przygotowania jak co roku, chociaż w nowym sklepie mam więcej pracy i trosk. Na szczęście starzy klienci zanaleźli nas, nowych przybyło, wszystko przebiega tak jak sobie to wymarzyłam, ale nie czuję jeszcze tych Świąt. Co prawda, w tym roku nikt nie robił nam papki z mózgu strasząc końcem świata, ale codziennie dowiaduję się, że jakiś bliski lub dalszy znajomy, sąsiad, przyjaciel boryka się ze śmiertelną chorobą. Ludzie są pasywnie nastawieni do życia, nie ma takiej ludzkiej życzliwości jak to było kiedyś. Wszystkich przytłacza kryzys, brak perspektyw na pracę, ciągła pogoń za pieniądzem. W czwarty Adwent tego roku wybrałam się pomedytować do Kościoła, i od razu zrobiło mi się lżej na duszy. Dostałam ogromną dawkę pozytywnej energii, i mam nadzieję, że dzisiaj wieczorem, kiedy zabłyśnie pierwsza gwiazdka, znowu Dzieciątko Jezus wypełni moje serce swoją miłością, która pozwoli na chwilę zapomnieć, że nie ma przy wigilijnym stole tych, których kochałam i kocham nad życie...
Wesołych Świąt?? Ja właśnie życzę takich wszystkim moim bliskim i dalekim znajomym, rodzinie i przyjaciołom.
A oto moj świąteczny prezent:
Do Gwiazdy
Gwiazdo betlejemska,
która spełniłaś ludzkości
nadzieję, oznajmiając przyjscie
Tego, który topi wszelkie lody,
zaświeć dzisiaj nad moim niebem
pełnym rozterek i zwątpienia,
bym na powrót odnalazła droge
prowadzacą mnie do serca
Świąt Bożego Narodzenia...
Aldona Kołacz, Deventer, 14-12-2009
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Watykanski prezent czyli Lancuszek Szczescia pod postacia Chleba
"Chleb watykanski" lub inaczej "Chleb przyjaźni Amiszów". Nigdy o nim nie slyszalam, az do wczoraj. Nawet nie wiedziałam o jego istnieniu i nie znałam uroczej historii związanej z tym ciastem, ale zmieniło się to dzięki jednej z moich przyjaciółek, która dała mi wspaniały prezent. Prezent, ktory przynosi szczescie! Otrzymuje sie go (a wlasciwie zaczyn tego chleba) jesli ktos uwaza, ze nalezy mi sie odrobina szczescia i milosci blizniego. Oddaje sie zaczyn tez tylko ludziom, ktorzy zasluguja na nasza milosc i zaufanie. Piecze sie go tylko raz w zyciu i zjada tylko ze swoja rodzina. W zasadzie jest to Lancuszek Szczescia pod postacia chleba, i jak zadne inne lancuszki bardzo mi sie on podoba!
Dzien pierwszy.
Rytual dokarmiania zaczynu chlebka watykanskiego zaczynamy zawsze w Poniedzialek. Zaczyn, ktory otrzymalam wczoraj przelalam do wiekszej szkalnej miski (moze byc plastikowa, ale nigdy nie do metalowej, bo chleb nie lubi metali!) i wsypalam do tego zaczynu 250 g cukru. Nie mozna tego mieszac! Zostawia sie to ciasto pod przykryciem lnianym w temperaturze pokojowej, az do nastepnego dnia. Jutro dalsza czesc dokarmiania.
piątek, 19 lipca 2013
Nic dwa razy sie nie zdarza....???
Nic bardziej mylnego!!
Nasza noblistka Wisia napisala piekny wiersz, w ktorym mowi, ze nic dwa razy sie nie zdarza. Niestety, mimo wielkiego szacunku dla jej cudnej tworczosci smiem sie z tym twierdzeniem nie zgodzic! Otoz zdarza sie, zdarza. Trzy lata temu na moim balkonie jakas golebica cukrowa uwila sobie gniazdko, i mimo mojego stanowczego sprzeciwu udalo jej sie dwa jajuszka wysiedziec, co zaowocowalo niesamowita przygoda, ktora opisalam na swoim autorskim blogu http://atlantyda.blogspot.nl/2010/06/lepszy-wrobel-na-dachu-niz.html
No i zesz kurza twarz historia sie powtorzyla! Znowu mam w tej samej donicy dwa pisklaki jeden wielki (starszy) jak moja piesc, a drugi chyba wyklul sie wczoraj, bo jest maly, zolty i nieopierzony jeszcze. Obydwa brzydkie jak noc, ale przy tym takie niezdarne, i kochane. Mam nadzieje, ze ten wielgachny nie wywali swojego braciszka albo siostrzyczke, jak to sie stalo poprzednim razem. Wtedy akacja dziala sie jak w filmie z Jamesem Bondem, i z ktora mozecie sie zapoznac klikajac na powyzszy link.
Qrde, trzy lata je odpedzalam, a i tak mnie zaskoczyly, no...
niedziela, 26 maja 2013
Dzien Matki AD 2013

I kolejny Dzien Matki bez Ciebie.
I kolejny wiersz dla Ciebie.
Tesknie Mamo...
Jak Konwalie
Pamietasz Mamo,
Te perfumy, ktore podarowal Ci tata?
Pachnialy radoscia, wiosennym sloncem
i odrobina spoznionego lata.
Pachnialy ogrodem pokrytym drobnym kwieciem,
I strumykiem szemrajacym przejrzyscie
jak dzwoneczek na galazce konwalii
w Twoim slubnym bukiecie.
W malej fiolce z konwaliowymi perfumami
jakby w kadrze na chwile zatrzymal sie czas,
Przez mgle dostrzegam mlode malzenstwo,
w ich twarzach rozpoznaje Mamo Was.
Ty, z konwaliowym wiankiem na glowie
biegniesz szczesliwa po lace zielonej,
na palcu nosisz mala zlota obraczke
od taty znak to milosci szalonej.
Wiesz droga Mamo,
Dzien Matki od lat wielu jest taki smutny
Krwawi serce corek teskniacych po Tobie,
Rodzicow tak szybko zabral los okrutny
Ciala Wasze spoczywaja dzisiaj w ciemnym grobie.
Moje Serce jednak pamieta Mamo
w kazdej mej zycia chwileczce,
ze bylas dla mnie tak dobra i cudna,
jak zapach konwalii w krysztalowej fioleczce.
Aldona Kolacz, Deventer 26-05-2013
sobota, 30 marca 2013
Triduum Paschalne



„Męka Pańska” – Modlitwa do Pana Jezusa Chrystusa
O Najsłodszy Panie Jezu Chryste, ja Tobie się oddaję, dnia dzisiejszego i na zawsze, a osobliwie w godzinę śmierci mojej.
Do nieskończonej dobroci Twojej odwołuję się.
Rany Twoje Najświętsze niech mi będą spoczynkiem.
Woda i krew, które płynęły z Najświętszego Serca Twojego, niech mnie bronią na straszliwym sądzie Twoim.
Najświętsze Ciało i Krew, niechaj mnie nakarmi i napoi.
Bojaźliwa śmierć Twoja, niechaj mnie zachowa, ku żywotowi wiecznemu.
Krwawe krople twoje, niechaj zmyją grzechy moje.
O Jezu, Twój gorzki smutek ofiaruję Najświętszemu Ojcu Twojemu Niebieskiemu, na odpuszczenie grzechów moich.
Twoje wzgardy i zelżywości Najmilszy Jezu, któreś cierpiał niechaj zapłacą za grzechy moje.
Twoje ciężkie urąganie i męki niesłychane, niechaj mnie chronią.
Te wszystkie boleści Twoje. Mój Jezu, Ojcu Twojemu Niebieskiemu za moje wszystkie zaniedbania oddaję.
Twoja wielka miłość, niechaj mnie w godzinę śmierci mojej od szturmów szatańskich obroni.
O Panie Jezu Mój, Twoja Święta Krew, niechaj duszę moją zmazaną grzechami obmyje.
Twoja zraniona Głowa, niech mnie obroni od wszelkiego zła.
Twoje niewinne zasądzenie i śmierć, niechaj mi będzie na odpuszczenie grzechów i długów moich.
Twoja praca niechaj nagrodzi moje popełnione złości, a Twoja nagość, niechaj okryje nagość duszy mojej.
Twoje gorzkości i Twoje ciężkości śmiertelne, zranione nogi, ręce i Serce Przenajświętsze niechaj mnie w okropnej nocy śmierci oświecą.
Kładę się wszystek do Twoich Ran Przenajświętszych.
Krew Twoja z Przenajświętszego Serca niechaj mnie oczyści.
Twoja Boska Moc, niechaj mnie utwierdzi i zachowa od wszystkiego złego, na duszy i ciele.
O Najświętszy Panie Jezu Chryste, Twoje bezlitości, boleści i Rany niechaj mnie błogosławią.
O gorzka męka Jezusowa, zachowaj mnie od zguby wiecznej.
O Najsłodsze i Najgłębsze Rany Jezusa mojego, bądźcie mi pomocą w ostatnią godzinę śmierci.
O Najdroższa Krwi Jezusa, obmyj grzechy moje przed Bogiem Ojcem Twoim.
O Panie Jezu Chryste, Twoja boleść, śmierć, uczynki dobre, nauki, niechaj mi będą pomocą nie tylko do zaprzestania sprośnych grzechów moich, ale za nie serdecznie żal wzbudzą.
Oddaję się na koniec o mój dobry Jezu, do Otwartego serca Twego i ufam Twojemu miłosierdziu. wierzę w zasługi, Męki i Śmierci Twojej, której ja się polecam, a osobliwie w godzinę śmierci mojej. AMEN.
sobota, 23 marca 2013
Komunikacja...czyli...

...a wszystko poszlo o ten szampon!
Ale zacznijmy od poczatku. Nasza psinka ostatnio po konfrontacji towarzyskiej z innymi sasiednimi psinkami, nagle ni stąd ni zowąd dostala na brzuszku wysypke, i to w bardzo intymnych okolicach. Bardzo go to swedzi, wiec my w panice oczywiscie polecielismy do mojego eksia po rady, bo jak wiadomo nasz pupilek pochodzi z ich hodowli. Oczywiscie dostalo nam sie po glowie, ze czemu pozwalamy na konfrontacje z innymi psinkami, ze mamy kupic taki a taki szampon, i nie "zydzic" (Pani Bozena Dykiel niedawno uzyla tego sformulowania) na niego, bo jest drogi, ale bardzo skuteczny. Nigdy nie zaluje na naszego pupilka, jest rozpieszczany, wiec podkreslilam, ze zaraz nastepnego dnia kupie szampon. Zapytalam tylko, gdzie moge dostac to uzdrawiajace cudo, i odpowiedziano mi, ze w Aptece tam a tam. Jak sie rzeklo, zaraz nastepnego dnia pojechalam w miejsce, gdzie znajduje sie apteka. Odczekalam swoje w kolejce, po czym wytlumaczylam pani przy bali o jaki szampon mi chodzi. Pani dlugo grzebala cos w komputerze, nastepnie jeszcze dluzej szukala cos na zapleczu, potem powrociwszy do mnie oznajmila mi z usmiechem na twarzy iz takowego produktu nie ma, nie bedzie i...nigdy nie bylo. Zbulwersowalo mnie to klamstwo Pani Mgister, bo na wlasne oczy widzialam u eksia butelke z owym szamponem. Uzywajac mojej wrodzonej perswazji grzecznie zmusilam Pania Magister, aby jeszcze raz dobrze sprawdzila, bo mam niezbite dowody iz wspomniany szampon byl tutaj zakupiony i to nie dalej jak kilka tygodni temu. Pani Magister juz z miejszym usmiechem przywolala kolezanke i po dluzszej konsultacji obie Panie zniknely na dluzsza chwile gdzies na zapleczu. Powrociwszy obie stwierdzily, iz owego szamponu nie ma, nie bedzie i...nigdy nie bylo, ale...moga mi zaproponowac inna marke, rownie skuteczna. Grzecznym, aczkolwiek stanowczym tonem odmowilam, argumentujac tym, ze moj piesek moze uzywac TYLKO i wylacznie szamponu, ktory zakupil moj eksio w tejze Aptece. Panie Magistry spojrzaly tajemniczo na siebie, pozniej na mnie, spojrzaly tez na rosnaca kolejke i oznajmily, ze naprawde mojego poszukiwanego szamponu nie ma, nie bedzie... i nigdy nie bylo. W tym momecie moja uprzejmosc osiagnela granice cierpliwosci i kazalam se przywolac kierownictwo Apteki. Panie lekko poirytowane przywolaly jakas szara eminencje, wytlumaczyly w czym problem, po czym owa szara eminecja rownie jak i jej poprzedniczki zniknela gdzies na tylach, by wrocic po 15 minutach i oznajmic mi, ze owego szamponu nie ma, nie bedzie i...nigdy u nich nie bylo! Tego bylo mi za wiele. Podziekowalam bardzo serdecznie za stracone 45 minut z mojego zycia, po czym rzucaja focha opuscilam niewdzieczna Apteke. Wrociwszy na parking, troche poirytowana upuscilam klucze na ziemie. Kiedy je podnosilam spojrzalam na budynek obok. Duza reklama mowila, ze jest to przychodnia dla zwierat. Szczesliwa pomyslalam sobie, ze wejde tam i zapytam, czy oni przypadkiem nie moga przepisac mi jakis szampon dla mojej psinki. Jakiez moje bylo zdumienie, gdy po wejsciu do srodka, pierwsze co zobaczylam byly polki z lekarstwami, kremami, szamponami i innymi medykamentami dla...zwierzat. Na pierwszy plan wysunal sie oczywiscie poszukiwany szampon dla mojego Reksia. Kiedy Pani weterynarce opowiedzialam, ze przed chwila zjechalam panie Magisterki z apteki po przeciwnej stronie, to sie poplula ze smiechu. Oczywiscie eksio kazac mi kupic ten cudowny szampon, zapomial dodac taki szczegol, ze Apteka miesci sie w lecznicy dla zwierzat, i ze w ogole jest tam lecznica zwierzat, o ktorej istnieniu nie mialam pojecia. Ale to taki drobny szczegol w naszej polsko-slowackiej komunikacji. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni :)
Najwazniejsze jednak, ze szampon mam i Reksio czuje sie odrobine lepiej!
piątek, 8 marca 2013
8 Marca - Baby sa jakies Inne :)

"Dzien Kobiet, Dzien Kobiet! Niech każdy się dowie, ze Dzisiaj święto dziewczynek!! Uśmiechy są dla nich, zabawa i taniec, piosenka z radia popłynie"...
Pamietcie to z przedszkola i podstawowki jeszcze? Bo ja tak :)
I te lekko sfatygowane tulipany przynoszone wieczorem dla mamy przez lekko juz sfatygowanego tate :)
I te gozdziki w celafonie i rajtuzy ponczochowe przynoszone z pracy przez mame,
i te akademie w szkole, i wreczanie laurek paniom woznym, nauczycielkom,
pielegniarkom i wszystkim kobietom, by przynajmniej raz w roku poczuly sie jak krolowe.
I chociaz Dzien Kobiet w historii mial calkiem inne znaczenie i przyszedl z calkiej innej strony,
to jednak w komunistycznych panstwach najhuczniej go obchodzono.
Wszystkiego najlepszego wiec drogie Panie!
Pozdrowienia z Holandii od Aldony :)
sobota, 19 stycznia 2013
Znak Miłości
Kochani, czy zastanawialiście się niekiedy dokąd zmierza ten świat?
Jako niepoprawna marzycielka i humanistka z zawodu, w każdym calu kochająca ludzi,
zwierzęta, naturę staram się czujnie obserwować wszystko dookoła siebie,
ludzi mnie otaczających oraz wydarzenia, które zaistaniały lub zaistnieją w moim życiu.
Z tych wnikliwych obserwacji wyciągam konkluzje, które zaczynaja mnie przytłaczać, i
sprawiają, że zaczynam powątpiewać w istotę człowieka i jego misję do spełnienia tu na ziemi.
Zawsze wydawało mi się (i tak też nauczyli mnie rodzice)
że najistotniejszą wartością w naszym życiu jest szeroko pojmowana
miłość do świata tak zwana Agape, w którym centralną rolę odgrywa własnie człowiek.
Powinniśmy się jako istoty rozumne szanować, kochać, wspierać, być ponad podziałami,
ale tak nie jest. Im bardziej stajemy się "cywilizowani" tym bardziej się degenerujemy,
a "miłość" staje się towarem deficytowym i mało już znaczącym słowem.
Wszechobecnie zaczyna panować wyzysk, chamstwo, rozpusta, pogarda dla drugiego człowieka.
Przestają obowiązywać dotychczasowe wartosci, na których do tej pory kształtowały się pokolenia.
Bycie dobrym synem, kochającą córką, wierna żoną, oddanym pracownikiem jest niemodne, niewygodne,
wrecz nie mające racji bytu w dzisiejszym zbrukanym świecie. Ludzie okazujący empatię do drugiego
czlowieka, zwierzęcia czy roślin są opluwani, pomawiani, wręcz znienawidzeni.
Zupełnie bezpodstawnie atakuje się kogoś tylko po to, by się samemu dowartościować
lub ogrzać w blasku czyjejś sławy.
Przygarnięcie pod dach porzuconego zwierzęcia, czy opieka nad schorowaną matką przez znanego polityka
jest zaciekle krytykowana publicznie, natomiast z kobiety, która zabija swoje dziecko "robi"
sie celebrytkę i nikomu nie uwłacza publikowanie jej półnagich zdjęć na koniu w mass mediach,
pisanie o niej książki, ponieważ na tych zdjęciach i na tej ksiażce zarobi sie duże pieniądze,
natomiast na wizerunku zrozpaczonego syna po stracie matki juz nie.
To jest chore, że człowiek człowiekowi staje się przysłowiowym wilkiem,
chociaż wydaje mi się, że obrażam w tym momecie populacje tych zwierząt.
Ja nie godzę się na takie życie i nie akceptuję takich zachowań.
Całego świata nie naprawię i nie zmienię mimo szczerych chęci. Zmienić moge jedynie
siebie i swoje nastawienie do człowieka, okazując mu mimo wszystko wiele ciepła i miłości,
bo gdzieś tam w głebi serca wierzę, że dobrych ludzi jest wiecej niz tych złych,
a wspólny front moze pokonać niejedną barierę.
Jeśli Ty również nie godzisz się na takie życie i nie akceptujesz rozpraszajacego się zła,
przyjmij ode mnie cegiełkę - znak- Miłości.
Przekazując ją dalej - przyczynisz się do budowy muru, który odetnie nas od
wszelkich negatywnych energii i pozwoli na nowo uwierzyć w siłę Miłości.
I to jest jedyne co mogę zrobić.
Pozdrawiam i życzę miłego weekendu.
Aldona Maria Kołacz
niedziela, 6 stycznia 2013
Trzej Krolowie przybiezeli do Betlejem...
Moje Święta Bożego Narodzenia zawsze trwają do Trzech Króli...
Jest to święto tak samo ważne jak Wigilia.
Wczoraj, a wlasciwie dzisiaj w nocy zrodzil sie w mojej glowie ten wiersz:
"Moje Betlejem"
Po pustyni zawrotnego zycia,
błądząc w kuluarach zła i mroku,
Trzej Królowie na wielbłądach jadą
Z orientalną nowiną, i z dobytkiem u boku.
Przemierzają siódme góry i lasy,
najpiekniejsze królestwa podziwiaja
Chcą znależć w nich wielkiego Króla,
dla którego też wielkie dary mają.
Długa, wspólna podróż i cel tej podróży
Królów szczerą mądrością zachwyciła,
do stajenki upadlej szybko podążyli,
gdzie Dziecina Boża nam się narodziła
Miedzy władcami możnymi tego świata
nie szukali już sprawiedliwości,
gdy w ciemnościach jasną gwiazdę ujrzęli
wśród swych ciągłych wątpliwości.
Swe królewskie mądre głowy pokłonili,
przed Dzieciateczkiem, Jozefem i Maryją
zloto, mirre, kadzidlo w holdzie Mu zlozyli
wiedzac, ze narodziny tego Krola nad Krolami
grzechy calego swiata obmyja.
Pastuszkowie i bydlatka wsrod ciemnosci
gwiazde betlejemska tez ujrzeli,
i jak jeden maz w ogromnym pospiechu,
z wielka nadzieja do Betlejem pobiezeli.
Slyszycie? Gloria in excelsis Deo!
Wtoruje chor Aniolow na wysokim niebie,
Dzis na nowo w moim sercu Bog sie rodzi
Jezu - z ufnoscia czekam tu na Ciebie!
Aldona Maria Kołacz, Deventer 5-01-2013
P.S. Zdjecie to zrobione w Kosciele we Fryburgu (Szwajcaria) - witraz Jozefa Mehoffera "Trzej Krolowie skladaja hold" .
piątek, 21 grudnia 2012
Koniec Swiata...i doopa!
Qźwa! Piszę petycję do Strasburga na tych Majów! Nie dość, że narazili moje dobra osobiste na szwank, to jeszcze zryli mi psychikę tak, że po nocach nie mogę spać. Już zacierałam ręce, że nie będę musiała kombinować jak pospłacać kredyty, opłacić czynsz, zapłacić podatek od obrotu i te de i te pe...a tu taki zonk! Za te wszystkie 364 dni, w których żyłam jak na bombie zegarowej, zestresowana, znerwicowana nieuniknioną wizją totalnej zagłady świata, zażądam od tych przebierańców zadość uczynienie w postaci porządnego kalendarza, który się nie kończy w momencie, kiedy ja jestem zajęta przedświąteczną rozpierduchą...to znaczy się świątecznymi porządkami i gotowaniem! Jak ktoś jeszcze czuje się urażony tym, że końca świata nie ma, nie było i nie będzie, to możemy zmontować pozew zbiorowy, i ostentacyjnie wysłać go do tego Strasburga tudzież do świętego Mikołaja. Może ten będzie bardziej hojny i obdaruje Nas fajnymi podarunkami na Gwiazdkę? Do północy czekam na Waszą reakcję.
Acha, jeszcze będzie Post Scriptum. Tych kosztowności, które mi dobrowolnie przyniesiono już nie oddam. Nie oddam, bo NIE. Bo kto daje i odbiera ten się w piekle poniewiera. Za to możecie dostać przedświątecznego buziaka.
Do zobaczyska?!
środa, 12 grudnia 2012
Swiateczne porzadki czyli...Reksio zaczyna rozrabiac
Wczoraj mylam i dekorowalam okna. Poniewaz sa ogromne, wiec mi troche czasu to zajelo. Przy ostatnim oknie w jadalni postawilam doniczki z roslinkami na podlodze. Czekajac na zakonczenie pracy pralki, w ktorej praly sie firany, polozylam sie na chwile na sofie by odpoczac, ogladajac przy okazji jakis program. Po kilkunastu minutach przylecialo do mnie moje radosne kilo szczescia, i fruwajac prawie w powietrzu domagalo sie, aby ulokowac sie na tejze sofie razem ze mna. A poniewaz mamy tak zwane swoje rytualy - przytulilam i obcalowalam Reksia, czujac jakis dziwny zapach ziemisty z jego buzki. Czerwona lampka wydala jakis slaby impuls w mojej glowie, ale jeszcze sie nie zapalila. I kiedy tak z Reksiem przytulalismy sie i obcalowywalismy sie na tej sofie, nagle uslyszalam glos mojego Juniora, ktory zapytal mnie dlaczego zrobilam pod jego drzwiami do pokoju taki "burdel" (doslownie tak powiedzial:) Oczywiscie podeszlam zobaczyc o jaki "burdel" chodzilo mojemu synusiowi. Moim oczom ukazal sie "przepiekny" widok: ziemia z oproznionych do polowy doniczek walala sie po calej jadalni, a sprawca - nie mialam cienia watpliwosci, kim on jest - biegal radosnie poszczekujac i machajac ogonkiem, kiedy Jowi ten bajzel odkurzal.
Ciekawa jestem, ile tej ziemi ten nasz psotnik musial sie najesc, bo jedzenie wieczorne stalo nieruszone. Za to w jednej z doniczek Jowi znalazl zakopana sztuczna kostke z kawalkiem mieska. Jaki z tego moral? Jak calujesz psa i w jego oddechu czujesz zapach ziemi z doniczki, to lec od razu zobaczyc czy twoj pupil nie poprzesadzal ci roslin w doniczkach :)
niedziela, 9 grudnia 2012
2 Niedziela Adwentowa
Zaczyna sie cala otoczka wokol Swiat. Dom tonie w kartonach ze swiatecznymi dekoracjami, jutro jade po choinke, do konca tygodnia wszystko musi byc posprzatane i udekorowane mimo, ze tych Swiat w ogole nie czuje. Wizja konca swiata 21 grudnia jakos odbiera mi ten wizerunek magicznych i wesolych swiat. Jak swiat zginie, a my umrzemy, przynajmniej bedzie kolorowo i patetycznie. Kosmici beda mieli ubaw...
czwartek, 11 października 2012
Anegdota o...Mioduli
Towar dzisiaj już przyjęłam, klientów obsłużyłam, więc mam trochę czasu przed popołudniowym boomem. Przyjechał dzisiaj do mnie kolega i podarował mi butelkę Mioduli Prezydenckiej, bo bardzo zmartwił się tym, że jestem chora. Z Miodulą* mam też bardzo fajne wspomnienia z zeszłego jesiennego sezonu. Otóż, gdzieś o tej samej porze roku złapała mnie grypa. Ponieważ chciałam się bardzo szybko wykurować, jednego wieczora wsadziłam nogi do miski z bardzo gorącą wodą, w której rozpuściłam kilo soli atlantyckiej. Przypadkowo miałam w barku zakupioną - u Pani Zosi z restauracji "Kleine Zakopane" - Miodulę* trzymaną na specjalną okazję. Ponieważ wódka ta do tanich nie należy, więc była naprawdę przeznaczona do spożywania jako lekarstwa. Podczas tego moczenia nóg pomyślałam, aby wzmocnić proces samouzdrawiania właśnie kieliszeczkiem tego przedniego trunku, co też niezwłocznie uczyniłam. I kiedy ja, drobnymi łyczkami delektowałam się pyszną Miodulą*, wszedł mój syn do pokoju spoglądając ze zdziwieniem to raz na mnie, to raz na stojącą przede mną butelkę ze złotym płynem. Oczywiście padło z jego strony magiczne pytanie od kiedy to ja piję wódkę, bo jakoś sobie nie przypomina bym to do tej pory czyniła. Odrzekłam więc mojemu juniorowi, że jest to sytuacja wyjątkowa, i nie spożywam żadnego alkoholu, tylko "niezwykle lekarstwo", aby przyspieszyć mój proces zdrowienia. Dodałam też, że sól wyżre chorobę od dołu, a Miodula* od góry, więc na bank następnego dnia będę zdrowa jak rybka, co też się i stało. Junior nie mógł wyjść z podziwu nazajutrz, że choroba mnie tak szybko opuściła. Niestety, u nas w domu bywa tak, że jak panuje jakaś epidemia, to przechodzimy ją kolejno albo ja pierwsza a junior drugi, albo na odwrót. Tamtym razem ja byłam pierwsza chora, a kilka dni później grypisko dorwało i juniora.
Po powrocie ze szkoły zadzwonił do mnie z pytaniem, co ma zrobić, bo strasznie kaszle i jest mu zimno. Oczywiście kazałam mu nalać do miski gorącą wodę, rozpuścić w niej kilo soli atlantyckiej (którą zawsze mam w pogotowiu, w swojej domowej apteczce) moczyć w tym roztworze nogi, zażyć tabletkę Gripex*, a później wskoczyć pod kołdrę. Junior podziękował i obiecał zastosować się do moich rad. Kiedy wróciłam po trzech godzinach z pracy do domu, zastałam widok niezwykły, który wprowadził mnie w stan osłupienia. W salonie, na sofie siedział mój synuś okryty szczelnie puchową kołderką, z nogami w misce, z buzią czerwona jak dojrzałe jabłuszko, a na ławie przed nim stała opróżniona w całości butelka mojej drogocennej Mioduli*! Na pytanie co to ma znaczyć, synuś odpowiedział, że zamiast Gripexu* pełnego chemii, wolał wypić to "cudowne lekarstwo", które kilka dni temu mnie tak szybko i skutecznie uleczyło. Kiedy z wyrzutem spytałam dlaczego wyżłopał całą butelkę zamiast jednego kieliszeczka, odpowiedział z rozrzewnieniem w głosie: - A tego to już mi nie powiedziałaś, ile należy wypić tych kieliszków! Było dobre, to sobie popijałem, a jak pojedziemy do Pani Zosi to se kupisz nową. No chyba chcesz, żebym jutro był zdrowy i poszedł na zajęcia??
No jasne, że chcę.
Następnego dnia synuś nie poszedł jednak do szkoły, bo miał swojego pierwszego w życiu kaca, i to takiego jak stąd do Zakopanego!
Jaki z tego morał? Rodzice! Trzymajcie lekarstwa z daleka od dzieci.
*Powyższy wpis zawiera lokowanie produktu :P
wtorek, 9 października 2012
Cztery Pory Roku...
Moja mama kochała muzykę poważną i bardzo często słuchała ją głośno przy sprzątaniu, gotowaniu, szyciu, i tak dalej, tak, że ta miłość udzieliła się wszystkim domownikom. Słuchaliśmy Czterech Pór Roku - Vivaldiego, Nabucco - Verdiego, Jeziora Łabędziego - Czajkowskiego i wielu, wielu innych wykonawców, kompozytorów. Myślę, że dzięki temu współ-słuchaniu mama bardzo uwrażliwiła mnie, a właściwie nas z rodzeństwem, na piękno tego świata, zaostrzyła poczucie estetyki, zaszczepiła miłość do każdego gatunku muzyki. Moje klimaty muzyczne zmieniają się dosłownie z porami roku. Teraz mam fazę na klasykę, więc słucham sobie w sklepie radia Zet Classic i jest mi z tym dobrze. W domu czeka zaś 150 cd z muzyką klasyczną. Cała kolekcja jest kupiona, nie ŚCIĄGNIĘTA jakby ktoś się pytał! I mimo, że większość z kompozytorów nie żyje i nie otrzymuje tantiemy za swoja twórczość, to ja w taki sposób składam im hołd.
No, to się pochwaliłam :P
"Muzyka nie tylko daje nam ukojenie i dostarcza rozrywki. Jest czymś więcej. Można poznać człowieka po muzyce, jakiej słucha." - Paulo Coelho - Czarownica z Portobello
środa, 3 października 2012
Cyrk rządzi się własnymi prawami..
Idziemy dzisiaj do Cyrku. Co prawda czasami czuję się jakby całe moje życie było cyrkiem, ale dzisiaj będzie ten prawdziwy - ze słoniami, tygrysami, konikami, małpkami, akrobatami, przezabawnymi klaunami, i wspaniałą atmosferą prawdziwego artyzmu, który przypomina dziecięce lata, gdy to postawiony na głównym placu namiot w małym miasteczku wywoływał euforię i zachwyt wszystkich mieszkańców, dla których objazdowy cyrk był trampoliną na odbicie z szarej małomiasteczkowej nudy. Cieszę się ja... i cieszy się ta mała dziewczynka, ukryta głęboko we mnie.
"Świat to cyrk, gdzie miłość i szczęście chodzą wysoko po mocno napiętej linie i w każdej chwili grozi im śmierć." Zofia Kucówna - Zdarzenia potoczne
poniedziałek, 1 października 2012
Przybył Kolejny Obywatel na planetę Ziemia!
Nie myślcie sobie, że czary nie działają! Rano odczarowywałam Poniedziałek, i kto by pomyślał, że będzie taki piękny i obfity we wrażenia? Moja rodzina się powiększyła, Reksio wrócił z wakacji, spotkałam kogoś dawno niewidzianego, a teraz szykuję się na powrót do domu. Moja mama mawiała, aby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, to też piszę ten komentarz już po :)
Nino Ricardo witaj na świecie! Dla Ciebie i Twojej dzielnej mamy specjalna kartka z cytatem ode mnie. Buziam Was:)*
czwartek, 27 września 2012
Mądry Polak po szkodzie...
Człowiek uczy się codziennie czegoś nowego, ale za każdym razem ta wiedza powoduje moje zdumienie, a czasami uśmiech na ustach chociażby z tego powodu, że czuję się o ciut mądrzejsza niż poprzedniego dnia. Dzisiaj na przykład nauczyłam się tego, że nie warto skupiać się na małych rzeczach, bo tak naprawdę przegapi się szansę, gdy pojawi się Ta wielka rzecz. Drobne rzeczy powinny cieszyć, ale nie można przestać być czujnym w oczekiwaniu na rzeczy wielkie. A ja dzisiaj właśnie taką szanse przegapiłam. Trudno...jutro będę jeszcze mądrzejsza!
Każde westchnienie to jakby cząsteczka życia, która się od człowieka odrywa.
Juan Rulfo
środa, 19 września 2012

Dokładnie 15 lat temu los zadecydował, że odbierze nam najdroższą na tym świecie osobę. Gdyby żyła miałaby dzisiaj 73 lata. Jaka byłaby dzisiaj? Myślę, że tak samo piękna, mądra, kochająca ludzi, świat, a przede wszystkim życie, które wcale się z Nią dobrze nie obeszło. Dawała z siebie wszystko nie oczekując nic w zamian. Jej postawa poświęcania się wszystkim i wszystkiemu czyniła Ją bardzo wyjątkową. Osobę nie z tego świata. Kto znał moją Mamę, wie o czym piszę. Ludzie mówią, że czas leczy rany, a ja...pomimo upływu czasu nie przepracowałam jeszcze jej śmieci.
Jest mi na sercu bardzo ciężko Mamo...
Noc
Dopala się nafta w lampce.
Lamentuje nad uchem komar.
Może to ty, Matko, na niebie
jesteś tymi gwiazdami kilkoma?
Albo na jeziorze żaglem białym?
Albo fala w brzegi pochyłe?
Może Twoje dłonie posypały
mój manuskrypt gwiaździstym pyłem?
A możeś jest południową godziną,
mazur pszczół w złotych sierpnia pokojach?
Wczoraj szpilkę znalazłam w trzcinach --
od włosów. Czy to nie Twoja?
Konstanty Ildefons Gałczyński
poniedziałek, 10 września 2012
Pieczone gołąbki nie lecą same do gąbki !

Gotowanie to moja druga pasja po Archeologii, więc gdy mam tylko troszkę wolnego czasu staram się pichcić rozmaitości. Dzisiaj zrobiłam coś, co przypomina klasyczne gołąbki, ale gołąbkami nie jest. Wymyśliłam temu taką oto nazwę: faszerowana serkiem brie i tzatziki pierś kurczaka w kapuścianej saszetce. Oczywiście zalewam to wszystko do połowy wodą, przykrywam szklaną pokrywą, wsadzam do piekarnika i zapiekam. Na 15 minut przed końcem zagęszczam białym koperkowym sosem i voila! Przepis łatwy i bardzo smaczny, do nabycia u mnie na maila.
P.S. Ciekawa jestem co powiedziałaby na to Pani Magda Gessler?!
:-)
wtorek, 4 września 2012
Wrześniowe Panny...

Ach ten wrzesień! Dla mnie jest on i smutny i wesoły, jednak z przewaga nostalgii. W najblizszą sobotę mam któreś tam urodziny...a za parę dni po urodzinach kolejną rocznicę śmierci mojej Mamy...
Wciąż wracają bolesne wspomnienia tamtych wrześniowych dni, kiedy w lasach kwitły ulubione wrzosy mamy, a w niej gasło z dnia na dzień życie...
BTW - ten pająk musiał się nieźle zakręcić, by utkać tak piękną i misterną firankę na drzewa...
sobota, 25 sierpnia 2012
Gość w dom - Bóg w dom - darz Bór!

Od Poniedzialku, czyli od 20-08-2012 roku jestem wlascicielka malenkiego Ratlerka, naszego nowego lokatora. Piesio od pierwszego wejrzenia pokochal mojego Juniora, a my od pierwszego wejrzenia pokochalismy Piesia. Po tylu latach znowu odpowiedzialnosc za czyjes zycie, tym razem jednak dzielone na dwoje, bo Junior angazuje sie chyba bardziej niz ja. Spia razem, jedza razem, wychodza na spacerki razem. Ja jestem Wielkim Sponsorem - kocyki, miseczki, jedzonko, zabawki, przenosna bude, obroze w najmiejszym rozmiarze dla krolika, za to z prawdziwej skory, i z diamentami (sztucznymi ma sie rozumiec) kupilam pierwszego dnia - jestem rowniez szefowa od smakolykow. To juz sobie wyjasnilismy przy pierwszej probie przekupstwa kawalkiem baleronika. Palce mialam oblizane do czysta. I teraz juz jest jasne dlaczego jak wchodze lub wychodze z kuchni, ktos w poblizu strasznie i radosnie macha tym miniaturkowym ogonkiem. Zasada Fair Play obowiazuje. Nikt o nikogo nie jest zazdrosny, w koncu jestesmy jedna, wielka trzyosobowa rodzinka :)
Kolejne wpisy na tym blogu beda mialy tytul: Z pamietnika Psiary.
Dzisiaj jest dzien czwarty. Na spacerku, za nasza psinka przyczail sie jakis kocur, ktory myslal, ze upoluje troche wieksza niz zwykle mysze na smyczy. Junior go pogonil, kocur byl z leksza zdezorientowany i zdegustowany. Wieczorkiem, w trakcie zabawy, nasz T-Rex w skrocie zwany Reksio, zobaczywszy sie po raz pierwszy w lusterku zaczal wydawac dzwieki, ktore mialy przypominac szczekanie. Uciechy mielismy co niemiara. On juz wie, ze jest u siebie. I o to nam chodzilo, nieprawdaz? :)
C.d.n.
piątek, 17 sierpnia 2012
Tyle słońca w całym lecie...

Lato pachnie arbuzem, kompotem truskawkowo - mietowym i ziolami w moim mini ogrodku na balkonie, oraz intensywna wonia wszechobecnego grilla.Pogoda sprzyja wakacyjnej rozpuscie, ale kartki, spadajace wolno z kalendarza sa bezlitosnie szczere.Tesknota za czyms, co jest nieuchwytne, zmienne, ulotne zmusila mnie do napisania tego wiersza. A wiec do dziela - prezentuje swiatu moje najnowsze dziecko - mam nadzieje, ze nie zostanie wylane z kapiela.
Wiatr
wstydz sie lubiezny wietrze
szarpiacy mnie za wlosy
gdy wsrod makow i chabrow
z latem sie witalam
stokrotki laskotaly
moje bose stopy
podziwialam motyle
zazdoszczac im skrzydel
swierszczyk na skrzypkach
zagral swa letnia rapsodie
cykady mu chetnie asytowaly
przysiadlam pod drzewem
zachwycona koncertem
nagle oczy opadly
swiat zrobil sie maly
zatanczyly lekkie trawy
zaszumialy senne liscie
platki makow i chabrow
wirowaly na niebie
wiatr skradl mi pocalunek
i jak wariat polecial
gdzies za siodme morze
gdzies za siodma gore
prosto hen przed siebie
Aldona Kolacz, 14-08-2012, Deventer
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























